Słowo Boże na dziś – 4 stycznia2014 r. – Niedziela – II Niedziela po Narodzeniu Pańskim

Myśl dnia

Wyrzuć, czego za dużo, i nieś tylko tyle, ile zdołasz udźwignąć.

Arystyp

II NIEDZIELA PO NARODZENIU PAŃSKIM

PIERWSZE CZYTANIE (Syr 24,1-2.8-12)

Mądrość Boża mieszka w Jego ludzie

Czytanie z Księgi Syracydesa.

Mądrość wychwala sama siebie,
chlubi się pośród swego ludu.
Otwiera swe usta na zgromadzeniu Najwyższego
i ukazuje się dumnie przed Jego potęgą:
Wtedy przykazał mi Stwórca wszystkiego,
Ten, co mnie stworzył, wyznaczył mi mieszkanie
i rzekł: „W Jakubie rozbij namiot
i w Izraelu obejmij dziedzictwo”.
Przed wiekami, na samym początku mię stworzył
i już nigdy istnieć nie przestanę.
W świętym przybytku, w Jego obecności,
zaczęłam pełnić świętą służbę
i przez to na Syjonie mocno stanęłam.
Podobnie w mieście umiłowanym dał mi odpoczynek,
w Jeruzalem jest moja władza.
Zapuściłam korzenie w sławnym narodzie,
w posiadłości Pana, w Jego dziedzictwie.

Oto słowo Boże.

PSALM RESPONSORYJNY (Ps 147,12-13,14-15,19-20)

Refren:Słowo Wcielone wśród nas zamieszkało.

Chwal, Jerozolimo, Pana, *
wysławiaj twego Boga, Syjonie.
Umacnia bowiem zawory bram twoich *
i błogosławi synom twoim w tobie.

Zapewnia pokój twoim granicom *
i wyborną pszenicą hojnie ciebie darzy.
Śle swe polecenia na krańce ziemi *
i szybko mknie Jego słowo.

Oznajmił swoje słowo Jakubowi, *
Izraelowi ustawy swe i wyroki.
Nie uczynił tego dla innych narodów. *
Nie oznajmił im swoich wyroków.

DRUGIE CZYTANIE (Ef 1,3-6.15-18)

Bóg przeznaczył nas na przybrane dzieci

Czytanie z Listu świętego Pawła Apostoła do Efezjan.

Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec
Pana naszego Jezusa Chrystusa,
który napełnił nas
wszelkim błogosławieństwem duchowym
na wyżynach niebieskich w Chrystusie.
W Nim bowiem wybrał nas przed założeniem świata,
abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem.
Z miłości przeznaczył nas dla siebie
jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa,
według postanowienia swej woli,
ku chwale majestatu swej łaski,
którą obdarzył nas w Umiłowanym.

Przeto i ja usłyszawszy o waszej wierze w Pana Jezusa i o miłości względem wszystkich świętych, nie zaprzestaję dziękczynienia, wspominając was w moich modlitwach. Proszę w nich, aby Bóg Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec chwały, dał wam ducha mądrości i objawienia w głębszym poznawaniu Jego samego. Niech da wam światłe oczy serca, tak byście wiedzieli, czym jest nadzieja waszego powołania, czym bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych.

Oto słowo Boże.

ŚPIEW PRZED EWANGELIĄ (1 Tm 3,16)

Aklamacja: Alleluja, alleluja, alleluja.

Chrystus został ogłoszony narodom,
znalazł wiarę w świecie, Jemu chwała na wieki.

Aklamacja: Alleluja, alleluja, alleluja.

EWANGELIA DŁUŻSZA (J 1,1-18)

Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami

Słowa Ewangelii według świętego Jana.

Na początku było Słowo,
a Słowo było u Boga,
i Bogiem było Słowo.
Ono było na początku u Boga.
Wszystko przez Nie się stało,
a bez Niego nic się nie stało,
co się stało.
W Nim było życie,
a życie było światłością ludzi,
a światłość w ciemności świeci
i ciemność jej nie ogarnęła.
Pojawił się człowiek posłany przez Boga,
Jan mu było na imię.
Przyszedł on na świadectwo,
aby zaświadczyć o Światłości,
by wszyscy uwierzyli przez niego.
Nie był on światłością,
lecz posłanym, aby zaświadczyć o Światłości.
Była Światłość prawdziwa,
która oświeca każdego człowieka,
gdy na świat przychodzi.
Na świecie było Słowo,
a świat stał się przez Nie,
lecz świat Go nie poznał.
Przyszło do swojej własności,
a swoi Go nie przyjęli.
Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli,
dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi,
tym, którzy wierzą w imię Jego,
którzy ani z krwi,
ani z żądzy ciała,
ani z woli męża,
ale z Boga się narodzili.
Słowo stało się ciałem
i zamieszkało między nami.
I oglądaliśmy Jego chwałę,
chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca,
pełen łaski i prawdy.

Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: „Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie”. Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali łaskę po łasce. Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. Boga nikt nigdy nie widział. Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył.

Oto słowo Pańskie.

EWANGELIA KRÓTSZA (J 1,1-5.9-14)

Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami

Słowa Ewangelii według świętego Jana.

Na początku było Słowo,
a Słowo było u Boga,
i Bogiem było Słowo.
Ono było na początku u Boga.
Wszystko przez Nie się stało,
a bez Niego nic się nie stało,
co się stało.
W Nim było życie,
a życie było światłością ludzi,
a światłość w ciemności świeci
i ciemność jej nie ogarnęła.
Była Światłość prawdziwa,
która oświeca każdego człowieka,
gdy na świat przychodzi.
Na świecie było Słowo,
a świat stał się przez Nie,
lecz świat Go nie poznał.
Przyszło do swojej własności,
a swoi Go nie przyjęli.
Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli,
dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi,
tym, którzy wierzą w imię Jego,
którzy ani z krwi,
ani z żądzy ciała,
ani z woli męża,
ale z Boga się narodzili.
Słowo stało się ciałem
i zamieszkało między nami.
I oglądaliśmy Jego chwałę,
chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca,
pełen łaski i prawdy.

Oto słowo Pańskie.

*****************************************************************************************************************************************KOMENTARZ

http://youtu.be/dckIse0kXcU
**********

Wprowadzenie do liturgii

CO TO JEST MĄDROŚĆ?

Ludzie mówią: „Człowiek całe życie się uczy i głupi umiera”. I chociaż zdobywanie mądrości nie jest złe, to jednak ludzka mądrość musi ustąpić miejsca innej mądrości – mądrości odwiecznej.
Życie pokazuje, że w oczach ludzi można być mądrym, wykształconym człowiekiem i zdobyć wszystkie nagrody świata, a stać daleko od Pana Boga. Można błyszczeć elokwencją, zachwycać wydanymi książkami, a nie napisać życiem żadnego rozdziału. Najwyżej małą, smutną i gorzką nowelkę. Więc gdzie szukać Bożej Mądrości?
Święty Jan Paweł II pisał, że nie sposób zrozumieć człowieka bez Chrystusa. Własnymi siłami nie znajdziemy odpowiedzi na pytania o nas, o Boga czy o życie. Chociaż wszystko zważymy i zmierzymy, nasze serce nie napełni się pokojem i mądrością. Tylko Chrystus, który przyjął ludzką naturę i jest obecny w naszym życiu, może tego dokonać. A Boża Mądrość, która „trwa od wieków i przebywa w posiadłości Pana” (Syr 24), zaprasza, abyśmy jej zaczerpnęli. W jakim celu?
Odpowiedź daje św. Paweł: „[…] abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem!” (II czytanie). Czyż świętość to nie jest najpilniejsza sprawa, o jaką mamy się starać? Sam Jezus powiedział: „Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?” (Mt 16,26). To Chrystus jest naszą Mądrością! Może trzeba podnieść wzrok znad książki i gazety, aby spojrzeć na Chrystusa!?
Bóg wybiera to, „co głupie w oczach świata, aby mądrych zawstydzić” (1Kor 1,27). Obyśmy okazali się mądrzy w Jego oczach. Mądrzy Chrystusem – Mądrością odwieczną.

ks. Przemysław Pokorski

********

Liturgia słowa

Pan Bóg ze wszystkich sił pragnie i gorąco pożąda naszego zbawienia. Dlatego posłał na świat swojego Jednorodzonego Syna. On jest Jego Słowem. Odwieczną Mądrością. Tym, który stworzył świat i przez krzyż i Mękę swoją go Odkupił.

PIERWSZE CZYTANIE (Syr 24,1-2.8-12)

Mądrość w Starym Testamencie jest uosobieniem Boga i Jego działania, a zwłaszcza dzieła stworzenia. Mówi ona o sobie, że pochodzi od Boga. Dlatego też stworzenie nosi w sobie jej znamiona i cechuje się pięknem oraz harmonią. Najwyższym wyrazem stwórczego dzieła Boga jest mądry człowiek i naród, który boi się Pana.

Czytanie z Księgi Syracydesa
Mądrość wychwala sama siebie,
chlubi się pośród swego ludu.

Otwiera swe usta na zgromadzeniu Najwyższego
i ukazuje się dumnie przed Jego potęgą:

Wtedy przykazał mi Stwórca wszystkiego,
Ten, co mnie stworzył, wyznaczył mi mieszkanie
i rzekł: «W Jakubie rozbij namiot
i w Izraelu obejmij dziedzictwo».

Przed wiekami, na samym początku mię stworzył
i już nigdy istnieć nie przestanę.

W świętym przybytku, w Jego obecności,
zaczęłam pełnić świętą służbę
i przez to na Syjonie mocno stanęłam.

Podobnie w mieście umiłowanym
dał mi odpoczynek,
w Jeruzalem jest moja władza.

Zapuściłam korzenie w sławnym narodzie,
w posiadłości Pana, w Jego dziedzictwie.

PSALM (Ps 147,12-13.14-15.19-20)

W tym hymnie na cześć stworzenia i odkupienia możemy wyróżnić trzy ważne części. W pierwszej jest mowa o działaniu Boga w historii. W drugiej Bóg jawi się przede wszystkim jako troskliwy Stwórca. W trzeciej zaś słyszymy o Izraelu, który spośród wszystkich innych narodów został obdarowany szczególnym błogosławieństwem.

Refren: Słowo Wcielone wśród nas zamieszkało.
albo: Alleluja.

Chwal, Jerozolimo, Pana, *
wysławiaj twego Boga, Syjonie.
Umacnia bowiem zawory bram twoich *
i błogosławi synom twoim w tobie. Ref.

Zapewnia pokój twoim granicom *
i wyborną pszenicą hojnie ciebie darzy.
Śle swe polecenia na krańce ziemi *
i szybko mknie Jego słowo. Ref.

Oznajmił swoje słowo Jakubowi, *
Izraelowi ustawy swe i wyroki.
Nie uczynił tego dla innych narodów. *
Nie oznajmił im swoich wyroków.Ref.

DRUGIE CZYTANIE (Ef 1,3-6.15-18)

Wspaniałym hymnem błogosławieństwa rozpoczyna Apostoł Narodów swój List do Efezjan. Święty Jan Paweł II, komentując te słowa, stwierdził, że przypominają one majestatyczną budowlę wzniesioną dla wysławiania cudownego dzieła Bożego, dokonanego dla nas w Chrystusie.

Czytanie z Listu świętego Pawła Apostoła do Efezjan
Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec
Pana naszego, Jezusa Chrystusa,
który napełnił nas
wszelkim błogosławieństwem duchowym
na wyżynach niebieskich w Chrystusie.

W Nim bowiem wybrał nas
przed założeniem świata,
abyśmy byli święci i nieskalani
przed Jego obliczem.

Z miłości przeznaczył nas dla siebie
jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa,
według postanowienia swej woli,
ku chwale majestatu swej łaski,
którą obdarzył nas w Umiłowanym.
Przeto i ja, usłyszawszy o waszej wierze w Pana Jezusa i o miłości względem wszystkich świętych, nie zaprzestaję dziękczynienia, wspominając was w moich modlitwach. Proszę w nich, aby Bóg Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec chwały, dał wam ducha mądrości i objawienia w głębszym poznawaniu Jego samego. Niech da wam światłe oczy serca, tak byście wiedzieli, czym jest nadzieja waszego powołania, czym bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych.

ŚPIEW PRZED EWANGELIĄ (Por. 1Tm 3,16)

Aklamacja: Alleluja, alleluja, alleluja.
Chrystus został ogłoszony narodom,
znalazł wiarę w świecie, Jemu chwała na wieki.
Aklamacja: Alleluja, alleluja, alleluja.

EWANGELIA (dłuższa, J 1,1-18)

W tak zwanym hymnie o Logosie Słowo zostaje przedstawione w całej swej Boskości, ale i w człowieczeństwie Syna Bożego. Stwórcze i zbawcze Słowo Boga staje się konkretnym człowiekiem, widzialną dla nas rzeczywistością.

Słowa Ewangelii według świętego Jana
Na początku było Słowo,
a Słowo było u Boga,
i Bogiem było Słowo.
Ono było na początku u Boga.

Wszystko przez Nie się stało,
a bez Niego nic się nie stało,
co się stało.

W Nim było życie,
a życie było światłością ludzi,
a światłość w ciemności świeci
i ciemność jej nie ogarnęła.

Pojawił się człowiek posłany przez Boga,
Jan mu było na imię.
Przyszedł on na świadectwo,
aby zaświadczyć o Światłości,
by wszyscy uwierzyli przez niego.

Nie był on światłością,
lecz posłanym, aby zaświadczyć o Światłości.
Była Światłość prawdziwa,
która oświeca każdego człowieka,
gdy na świat przychodzi.

Na świecie było Słowo,
a świat stał się przez Nie,
lecz świat Go nie poznał.
Przyszło do swojej własności,
a swoi Go nie przyjęli.

Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli,
dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi,
tym, którzy wierzą w imię Jego,
którzy ani z krwi,
ani z żądzy ciała,
ani z woli męża,
ale z Boga się narodzili.

Słowo stało się ciałem
i zamieszkało między nami.
I oglądaliśmy Jego chwałę,
chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca,
pełen łaski i prawdy.
Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: «Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie». Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali łaskę po łasce. Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. Boga nikt nigdy nie widział. Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył.

*********

Katecheza

 Duchowe zagrożenia – Harry Potter, Joga

Harry Potter – książka, która miała międzynarodowy rozgłos – jest czytana przede wszystkim przez młodzież. Rodzice pozwalają na jej lekturę, bo nie widzą w niej nic złego. Natomiast Kościół odrzuca całą filozofię prezentowaną w tej pozycji. Dlaczego więc chrześcijanin powinien unikać czytania takiej książki?
Pozornie jest nieszkodliwa. Wydawać by się mogło, że jest ona odprężająca. Ale w rzeczywistości wprowadza w magię. Uczy magii oraz objaśnia, jak się nią posługiwać. Stąd, czytając ją, jakiś chłopiec czy dziewczynka ma frajdę, że może rozwiązywać problemy jak dorośli (a przecież dorośli też nie zawsze potrafią), nie zastanawia się nad tym, że w tej zabawie może być coś złego. Niestety, chodzi tu o prawdziwą magię, a więc o rzeczywiste działanie Szatana.

A co Ksiądz sądzi o jodze i o różnego rodzaju technikach relaksacyjnych?
Ja odrzucam wszystkie ćwiczenia pochodzenia wschodniego. Weźmy na przykład jogę. We Włoszech nawet w domach zakonnych (ja osobiście znam taki dom jezuitów) uczą jogi.
Ćwiczenia te z początku mogą wydawać się czymś niewinnym, bo mają na celu pomóc osobie się rozluźnić. Ale kiedy ktoś zaczyna zgłębiać jogę i poznawać, jakie są jej korzenie, to zauważa, że źródła są satanistyczne.
Czy możemy komuś zabronić ćwiczenia jogi? Dla niektórych staje się ona jak narkotyk, początkowo podobny do tego, jak ktoś zaczyna przyjmować tylko niewinne suplementy, a potem kończy na braniu narkotyków. Dlatego proszę unikać jogi, a także innych praktyk, takich jak reiki. Jestem przeciwny tym wszystkim praktykom orientalnym.

Dlaczego chrześcijanin nie może praktykować jogi?
Dlatego, że u podstaw jogi znajdują się pewne zasady, które sprzeciwiają się wierze chrześcijańskiej. Kiedy ktoś przygląda się jodze powierzchownie, to widzi w niej tylko pewne pozycje, które mają charakter odstresowujący. Przez to nie dostrzega niczego złego. Ale kiedy coraz dogłębniej stara się poznać, co to jest joga, wówczas zauważa, że system wartości, jakie ona przedstawia, sprzeciwia się doktrynie wiary chrześcijańskiej.

Ks. Gabriele Amorth, ks. Sławomir Sznurkowski, Spotkałem Szatana, Częstochowa 2014.

**********

Rozważanie

A Słowo stało się ciałem… (J 1, 14).

Dlaczego Jezus przyszedł na ziemię? Czy było konieczne, aby Syn Boży przyjął ludzką naturę, niedostatki, cierpienia, a nawet śmierć? Dlaczego wszechmocny i wieczny Bóg gotów był umrzeć dla człowieka? Odpowiedź jest tylko jedna: Bóg przyszedł na ziemię, bo bardzo zależało Mu na człowieku, nie mógł zostawić go samego. Motywem wcielenia Jezusa była Jego nieograniczona miłość do człowieka, który zagubił się w swym grzechu i nie może odnaleźć powrotnej drogi do Ojca. Na krętej ścieżce naszego życia Jezus – Wcielone Słowo – jest drogowskazem prowadzącym ku prawdzie wyzwalającej z mroku grzechu, ku prawdzie dającej życie. Jezus przyszedł na ziemię dla ciebie! Przychodzi, aby dać ci nadzieję, aby poprowadzić cię do światła prawdy, do źródła życia i do pełni miłości. Nie bój się, wyjdź Mu na spotkanie!

Rozważania zaczerpnięte z terminarzyka Dzień po dniu
wydawanego przez Edycję Świętego Pawła

http://www.edycja.pl/dzien_panski/id/898/part/4

 

***************

Benedykt XVI, papież od 2005 do 2013
Homilia z 25.12.2005

 

„Ja Ciebie dziś zrodziłem”
 

W Jezusie Chrystusie, Synu Bożym, sam Bóg, Bóg z Boga, stał się człowiekiem. Do Niego Ojciec mówi: «Tyś moim Synem» (Ps 2,7). Odwieczne «dziś» Boga zstąpiło w ulotne «dziś» świata i zbliża nasze przemijające «dziś» do wiekuistego «dziś» Boga.

Bóg jest tak wielki, że może stać się mały. Bóg jest tak potężny, że może stać się słaby i wyjść nam naprzeciw jako bezbronne dziecko, abyśmy Go mogli pokochać. Bóg jest tak dobry, że zrezygnował ze swej Boskiej świetności; zszedł do stajenki, abyśmy mogli Go odnaleźć i by w ten sposób Jego dobroć dotknęła również nas, udzieliła się nam i dalej przez nas się rozchodziła.

To jest Boże Narodzenie: «Tyś Synem moim, Ja Ciebie dziś zrodziłem». Bóg stał się jednym z nas, abyśmy mogli być z Nim, stać się do Niego podobni. Na swój znak wybrał Dziecko w żłóbku: taki jest On. W ten sposób uczymy się Go poznawać. Nad każdym dzieckiem lśni coś z blasku promienia tego «dziś», tej bliskości Boga, którą musimy kochać i której musimy się poddać — nad każdym dzieckiem, nawet jeszcze nie narodzonym.

**********

***********

Wszystkim, którzy je przyjęli, Słowo dało moc stania się dziećmi Boga. Pan Bóg nas sobie wybrał, abyśmy byli Jego dziećmi, świętymi tak jak On jest święty. Chodzi zatem tylko o przyjęcie Jego wielkoduszności. Módlmy się, abyśmy tego daru nie zmarnowali. Prośmy o taką mądrość, która pozwala poznać, kim jest Bóg, co nam ofiarowuje i czego w nas dokonuje.

ks. Jarosław Januszewski, „Oremus” styczeń 2009, s. 18
***********

Chrześcijanin — człowiek mądry

Czym jako chrześcijanie winniśmy się różnić w życiu, tak na co dzień, od innych? Zdziwicie się, gdy powiem, że powinniśmy być mądrzejsi. Nasze spojrzenie na świat, na trudne sprawy, na życie winno być pełniejsze, doskonalsze, mądrzejsze.

Tak być powinno. W życiu należy kierować się nie mądrością ludzką, ale Bożą. Nie przesadzę, gdy powiem, że dzieje chrześcijanina, dzieje każdego z nas, to historia współpracy ludzkiej słabości z Bożą mądrością. O tym mówią nam dzisiejsze czytania.

Słowa prologu św. Jana można odczytać i tak: „Na początku była Mądrość, a Mądrość była u Boga i Bogiem była Mądrość. Wszystko przez nią się stało, bez niej nic się nie stało /…/. Mądrość zamieszkała wśród ludzi, do swoich przyszła, a swoi jej nie przyjęli”.

Myślę, że nikogo nie obrażę, gdy posłużę się porównaniem. Pustą, zarozumiałą kobietę pokochał bardzo mądry, taktowny mężczyzna. Zawarli ślub. Mąż zamieszkał z żoną przekonany, że potrafi kierować ich wspólnym życiem, aż do pełnego szczęścia. Był pewny, że żona go zrozumie, że uzna jego racje… Kobieta chciała jednak rządzić sama. Mąż musiał siedzieć cicho. Ustępował przez długi czas sądząc, że się opamięta, że dostrzeże pomyłkę. Upominał, zwracał uwagę na bezsensowność takiego postępowania, aż w końcu usłyszał: „Jak ci się nie podoba, to sobie idź!” I poszedł. Żona go nie zrozumiała. Ciasna głowa odrzuciła mądrość.

Podobnie było z nami. Bóg zamieszkał w nas, ale powiedzmy sobie szczerze, czy chcieliśmy, by On był z nami? Czy chcieliśmy otworzyć się na Jego mądrość? Jak często liczyliśmy się z Jego wolą? Ileż to razy stawialiśmy na swoim?

Dlaczego dziś, w dwudziestym wieku, odważam się mówić do was o Ewangelii? Dlatego, bo ufam, że każdy chce być mądry, że każdy jest gotów przyjąć do domu mądrego Przyjaciela. Jak planując małżeństwo czekaliście na zamieszkanie razem ze współmałżonkiem wiedząc, że ubogaci was swoją miłością, tak trzeba, byście przyjęli na mieszkanie Bożą Mądrość.

Gdy ona wami pokieruje, wygracie życie, odkryjecie wielkie szczęście płynące z kontaktu z kochającą Mądrością. Jej oczami zobaczycie świat, innych ludzi, siebie… Wówczas wszystko nabierze zupełnie nowej wartości.

Ks. Edward Staniek

Dar przyjaźni

Św. Paweł mówi nam o tym, że Bóg w swojej nieskończonej miłości jeszcze przed stworzeniem świata pochylił się nad nami, pragnąc naszego szczęścia zarówno doczesnego, jak i wiecznego.

Św. Jan przypomina, że my, którzyśmy się z Boga narodzili, otrzymaliśmy moc, która czyni nas dziedzicami królestwa niebieskiego.

Mając na uwadze łaski, jakie otrzymujemy od Boga, pragnę dziś zatrzymać się przez chwilę nad wyjątkowym darem, do którego tęskni ludzkie serce, ale do którego niewielu na ziemi dorasta. Chodzi o dar przyjaźni. Wczoraj, drugiego stycznia, Kościół obchodził uroczystość św. Bazylego Wielkiego i św. Grzegorza z Nazjanzu. Jest to chyba jedyny dzień w kalendarzu, w którym w szczególny sposób wyeksponowana jest ewangelicznie rozumiana przyjaźń. Są to święci, którzy spotkali się na studiach w Atenach około 355 roku. I tam zawarli przyjaźń. Po studiach ich drogi nieco się rozeszły, ale kiedy trzeba było podjąć walkę w obronie Bóstwa Chrystusa, przyjaciele stanęli obok siebie ramię w ramię i wytrwali w boju do końca. Był to ciemny okres w dziejach Kościoła. Prawda ewangeliczna była niszczona przy pomocy władzy państwowej. Biskupi więzieni, internowani, szantażowani. W tej sytuacji dwaj przyjaciele potrafili wytrwać i obronić Bóstwo Jezusa.

Przyjaźń im w tym pomagała. Grzegorz zostawił piękny poemat biograficzny, w którym wspomina, że wśród wielu darów otrzymał od Boga dar wyjątkowo wielki — przyjaźń męża, który górował nad innymi mądrością, wiedzą, szlachetnością.

Przypomnijmy zatem podstawowe prawa przyjaźni, o których mówi Ewangelia. Chrystus kilka godzin przed śmiercią powiedział: „Nie nazywam was sługami, ale przyjaciółmi”. Syn Boga przyszedł na ziemię po to, aby połączyć nas z sobą więzami braterskiej przyjaźni. Taki był cel Jego miłości. Za to oddał swoje życie.

Przyjaźń ewangeliczna jest przede wszystkim łaską. Spotykamy często przyjaźń czysto ludzką. Jest to jedna z największych wartości, jakie tu na ziemi można spotkać. Ta ewangeliczna jest darem Boga. Z reguły jest wielką niespodzianką dla samych przyjaciół. Spotykają się, tak jak mówi św. Paweł, w sytuacjach zaplanowanych od wieków przez samego Boga. To Bóg łączy serca przyjaciół.

Przyjaźń jest z reguły potrzebna do wykonywania zadań, które przerastają możliwości jednego człowieka. Jeśli takie zadania Bóg stawia przed człowiekiem, daje mu przyjaciela. A więc przyjaźń czyni możliwym to, co bez przyjaźni jest niemożliwe. Przyjaźń umacnia człowieka, pozwala odpocząć wtedy, kiedy przyjaciel czuwa, daje dodatkową siłę.

Przyjaźń gwarantuje wolność. Wydaje się, że jeśli biorę odpowiedzialność za drugiego człowieka, to jestem przygnieciony ciężarem tej odpowiedzialności. Odpowiedzialność zawsze jest ciężka. Ale odpowiedzialność, jaka mieści się w przyjaźni, nie tylko nie przygniata, ale czyni człowieka jeszcze bardziej wolnym. Pozwala mu bowiem przyjąć tak wielką wartość, jaką jest serce drugiego człowieka, i ofiarować za nie nawet własne życie.

Przyjaciele spotykają się wtedy, kiedy ich hierarchia wartości jest identyczna, kiedy dla jednego i drugiego cenne jest to samo. Dziś młodzi ludzie, którzy odwołują się do miłości i przyjaźni, często powiadają: „Oddaj mi się w dowód przyjaźni”. To jest tak, jakby ktoś stał w błocie i mówił: zejdź do błota, to będziemy przyjaciółmi. Prawdziwa przyjaźń działa w odwrotnym kierunku: pomóż mi wspiąć się w górę. To jest sięganie po coś, co jest cenniejsze. Zejście na dół zawsze jest łatwe.

Przyjaźń jest domem szczerości. Jest domem, w którym człowiek może być sobą, jest przyjęty takim, jaki jest, razem ze swoimi słabościami. Jest domem zbudowanym z umiłowania prawdy. Dlatego przyjaźń wymaga zaufania. To zaufanie nie wyklucza tajemnicy. Przyjaciel może mieć tajemnicę, np. zawodową, może mieć tajemnice bolesne i nie przekaże ich chcąc oszczędzić przyjaciela, ale to nie przekreśla zaufania. Ile razy w przyjaźni pojawia się zwątpienie w przyjaciela, tyle razy, jakby nożycami, przecina ono więzy przyjaźni.

Przyjaźń ma wiele form. Najbardziej upragniona to ta, w której przyjaciel stoi blisko, ramię przy ramieniu, przez dziesiątki lat. Tak jest najczęściej wtedy, kiedy na miłości przyjaźni jest zbudowane małżeństwo. Ludzie dziś dobierają się w imię miłości. To nie wystarczy. Aby małżeństwo było trwałe, jest potrzebna miłość przyjaźni, to ona decyduje o dojrzałości współmałżonków. Bywają przyjaźnie łączące ludzi, mimo iż dzielą ich tysiące kilometrów, i to przez długie lata; gdy jednak ci ludzie się spotkają, po pięciu minutach czują się tak, jakby spotkali się po raz ostatni wczoraj. Przyjaźń żyje, pokonując wszystkie odległości przestrzeni i czasu.

Jest również przyjaźń obustronna i przyjaźń jednostronna. Z tą drugą spotykamy się zwłaszcza w procesie wychowania. Ileż to razy my sami w historii swojego życia możemy odkryć człowieka, który podał nam przyjacielską dłoń. Mogło to być przez jedną godzinę, a jednak wsparcie w tym momencie przyjacielskim ramieniem okazało się dla nas niezwykle twórcze.

Przyjaźń jest wartością, o której mówią wszystkie kultury. Jedną z największych wartości, jakie spotykamy na ziemi. Przenoszona jest ponad wszelkie materialne skarby tego świata.

Ten, kto dziś przy ołtarzu potrafi podziękować za spotkanego w życiu przyjaciela, może również podziękować Bogu za to, że sam do przyjaźni dorasta. Jeśli ktoś wie, jakim skarbem jest przyjaźń, sam może już być przyjacielem innych. Jest to wielki gest zaufania Boga do nas, który pozwala, aby inni złożyli ciężar swojego serca w nasze dłonie.

Wspominając żyjących w czwartym wieku świętych przyjaciół Bazylego Wielkiego i Grzegorza z Nazjanzu, którzy swoją przyjaźnią do dnia dzisiejszego zdumiewają cały Kościół, podziękujmy Bogu za ludzi, którzy byli i są naszymi przyjaciółmi. A równocześnie poprośmy Pana Boga, abyśmy umieli sami wspierać przyjacielskim ramieniem tych, którzy przyjaciela poszukują.

Ks. Edward Staniek

 

Chwalą Tobie, o Chryste, któryś został ogłuszony poganom i znalazł wiarę w świecie (1 Tm 3, 16)

„Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas” (J 1, 14); ten wiersz z czwartej Ewangelii, powtarzany jako refren psalmu responsoryjnego, streszcza liturgię II niedzieli po Bożym Narodzeniu, przedłużając rozważanie tajemnicy Słowa wcielonego.

Pierwsze czytanie (Syr 24, l–4; 8–12) wprowadza w temat. Jest opisem mądrości Bożej, która od początku stworzenia była obecna na świecie rozporządzając wszystkie rzeczy i z woli Najwyższego, rozbijając „namiot w Jakubie”, czyli wśród ludu Izraela: „Na Syjonie mocno stanęłam… zapuściłam korzenie w sławnym narodzie — posiadłości Pana, w Jego dziedzictwie”. W Starym Testamencie mądrość jest uważana za przymiot i obecność Boga wśród ludzi.

Lecz w Nowym Testamencie to pojecie jest nieporównanie wyższe. Mądrość Boża ukazuje się jako Osoba Boska nic w znaczeniu przenośnym, lecz rzeczywistym i konkretnym: Jest nią Jezus Chrystus, Syn Boga, który wcielił całą mądrość Ojca, jest „mądrością Bożą” (1 Kor 2, 7). W Chrystusie mądrość Boża przyjmuje ciało ludzkie i zamieszkuje wśród ludzi, by objawić im tajemnicę Boga oraz prowadzić ich prosto do Niego. Nic chodzi tutaj o objawienie dotyczące dziedziny poznania, lecz o to, które włącza ludzi w samo życie Boże i czyni ich dziećmi Bożymi. Ten temat rozwija św. Paweł w drugim czytaniu: „Bóg wybrał nas i przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa” (Ef 1, 4–5). Zrozumienie tego planu Bożego, zbiegające się z historią zbawienia, powinno być podstawą duchowego kształtowania wszystkich wierzących. Dlatego Apostoł modli się, aby Bóg udzielił im „ducha mądrości i objawienia” oraz oświecił oczy ich serca, by widzieli, czym jest nadzieja, do jakiej ich powołał (tamże 17–18). Lecz któż, jak nie Jezus, Mądrość i Słowo Boga, może w pełni objawić ludziom te rzeczywistości boskie? Słuchając i kontemplując Jezusa, człowiek odkrywa cudowny plan Boga odnośnie do własnego zbawienia, odkrywa, do jakiej nadziei został powołany.

  • Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. Chwal Jerozolimo Pana, wysławiaj swego Boga, Syjonie… zapewnia On pokój Twoim granicom i wyborną pszenicą hojnie cię darzy. Śle swoje Słowo na krańce ziemi i szybko mknie Jego polecenie (Mszał Polski: psalm responsoryjny).
  • O Mądrości wieczna, pełna miłosierdzia i nieskończenie dobroczynna, złożyłaś swoje upodobanie i rozkosze w tym, by przebywać i obcować z ludźmi. A nastąpiło to wówczas, kiedyś Ty, Słowo, stał się człowiekiem, kiedyś stał się ciałem i zamieszkał wśród ludzi. Obym ja, o Słowo, myśli i mądrości Boga, znajdował w Tobie rozkosze. Obym słuchał słowa, które wypowiadasz do mnie w głębokim i przedziwnym milczeniu. Obym słuchał uszyma serca, mówiąc Ci jak Samuel: „Mów, o Panie, bo sługa Twój słucha”. Obym mógł, nakazując milczenie sobie samemu i temu wszystkiemu, co nie jest Bogiem, zwracać słodko moje serce ku Słowu, ku Mądrości wiecznej… która stała się człowiekiem i zamieszkała wśród nas (zob. J. B. Bossuet).
  • Jezu Chryste, Panie nasz i Boże, z woli Ojca od wieków, gdy nadeszła pełnia czasów, narodziłeś się z Dziewicy, która nie znała męża. Poddałeś się prawu, by odkupić nas spod prawa, uwolnić ‘ł. niewoli zepsucia i udzielić godności dzieci Bożych…
    Panie mój, wybaw nas teraz od tego, co jest szaleństwem, spełnij Twoją obietnice i wyzwól nas z zawstydzenia, jakie ściągnął na nas grzech, a serca nasze napełnij Twoim Świętym Duchem, abyśmy mogli mówić: Abba, Ojcze.
    Uczyń nas dziećmi swojego Ojca, wybaw nas od wszelkiego zła tego świata (Preghiere dei primi cristiani 218).

O. Gabriel od św. Marii Magdaleny, karmelita bosy
Żyć Bogiem, t. I, str. 181

http://mateusz.pl/czytania/2015/20150104.htm

************

Propozycja kontemplacji ewangelicznej według “lectio divina”

II NIEDZIELA BOŻEGO NARODZENIA B
4 stycznia 2015 r.

I.  Lectio: Czytaj z wiarą i uważnie święty tekst, jak gdyby dyktował go dla ciebie Duch Święty.

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. Pojawił się człowiek posłany przez Boga, Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o Światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłanym, aby zaświadczyć o Światłości. Była Światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego, którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: “Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie”. Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali łaskę po łasce. Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. Boga nikt nigdy nie widział. Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył.
J 1,1-18

II. Meditatio: Staraj się zrozumieć dogłębnie tekst. Pytaj siebie: “Co Bóg mówi do mnie?”.

Ciągle się uczę tego, z różnym skutkiem, aby moje życie od początku do końca zanurzone było w Słowie, czyli było u Boga, całe w Jego rękach. To pomoże mi ustrzec się przed wszelkimi formami bałwochwalstwa, ubóstwiania życia z pominięciem jego Stwórcy.
Staram się też pamiętać, aby w moim życiu nic się nie stawało, nic nie działo, dokonywało poza Słowem, ale w ścisłej współpracy z Nim. Ja i wszystko, co jest na świcie, czyli całe stworzenie żyje dzięki Słowu, przez Słowo. Ale to za mało. Trzeba mi żyć także dla Słowa, pozwalać, aby Ono codziennie stwarzało mnie niejako na nowo.
W tym filmie (o moim życiu) przewidziano dla mnie role drugoplanowe: rolę świadka, rolę Bożej żarówki. Ważne, abym je zagrał jak najlepiej. I nie chodzi tu o zdobycie Oscara czy innej prestiżowej nagrody. Tu chodzi, aby nikt nie pobłądził, a już zagubieni odnaleźli właściwą drogę, drogę do Boga.
Własność prywatna to często świętość. Jej naruszenie grozi śmiercią lub kalectwem. Paradoks polega na tym, że często broniąc mojej świętej własności prywatnej nie pozwalam wejść na jej terytorium samej Świętości. Z tego tytułu ponoszę wielkie straty. Ubywa mi Bożej łaski, słabnie we mnie Boża moc. W prawdzie w oczach świata jestem twardzielem, odkrywam w sobie geny supermana, ale za to zapominam, że to nie ja zbawiam świat, to ja potrzebuję zbawienia. Jednocześnie Bóg traci we mnie swoje dziecko, bo przecież ja jestem dorosłym i sam najlepiej wiem, co mam robić.
Święta trzeba przygotować, a jeszcze bardziej trzeba przygotować się do świąt, to przecież wielkie wydarzenie, kiedy Słowo ciałem się stało i zamieszkało między nami. Dziś bywa, że kiedy Słowo przychodzi, aby pobyć miedzy nami, puka i słyszy: Nikogo nie ma w domu. Wyjechali na święta do Zakopanego czy też egzotycznych krajów lub nie jesteśmy zainteresowani. Cóż, Słowu zostaje pasterska szopa i towarzystwo zwierząt. Można uciec przed świętami i wysiłkiem w ich przygotowaniu, ale nie można uciec przed Bogiem. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby Pan stracił zainteresowanie moim życiem.
Czas świąt to czas prezentów bardziej lub mniej udanych. Tym największym, ze wszech miar udanym i wyjątkowym jest sam Pan Jezus. Pan Jezus zaś nie poprzestaje na świętach i dlatego każdego dnia przynosi nam łaskę po łasce. Nic, tylko zbierać i korzystać.
Pomodlę się o owocne wykorzystanie Bożych darów, Bożych łask.

III  Oratio: Teraz ty mów do Boga. Otwórz przed Bogiem serce, aby mówić Mu o przeżyciach, które rodzi w tobie słowo. Módl się prosto i spontanicznie – owocami wcześniejszej “lectio” i “meditatio”. Pozwól Bogu zstąpić do serca i mów do Niego we własnym sercu. Wsłuchaj się w poruszenia własnego serca. Wyrażaj je szczerze przed Bogiem: uwielbiaj, dziękuj i proś. Może ci w tym pomóc modlitwa psalmu:

Oznajmił swoje słowo Jakubowi,
Izraelowi ustawy swe i wyroki.
Nie uczynił tego dla innych narodów.
Nie oznajmił im swoich wyroków…
Ps 147,19-20

IV Contemplatio: Trwaj przed Bogiem całym sobą. Módl się obecnością. Trwaj przy Bogu. Kontemplacja to czas bezsłownego westchnienia Ducha, ukojenia w Bogu. Rozmowa serca z sercem. Jest to godzina nawiedzenia Słowa. Powtarzaj w różnych porach dnia:

Słowo Wcielone wśród nas zamieszkało

*****

opracował: ks. Ryszard Stankiewicz SDS
Centrum Formacji Duchowej – www.cfd.salwatorianie.pl )
Poznaj lepiej metodę kontemplacji ewangelicznej według Lectio Divina:
http://www.katolik.pl/modlitwa.html?c=22367

__________Copyright (C) www.Katolik.pl 2000-2015 ____________

*********

Słowo Boga i nasze poglądy

Wojciech Żmudziński SJ

(fot. shutterstock.com)

Bóg mówi nie po to, by nas przekonać do jakichś poglądów; nie po to, by nam wyjaśnić jak trzeba postępować; nie po to, byśmy wiedzieli jakie modlitwy odmawiać i jak przystępować do komunii – na klęczkach czy na stojąco. Bóg mówi, bo chce, byśmy podjęli z Nim dialog, weszli w relację.

 

Gdy dostaję list od osoby, z którą łączy mnie więź miłości lub przyjaźni, to przekazane w tym liście informacje nie są najważniejsze. Najważniejsza jest dla mnie osoba, która do mnie napisała. Bogu też nie chodzi o to, bym słuchając Go, zapamiętał każde słowo. Kieruje do mnie swoje słowa, by przypomnieć się: “Oto jestem”, bym wreszcie usłyszał Jego cichy szept: “Jestem przy tobie”. Te słowa nie stawiają żadnych warunków w stylu “będę przy tobie, jeśli…”. Kryje się za nimi niezmierna czułość Boga, któremu zależy na mnie nie dlatego, że chce powiększyć grono swoich sług, ale dlatego, że mnie kocha.

 

Bóg mówi najgłośniej poprzez swojego Syna. Nie przez Jego słowa, lecz poprzez Jego pokorną obecność pośród nas. Gdy Słowo stało się Osobą, zrozumieliśmy, że nie w poglądach na temat Boga kryje się Prawda lecz w Jego obecności.

 

Bóg wcielając się, wchodząc w relację miłości z grzesznikami, chce nas przekonać do siebie, a nie do postępowania zgodnego z Jego wolą. Gdy dostrzeżemy Jego czułą obecność, nie potrzebne nam będą przykazania. Będziemy chcieli z Nim po prostu być, poznawać Go, słuchać Go i postępować tak, by tę szczerą relację podtrzymywać i pogłębiać.

 

Czasem zdarza się, że człowiek z kimś nie rozmawia, bo nie chce z nim nawiązać relacji. Nieraz ludzie obrzucają się słowami jak błotem. To też trudno nazwać rozmową. W jednym i drugim przypadku nie ma komunikacji. Nie chcemy jej z różnych powodów: rozbieżności opinii, różnych upodobań, wcześniejszych zranień, nieufności czy lęku przed kimś odmiennym. Z trudem przychodzi nam mówienie o dzielących nas kwestiach w hymnach i pieśniach pełnych ducha – do czego zachęca w swoich listach św. Paweł (por Ef 5,19; Kol 3,16).

 

Wcielony Bóg chce nam przypomnieć, byśmy nie przywiązywali dużej uwagi do naszych poglądów, opinii, ambicji, lecz mieli dobre słowo i szczere życzenia również dla tych, którzy myślą zupełnie inaczej niż my. Czy do wzajemnej miłości między ludźmi konieczne są jednolite poglądy? Jestem przekonany, że nie. Obecność Boga w zupełności wystarczy. Postawienie Boga nad wszelkie poglądy w zupełności wystarczy. To pierwszy krok ku autentycznemu świadectwu miłości, jakie my chrześcijanie winni jesteśmy światu pogrążonemu w konfliktach.

http://www.deon.pl/religia/duchowosc-i-wiara/zycie-i-wiara/art,1683,slowo-boga-i-nasze-poglady.html

************

To jest nowy początek – J 1, 1-18

Mieczysław Łusiak SJ

(fot. shutterstock.com)

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła.

Pojawił się człowiek posłany przez Boga – Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłanym, aby zaświadczyć o światłości.
Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego, którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy.

 

Komentarz do Ewangelii:

Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: “Ten był, o którym powiedziałem: «Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie». Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali – łaskę po łasce. Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył.

 

Bóg stwarzając świat “oddzielił światłość od ciemności”. Gdy na skutek grzechu konieczne okazało się nowe stworzenie, Bóg posłał na świat Światłość, której ciemność nie ogarnęła. Aby dać nam nowe życie, Bóg dał nam punkt odniesienia dla oddzielenia światła od ciemności, czyli dobra od zła. Tym punktem odniesienia jest Chrystus.
Kto nie oddziela umiejętnie światła od ciemności, czyli dobra od zła, ten traci życie, bo działa wbrew Bogu-Stwórcy, który zaczął stworzenie od oddzielenia tych dwu rzeczy. Jeśli chcemy żyć pełnią życia, powinniśmy mieć jasność co do dobra i zła. Nie możemy w nieskończoność eksperymentować ze złem i uczyć się na własnych błędach. Warto zaufać Stwórcy, który stał się człowiekiem i zamieszkał wśród nas, by stworzyć nas do nowego, pełnego życia.

http://www.deon.pl/religia/duchowosc-i-wiara/pismo-swiete-rozwazania/art,2291,to-jest-nowy-poczatek-j-1-1-18.html

**********

Na dobranoc i dzień dobry – J 1, 1-18

Mariusz Han SJ

(fot. kool_skatkat / flickr.com / CC BY-NC-ND 2.0)

Ludzkie słowo…

 

Prolog
Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła.

 

Pojawił się człowiek posłany przez Boga – Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz /posłanym/, aby zaświadczyć o światłości. Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było /Słowo/, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał.

 

Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego – którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili.

 

A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie. Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali – łaskę po łasce.

 

Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, /o Nim/ pouczył.

 

Opowiadanie pt. “O małych słówkach”
Serce, rozum i język zawarły porozumienie, że nie będą więcej używać małych słów. Serce orzekło: słówka takie jedynie obciążają i rozmiękczają. A dziś jest zapotrzebowanie na serce twarde.

 

Rozum powiedział: dziś liczą się tylko wielkie idee, formy, spekulacje, małe słowa zabierają tylko czas. Język oświadczył: moją specjalizacją są fachowe wyrażenia, obce słówka i wielkie mowy: Z małymi słowami nie zadaję się w ogóle.

 

W ten sposób nie wyszło z ust ani jedno małe słówko. Megalomania triumfowała, a świat stał się zimny i pusty.

 

Tylko jeszcze starzy mieli odwagę opowiadać wnuczkom wieczorami (zamiast bajek) opowieści o małych słowach. Dzieci słuchały z zaciekawieniem, a potem obserwowały, jak słówka te nabierały życia i wyruszały w drogę na podbój kolejnych serc, głów i języków: I świat powracał znowu powoli do normy.

 

Refleksja
Ludzkie słowo może bardzo wiele zniszczyć, ale też i zbudować. Naszymi ustami potrafimy pomóc, gdyż wypowiadane słowa są pierwszym znakiem zainteresowania drugą osobą. Od jakości a nie ilości tych słów zależy potem także jakość oferowanej pomocy. Warto zatem nie tylko mówić o potrzebach, ale przede wszystkim obdarowywać swoją pomocą…

 

Jezus swoim słowem pomagał innym ludziom. Wpierw jednak wsłuchiwał się w ich słowa, aby dowiedzieć się o konkretnych potrzebach. Każdy z tych, którzy wypowiedzieli swoją potrzebę, dostawali od Niego to, o co prosili. W ten sposób wypowiedziane słowo zapoczątkowało coś nowego w ich życiu. Każde dobre słowo jest początkiem czegoś nowego i dobrego…

 

3 pytania na dobranoc i dzień dobry
1. Dlaczego słowa tyle mogą znaczyć?
2. Ilość czy jakość naszych słów jest ważniejsza?
3. Dlaczego warto wyrażać swoje potrzeby?

 

I tak na koniec…
Błogosławiony, który nie mając nic do powiedzenia, nie obleka tego w słowa (Julian Tuwim)

http://www.deon.pl/religia/duchowosc-i-wiara/na-dobranoc-i-dzien-dobry/art,497,na-dobranoc-i-dzien-dobry-j-1-1-18.html

**********

Komentarz liturgiczny

 

2 Niedziela po Narodzeniu Pańskim

A Słowo stało się ciałem…
(J 1,14)

 

Logos, żyjące Słowo Boga, przyjmuje ciało i kondycję ludzką nie tylko po to, aby zamieszkać wśród nas, lecz po to, aby stać się pokarmem dla ludzi.

Niezwykły paradoks Wcielenia: życie Boga zostaje dane jako pokarm.

Wszystko to dokonuje się w ramach logiki miłości, która implikuje bliskość, komunię, utożsamienie się, pragnienie intymności, w pewnym sensie potrzebę „spożycia” ukochanej osoby („chciałabym cię zjeść” – mówi matka, patrząc w zachwycie na swoje dziecko).

Innym wielkim marzeniem miłości jest ofiarowanie siebie, aby drugi człowiek mógł żyć w pełni i w prawdzie.

„Jedzenie Boga jest też ukrytym pragnieniem człowieka, złaknionego absolutu i pełni” (P. Bockel).

 

ks. Alessandro Pronzato

 

teksty pochodzą z książki:
“Chleb na niedzielę homilie na rok B”
(C) Copyright: Wydawnictwo SALWATOR Kraków 2003
www.salwator.com

*******

Refleksja katolika

II Niedziela po Narodzeniu Pańskim

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. Pojawił się człowiek posłany przez Boga – Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłanym, aby zaświadczyć o światłości. Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego – którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie. Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali – łaskę po łasce. Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył.
J 1, 1-18.

Odkryć wartość Słowa Bożego w moim życiu
O co proszę? O głęboką radość i wdzięczność za dar obecności Słowa Bożego w moim życiu.

  • Uświadomię sobie, że Jan, który pisze te słowa jest już w podeszłym wieku. Jako młody apostoł, był bardzo blisko Jezusa, był Jego umiłowanym uczniem, osobiście Go słuchał. Teraz, jakby z perspektywy życia, rozpoczyna pisanie Ewangelii od uroczystego hymnu na cześć Jezusa Odwiecznego Słowa, które dzień po dniu spełniało się w jego życiu.
  • Co mogę powiedzieć o moim dotychczasowym życiu z Jezusem. Jak blisko byłem Niego? Co znaczy dla mojego codziennego życia Jego słowo? Postaram się wniknąć głębiej w te pytania. Spróbuję na piśmie (w formie hymnu, wiersza, prostych słów modlitwy) opowiedzieć uroczyście Bogu moje dotychczasowe życie. Mogę to uczynić odnosząc natchnione słowa Jana do konkretnych sytuacji i wydarzeń mojego życia.
  • „Na początku było Słowo”. Kiedy poraz pierwszy doświadczyłem, że Słowo Boże przemówiło do mnie z wielką mocą? Jakie to było poruszenie? Jaki moment w życiu? Przypomnę sobie szczegóły i opowiem o nich Jezusowi.
  • „Wszystko przez nie się stało”. Przypomnę sobie  te chwile z mojej historii życia, w których wyraźnie poczułem jak Bóg jest słowny: dawał mi słowo i potem się spełniało. Uwielbię go za te chwile.
  • „W Nim było życie, a życie było światłością”. Przywołam w pamięci i w sercu te słowa z Biblii, które są mi najdroższe, ponieważ rozbudziły we mnie dobre pragnienia, przyniosły nadzieję i radość życia, dały dużo światła w zrozumieniu trudnych prawd. Jakie to są słowa? Wypiszę je sobie na kartce i włożę do mojej Biblii.
  • „Pojawił się człowiek posłany przez Boga”. Kto był dla mnie Janem, człowiekiem posłanym mi od Boga, który pomógł mi Go odnaleźć, bardziej pokochać? Wymienię po imieniu tę osobę i podziękuję Bogu za dar jej obecności w mojej historii życia
  • „a swoi Go nie przyjęli”. Czy są takie słowa Jezusa, których nie potrafię przyjąć i które odrzucam? Jeśli nie przyjmuję świadomie choćby jednego Jego słowa, wówczas nie przyjmuję Jego samego. Podziękuję Mu za każde wymagające słowo, które potrafiłem przyjąć w moim życiu. Poproszę Go, aby pomógł mi przyjąć zwłaszcza te słowa z Jego Ewangelii, które są dla mnie najtrudniejsze do zaakceptowania. Jakie są to słowa? Wypowiem je przed Nim?
  • Będę prosił Jezusa w serdecznej rozmowie, aby uwolnił moje serce od nieuporządkowanych przywiązań i lęków, które przeszkadzają mi w przyjmowaniu Jego słowa. Będę także prosił Jezusa,  aby rozmiłował mnie w częstej modlitwie przedłużonej, w rozważaniu i kontemplowaniu Jego słowa.

ks. Krzysztof Wons SDS
www.cfd.sds.pl

***

Człowiek pyta:

Czy pokładałem ufność w złocie lub rzekłem bogactwu: Nadziejo moja? Czym chlubił się z wielkiej fortuny, że wiele moja ręka zgarnęła? Wpatrując się w słońce, co świeci, lub w księżyc, co dumnie przepływa, czy serce tajemnie uległo i ręką słało pocałunek? Byłby to czyn karygodny: zaparcie się Boga na niebie. Czym się cieszył z upadku wroga, czy radowałem się, że zło go spotkało?
Hi 31, 24-29

***

KSIĘGA III, O wewnętrznym ukojeniu
Rozdział XXVII. O TYM, ŻE MIŁOŚĆ WŁASNA NAJBARDZIEJ PRZESZKADZA W DĄŻENIU DO NAJWYŻSZEGO DOBRA


1. Synu, trzeba, abyś oddał się wszystek za wszystko, a nic z siebie sobie nie zostawił. Wiedz, że miłość siebie samego przynosi ci więcej szkody niż cokolwiek na świecie. Zależnie od tego, co kochasz i co obdarzasz uczuciem, rzeczy mniej albo więcej czepiają się ciebie. Gdyby twoja miłość była czysta, prosta i szlachetnie nastrojona, uwolniłbyś się w ogóle od zaborczości pewnych rzeczy.

Po cóż masz pragnąć tego, czego mieć się nie godzi, po cóż mieć coś, co może ci być zawadą i pozbawiać cię wewnętrznej wolności? To dziwne, że nie powierzasz mi w głębi serca siebie samego ze wszystkim, czego mógłbyś pragnąć i co posiadać.

2. Dlaczego zadręczasz się daremnym smutkiem? Mi 4,9. Czemu poddajesz się tylu troskom? Wj 18,18. Oprzyj się na mojej miłości, a nie będziesz musiał cierpieć nigdy utraty. Jeżeli ciągle chcesz tego lub owego, chcesz być tu albo tam, jak ci się zdaje lepiej dla ciebie i dogodniej, nigdy nie osiągniesz spokoju, nigdy nie uwolnisz się od zatroskania, bo w każdej rzeczy zawsze znajdzie się jakiś brak, a w każdym miejscu znajdzie się ktoś, kto ci będzie przeciwny.

3. Trzeba ci więc nie tyle zdobywać coś z zewnątrz albo pomnażać, ile raczej odrzucać i wykorzeniać to, co masz w sercu. A pojmij to szerzej, nie tylko w stosunku do pieniędzy i bogactwa, ale także w stosunku do zdobywania godności i pragnienia próżnej chwały, bo wszystko przemija razem ze światem.

Miejsce nie da ci schronienia, jeśli zabraknie ci ducha żarliwości; niedługo trwać będzie pokój zdobyty wśród świata, jeśli serce twe nie ma mocnej podstawy, to znaczy jeżeli nie opiera się na mnie. Potrafisz się zmienić, ale nie polepszyć. Bo przy lada sposobności, jaka się zjawi i jakiej się chwycisz, zobaczysz przed sobą to, od czego uciekłeś, i jeszcze więcej.

MODLITWA O OCZYSZCZENIE SERCA I O MĄDROŚĆ BOŻĄ

4. Wzmocnij mnie, Boże Jdt 13,7; Ps 51(50),14, łaską Ducha Świętego. Daj wewnętrznemu człowiekowi we mnie męstwo Ef 3,16 i opróżnij moje serce ze wszystkich niepotrzebnych trosk i tęsknot, niechaj przestaną je szarpać rozliczne pragnienia czy to pięknych, czy szpetnych rzeczy, niech spoglądam na wszystkie rzeczy jako na to, co przemija, tak jak i ja przeminę wraz z nimi.

Bo nie ma nic trwałego pod słońcem, gdzie wszystko marność i utrapienie ducha Koh 1,14; 2,11. O jakże mądry jest ten, kto tak patrzy na świat.

5. Daj mi, Panie, mądrość niebieską Mdr 9,4, niech uczę się tylko Ciebie szukać i odnajdywać, tylko Ciebie poznawać i miłować, a resztę oceniać w takim porządku, jaki ustanowiła Twoja mądrość.

Spraw, abym umiał unikać pochlebców, a cierpliwie słuchał oszczerców Syr 5,11, bo wielka mądrość nie da się zachwiać pod tchnieniem słów i nie nakłania ucha ku mamiącej na zgubę syrenie; tak tylko przejść można bezpiecznie swoją wybraną drogę.

Tomasz a Kempis, ‘O naśladowaniu Chrystusa’

***

OSZUKAŃSTWO

Wołasz do Boga: Ojcze! – Ojciec wnet przychodzi,
Aż zamiast dziecka, chłopa dużego znachodzi.
Adam Mickiewicz

***

Módl się nie o rzeczy, ale o mądrość i odwagę.
H. Jackson Brown, Jr. ‘Mały poradnik życia’

http://www.katolik.pl/modlitwa,883.html

***********

Refleksja maryjna

“Boża Rodzicielka” mówi o Jezusie

Określenie “Boża Rodzicielka” w swoich początkach interpretowane było bardziej w odniesieniu do osoby Jezusa niż do Matki Boskiej. O Jezusie jako prawdziwym człowieku poświadcza już Tertulian: “Dlaczego mówimy, że Chrystus jest człowiekiem, jeśli nie dlatego, że zrodził się z Maryi, która jest istotą ludzką?” Jezus nie tylko jest człowiekiem w odniesieniu do istoty, ale również w odniesieniu do istnienia, ponieważ pragnął dzielić istotę i doświadczenie człowieka. Przeżył przygodę ludzką w całej swej rzeczywistości. Najtrudniejszym aspektem do zaakceptowania przez człowieka była myśl, że Chrystus został poczęty i zrodzony z kobiety. Heretykowi, którego przechodziły dreszcze na wspomnienie o Bogu “zaistniałym w łonie, obmytym, złożonym w pieluszki”, Tertulian odpowiadał: “Chrystus kochał człowieka i z człowiekiem ukochał również sposób przyjścia na świat”.

R. Cantalamessa
teksty pochodzą z książki: “Z Maryją na co dzień – Rozważania na wszystkie dni roku”
(C) Copyright: Wydawnictwo SALWATOR,   Kraków 2000
www.salwator.com

**********

Sław Języku Tajemnicę…

Człowiek po to jest stworzony, aby Boga, Pana naszego, chwalił, czcił i Jemu służył, a przez to zbawił duszę swoją – Św Ignacy Loyola ĆD(36)
Rozważanie na II Niedzielę po Narodzeniu Pańskim, rok B1

Bóg, Pan, Władca Wszechświata, Król, Pan Nad Panami, Adonai, Elohim, Jahwe, Przyjaciel, Zbawiciel, Mesjasz, Wyzwoliciel czy Szef. Tak właśnie nazywałem Boga, a moim ulubionym zwrotem do Boga było właśnie: Szefie. Często też mówiłem: „To wola Szefa, Szef tak chciał, z Szefem się nie dyskutuje itd.”. Zatrzymując się nad początkiem Ewangelii św. Jana, gdzie autor zachwyca się odwiecznym Słowem i biorąc pod uwagę doświadczenia z minionego roku, muszę zmienić zdanie. Teraz On jest po prostu moim Tatą. Bóg tzn. Tata okazał się być mi kimś najbliższym.

„A Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami” (J 1,14). W niektórych tłumaczeniach możemy przeczytać, że „Słowo stało się człowiekiem i mieszkało wśród nas”. Bóg w Jezusie przyjął OGRANICZONE, SŁABE, KRUCHE, ŚMIERTELNE ciało człowieka. Był dzieckiem takim jak ja i Ty. Był zależny od innych, dorastał i uczył się. Pracował i jak każdy z nas miał obowiązki względem domu i pracy. Wiem, że to brzmi trochę nijak i dla nas jest to prawie niezauważalne, ale Bóg – Stworzyciel świata, sama Doskonałość – czuł zimno, głód i wreszcie ból. Wiedział, co to łzy strachu, rozpaczy i miłości. Wiedział, co to radość i zabawa. Wiedział, jak to jest być wyspanym i jak to jest zarwać nockę. Załatwiał swoje potrzeby fizjologiczne. Może sikał na stojąco – wiemy z czym to się wiąże – i miał poranny namiot? Większość raczej Go nie lubiła, a nie tylko nie kochała. Jedni się go bali, drudzy wstydzili. Nie wszyscy chcieli Go słuchać. Obrażano Go, mieszano z błotem i plotkowano o Nim. Nie rozumieli Go najbliżsi, a przyjaciele w godzinie próby zawiedli. W największym – za przeproszeniem – w swoim życiu gównie był sam, opuszczony przez wszystkich. Te kilka osób, które z Nim chciałby być w tym czasie, nie miały na to szans. Były dopiero pod krzyżem, wcześniej podczas przesłuchań nie było nikogo, kto mógłby i chciałby stanąć po stronie Jezusa. Na końcu Boga pozbawiono życia.

Jestem przewlekle i nieuleczalnie chory. Od najmłodszych lat znam, co to znaczy ból ciała i duszy. Wiem, co to znaczy mieć ograniczenia i być słabszym od innych. Trudno jest się przyznać, że się czegoś nie wie i że trzeba braki w wiedzy uzupełnić. Wiem, co to znaczy być zależnym od innych i mieć obowiązki – czasem przykre i bezsensowne. Wiem, jak to jest być przez kilka dni głodnym, bo refluks żołądka odmawiał przyjmowania jakiegokolwiek pokarmu. Długie bezsenne noce, powodowane przez obecny w każdej przewlekłej chorobie stres, także nie są mi obce. Mam ciało, które domaga się spełniania swoich potrzeb. Dość spore grono ludzi nie darzy mnie sympatią, a wręcz przeciwnie – wrogością. Mimo wielu lat znajomości nadal niektórzy boją się mnie i mojej choroby. Nieraz poznałem ten przykry moment, gdy ktoś nie chciał przyznać się do znajomości ze mną. Jedni chcą mnie słuchać i czytać, jednak dla zdecydowanej większości jestem niegodny tego, bym miał coś do powiedzenia. Dziwak, Yeti, E.T., grubas, głupek, wcielenie zła, cham, prostak i egoista. Czego to się też nie nadowiadywałem o sobie z drugiego obiegu… Ostatnimi osobami, które rozumieją i popierają to, co robię i kim jestem, są członkowie mojej rodziny. A przyjaciele… No cóż, ilu deklarowało wielką przyjaźń, a jak niewielu z nich zostało w godzinie próby? Niektórzy chcieli być przy mnie, ale nie było takiej możliwości. Bo każdy z nas ma takie sprawy w swoim sercu, w życiu, w których jest kompletnie sam. I nawet jeśli chciałby do nich kogoś wpuścić, to nie ma na to szans. Nie da się po prostu tam wejść i nawet jeśli są chętni, to nie mogą. My, chorzy, doskonale to znamy. Mamy takie sfery, momenty życia, w których zawsze będziemy kompletnie sami i tak już będzie zawsze. Wiem też, co to znaczy kogoś kochać i być kochanym, by po jakimś czasie, ot tak, być dla tej osoby po prostu nikim. Oczywiście też w moim życiu były łzy rozpaczy, bólu, ale i miłości. Nieraz też imprezowałem, świętowałem czy po prostu zwyczajnie się cieszyłem i okazywałem radość. Bo przecież życie ma różne, także te dobre, piękne i radosne oblicza. Myślę, że wielu z Was ma podobne doświadczenia, jeśli nie te same.

„A Słowo stało się człowiekiem i zamieszkało wśród nas”, właśnie takich nas. Ograniczonych, kruchych, słabych, zależnych od innych, opuszczonych, po prostu małych. Co więcej, Bóg chciał być tak blisko nas, że sam przyjął człowieczeństwo. Był podobny do nas we wszystkim oprócz grzechu. Przeżywał to samo co ja i Ty. Jak wielka to musi być miłość, by dla kogoś tak dać się poniżyć! Wiedząc jednocześnie, że ta miłość będzie tyle razy odrzucana przez mój i Twój grzech. Wiedząc, że nigdy nie będę w stanie w równej mierze odpowiedzieć na tę miłość. Nie wiem jak wam, ale mnie źle z tym… Tylko że dla Niego to żaden problem! On po prostu chce przy mnie być!

W oryginale, w języku greckim mamy coś takiego: „I Słowo ciałem stało się i rozbiło namiot wśród nas”. Ze Starego Testamentu wiemy, że namiot to miejsce, do którego przychodzili modlić się Izraelici wędrujący z Egiptu do Ziemi Obiecanej. W Księdze Wyjścia w 33. rozdziale, w 11. wersecie czytamy, że w namiocie „rozmawiał Pan z Mojżeszem twarzą w twarz, tak jak człowiek rozmawia ze swoim przyjacielem”. Ten werset podkreśla niezwykłą więź, jaką Mojżesz miał z Bogiem. Wieź, w której to Bóg pozwalał przychodzić człowiekowi ze wszystkim do siebie i dawał mu się poznawać. W księdze Syracha, w 24. rozdziale, w hymnie pochwalnym Mądrości, w 8. wersecie czytamy, że Stwórca nakazał jej rozbić namiot w Izraelu. A dalej w wersecie 19. czytamy: „Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy mnie pragniecie, a zostaniecie nasyceni moimi owocami”. Jakże to współgra ze słowami Jezusa: „Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię” (Mt 11, 28).

Bóg chce z nami rozmawiać, chce, pragnie więzi z nami. W Psalmie 139 autor chce uświadomić nam, że Pan jest naszym stwórcą i zna nas doskonale. Jest z nami zawsze i wszędzie. I mimo że nam ciężko w to uwierzyć, dla Niego jesteśmy cudowni! Bo jesteśmy dokładnie tacy, jakimi On nas chciał! Natomiast psalmista w Psalmie 147 potwierdza, że dla Boga każdy z nas jest cenny, On każdego zna i o każdego dba.

„Tym wszystkim, którzy Je (tj. Słowo) przyjęli, tym, którzy pokładają ufność w Jego osobie i mocy, dało Ono prawo, by stali się dziećmi Boga, nie z powodu więzów krwi, fizycznego popędu czy ludzkiego zamysłu, lecz z powodu Boga”.

Bóg przez wcielenie swojego Syna usynowił każdego z nas. Nie dlatego, że na to zasługujemy, nie dlatego, że jak niektórzy nasi rodzice zaliczył wpadkę, ale dlatego, że po prostu tak chciał! Chciał, bo kocha i nie może przestać! „W Chrystusie wybrał nas On w miłości przed stworzeniem wszechświata, abyśmy byli święci i bez skazy przed Jego obliczem. Z góry postanowił, że przez Jezusa Chrystusa będziemy Jego synami – tak jak Mu się spodobało i jak zamierzył!” (Ef 1,4-6) I chce On relacji, chce On być naszym Tatą. Chce, abyśmy byli nie tylko synami, ale i dziedzicami (Ef 1,11). On chce rozmawiać z nami twarzą w twarz i pozwala się poznawać. Człowiek w swoim życiu ma tylko jeden cel: poznać Boga i zjednoczyć się z Nim! Nie ma żadnego innego celu w naszym życiu! On chce, abyśmy do Niego przychodzili i pozwalali się prowadzić jak dzieci swojemu tacie.

Długo Bóg nie był moim Tatą. Długo nie był kimś najbliższym. Miniony rok, w którym zaznałem bólu i ograniczeń przez chorobę, bólu straty ukochanej, odrzucenia, oplucia, uświadomił mi niesamowitą bliskość Jezusa. Przyznam się, że w pewnym momencie miałem naprawdę dość, zwątpiłem i straciłem nadzieję. Próbowałem wyprzeć to, co się stało i uciekałem, m.in. w muzykę. Przez wiele miesięcy chciałem być kimś, kim nie jestem, grałem i traciłem bardzo wiele z mojego życia. Osiągałem też sukcesy, zdobywałem bardzo wiele. Można powiedzieć, że wychodziło mi w prawie każdej sferze życia. Gdy jednak nastały trudne miesiące, gdy działy się rzeczy, dla których nie było racjonalnego wytłumaczenia, wszystko okazało się puste. Była pustka, której nic nie wypełniało. Przez zwątpienie, utratę nadziei, muzykę musiałem stoczyć duchowy i fizyczny bój ze złym duchem. Powiem wprost: chciałem umrzeć. Do tego choroba, która coraz bardziej dawała się we znaki. Praktycznie cały rok byłem na antybiotyku. Traciłem siły fizyczne, duchowe i psychiczne. Czułem się nikomu niepotrzebny i niezdatny do niczego. Właśnie skończyłem studia, chciałem iść w życie, ale nie byłem w stanie podjąć żadnej pracy. Plany wzięły w łeb.

W październiku 2013 roku pojechałem na trzeci tydzień Ćwiczeń Duchowych. To właśnie tam doświadczyłem tego, że Jezus był także człowiekiem i przeżywał to co ja. Zrozumiałem, czym jest Jego miłość i dotarło do mnie to, jak bezgranicznie On mnie kocha. Mimo moich błędów, grzechów, mojej głupoty On mnie kocha i… lubi! A jak się kogoś lubi, to chce się z tym kimś po prostu być. Tam właśnie Bóg stał się moim Ojcem! Bliższym niż ktokolwiek inny.

Kiedy wróciłem na Jego łono, wszystko zaczęło wracać do normy. Sprawy SAME zaczęły się rozwiązywać. Dostałem propozycję pracy. Co prawda było kilka przeszkód, ale udało się je pokonać. Przez cały Adwent 2013 Bóg zapewniał mnie, że jest ze mną. Mam się nie martwić, bo jestem w Jego rękach. Nabierałem coraz większego pokoju serca. Doświadczałem miłości i czułości bliskich. Trapiła mnie jednak jeszcze jedna kwestia: zdrowie. Infekcji nie było końca, a kolejne badania niczego nie wykazywały. Lekarze nie mieli rady i orzekli, że tak po prostu musi być. Ale zostało ostatnie badanie, na które jeszcze nikt nie wpadł, wymaz z nosa. I paradoksalnie, ku mojej radości znaleziono przyczynę moich chorób trwających od ponad 2 lat. Zastosowano trafne leczenie i od razu lepiej! Może jeszcze nie czas, żeby obwieszczać ostateczne zwycięstwo, jednak wszystko wskazuje, ze idzie ku dobremu.

Przyszedłem do namiotu. Do namiotu, który Ojciec rozbił w moim sercu, do tego miejsca, gdzie jesteśmy tylko On i ja. To tam właśnie mogę przyjść z tymi momentami, sprawami, do których inni nie mają dostępu. On objawił i objawia się mi codziennie. Daje się poznawać takim, jakim jest. A jest kochającym i dbającym o swojego syna Ojcem. Dla mnie jest gotów poświęcić wszystko! Daje mi poznawać swoją wolę i zaprasza do wędrówki.

Tak na koniec chciałbym powiedzieć, że od kiedy poznałem Ojca, zrozumiałem, czym jest modlitwa Pańska. Odkryłem jej sens i moc. Zrozumiałem sens słów Jezusa: „Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie, Ojciec wie czego potrzebujecie. Dba o was lepiej, niż o ptaki, ubiera was piękniej, niż kwiaty. Wy po prostu ufajcie i wierzcie, ze On jest Ojcem”.

Zapraszam do modlitwy. Pochyl głowę, zamknij oczy i módl się modlitwą, którą doskonale znasz, tylko z jedną różnicą:

Ojcze MÓJ, który jesteś w Niebie

Przyjdź Królestwo Twoje

Bądź wola Twoja tak jak w Niebie tak i na Ziemi

Chleba MOJEGO powszedniego daj MI dzisiaj

I odpuść MOJE winy, bo i ja odpuszczam MOIM winowajcom

I nie wódź MNIE na pokuszenie

Ale zachowaj MNIE od złego

Namiot.jpg

http://nowy.tezeusz.pl/blog/204608.html

ŚWIĘTYCH OBCOWANIE

4 stycznia
Święta Aniela z Foligno, zakonnica
Święta Aniela z Foligno Aniela urodziła się w Foligno w Umbrii w 1248 r. Młodość spędziła beztrosko w zamożnej rodzinie. Wyszła szczęśliwie za mąż i została matką kilku synów. Do majątku rodziców doszedł majątek męża. Mogła więc używać wszystkich przyjemności, dostępnych w jej czasach. Korzystała też z nich w całej pełni.
Kiedy miała 37 lat, pojawił się jej we śnie św. Franciszek z Asyżu i napomniał ją surowo, by nie marnowała cennych lat życia. Po odbyciu spowiedzi generalnej nawróciła się i zaczęła iść zupełnie nową drogą. Wstąpiła do III Zakonu św. Franciszka i oddała się życiu pokutnemu. W krótkim czasie utraciła matkę, męża i synów, zapewne w czasie jednej z wielu epidemii. By naśladować Chrystusa, rozdała całą swoją majętność pomiędzy ubogich i oddała się pokucie, modlitwie i uczynkom miłosierdzia. W jej ślady wstąpiło wiele niewiast. Ofiarnie służyła ubogim, jaśniała pokorą i ubóstwem. Bóg obdarzył ją niezwykłymi łaskami, a zwłaszcza głębokim nabożeństwem do świętych tajemnic z życia Chrystusa Pana, szczególnie do Trójcy Przenajświętszej i Chrystusa cierpiącego. W nagrodę za to otrzymała mistyczny znak na sercu, który do dzisiaj można oglądać w relikwiarzu zawierającym serce, w kościele św. Franciszka w Foligno, gdzie także spoczywają pozostałe relikwie św. Anieli. Wypadek to jedyny w hagiografii.
Ostatnie lata spędziła jako rekluza – pustelnica zupełnie odcięta od świata. Opuściła ziemię po długiej i ciężkiej chorobie 4 stycznia 1309 roku, w wieku 61 lat.
Pozostawiła po sobie ok. 35 pism i nieco listów, które dyktowała franciszkaninowi Arnoldowi z Asyżu, swojemu powiernikowi i kierownikowi duchowemu. Najcenniejszym z nich jest Memoriale – rodzaj autobiografii. Pisma Anieli nie tylko odsłaniają tajniki jej duszy, ale wskazują drogi, po których Pan Bóg wiedzie swoich wybranych ku najwyższym szczytom chrześcijańskiej doskonałości. Dla ich głębi nazywano ją nawet “mistrzynią teologów”. Jej pisma po starannym przejrzeniu otrzymały aprobatę kościelną już w roku 1310 – a więc już w rok po śmierci. Zaliczana jest do największych mistyczek średniowiecza.
Do chwały błogosławionych wyniósł ją dopiero Innocenty XII w 1693 roku. W dniu 9 października 2013 r. papież Franciszek ogłosił, że Anieli przysługuje tytuł świętej – tym samym rozciągnął jej kult na cały Kościół (jest to tzw. kanonizacja równoważna).
http://www.brewiarz.katolik.pl/czytelnia/swieci/01-04a.php3
Z Pism ascetycznych św. Anieli

Tajemnica wcielenia początkiem naszego zbawienia
Spraw, mój Boże, bym godna Twej łaski mogła pojąć głębię tajemnicy najświętszego wcielenia. Jest ono owocem Twojej żarliwej i niewypowiedzianej ku nam miłości, zgodnie z najłaskawszym zrządzeniem Trójcy Przenajświętszej. Twoje wcielenie jest dla nas podwójnym dobrodziejstwem. W nim urzeczywistniła się pełnia Twojej miłości, a zarazem otrzymaliśmy rękojmię wiecznego zbawienia.
O niepojęta miłości! Nie ma już większej nad ciebie. Mój Bóg staje się ciałem, aby człowiek miał udział w Jego bóstwie. O miłości, która tak się wyniszczasz! Przyjmujesz naszą ludzką naturę, a unicestwiasz siebie dla mojego wywyższenia. Nie znaczy to, że Twoje bóstwo doznało w czymkolwiek pomniejszenia. Nasze nieudolne słowa nie potrafią wyrazić ogromu tej tajemnicy. Twoje poczęcie jeszcze bardziej nam Ciebie uprzystępnia i pozwala przekonać się o Twojej wielkości. W swej istocie nadal niepojęty stajesz się dla nas zrozumiały. Byt niestworzony poddaje się prawom istoty stworzonej. Niedosiężny dla myśli ludzkiej stajesz się przedmiotem naszego rozumowania. Z natury swej niedoświadczalny, a jednak poznawalny. Spraw, Panie, niechaj zgłębię umysłem tę miłość, którą nas obdarzyłeś, gdyś zgodził się na przyjęcie naszego człowieczeństwa.
Odwieczny Boże! Uczyń mnie godną poznać głębię Twojej miłości i niewysłowionej dobroci, którą obdarzyłeś nas przez Twoje święte wcielenie. Dzięki niemu poznaliśmy Jezusa Chrystusa Twojego Syna, a On objawił nam Ciebie, naszego Ojca. O niezgłębiony Panie! Uzdolnij mnie do poznania i zrozumienia Twojej najłaskawszej ku nam miłości. Niechaj ogarnę moim umysłem całą pełnię Twojej tajemniczej miłości. Niechaj poznam Twoją dobroć, która tak się uniża. Przez nią od wieków wybrałeś rodzaj ludzki, by przeżywał radość z oglądania Ciebie i cieszył się tym zaszczytem, że kierujesz na nas swe pełne dobroci wejrzenie.
O najwyższy Boże! Ty istniejesz bez początku i bez końca. Daj mi łaskę zgłębienia tego daru, który wszystko przewyższa. Wszyscy aniołowie i święci jedynie tym się cieszą, że mogą Ciebie kochać. Wpatrywanie się w Ciebie i coraz głębsze wnikanie w Twoje doskonałości sprawia im najwyższą radość.
Darze nad darami! Ty jesteś miłością. Dobro najwyższe! Ty sam raczyłeś nas pouczyć, że jesteś miłością. Ty sprawiłeś, że kochamy Cię jako pełnię miłości. Wszyscy, którzy stają przed Twym obliczem, doznają szczęścia na miarę miłości, którą się wykażą. Jedyną drogą, która prowadzi mistyków do kontemplacji, jest prawdziwa miłość.
http://brewiarz.pl/indeksy/pokaz.php3?id=6&nr=009
********
Z pism ascetycznych św. Anieli z Foligno

Chrystus odkupił nas przez życie ubogie
Na drodze ubóstwa upadł pierwszy człowiek i na drodze ubóstwa podniósł nas drugi człowiek, Chrystus, Bóg-Człowiek. Zgubne jest to ubóstwo, które jest złączone z nieznajomością jego wartości. Adam upadł na skutek tej nieznajomości. I wszyscy ludzie, którzy upadają lub w przyszłości upadną, upadają na skutek owej nieznajomości. Dlatego zaistniała potrzeba, abyśmy jako dzieci Boże zostali podniesieni i abyśmy powstali z upadku przez przeciwne ubóstwo.
Przykład takiego ubóstwa daje nam Bóg-Człowiek Jezus Chrystus. Tenże Bóg-Człowiek Jezus Chrystus podniósł nas i odkupił przez ubóstwo. Było to zaiste ubóstwo niewypowiedziane, skoro ukrył tak wielką swoją potęgę i całe swoje dostojeństwo. Dopuścił bowiem, aby Mu bluźniono. aby Go lekceważono, aby Nim gardzono. Pozwolił się pojmać, wodzić, biczować i ukrzyżować. Zawsze zachowywał się jak człowiek bezsilny. Takie ubóstwo jest przykładem dla naszego życia. Z takiego ubóstwa winniśmy czerpać wzór. Nie w tym znaczeniu, jakobyśmy mieli ukrywać potęgę, której nie posiadamy, lecz przeciwnie, wielką naszą niemoc trzeba nam z konieczności ukazywać i dostrzegać.
Również chwalebna Dziewica, Najświętsza Matka Boga daje nam wzór takiego ubóstwa. Ona poucza nas o tym bardzo wymownie, kiedy w odpowiedzi na wtajemniczenie Ją w zbawcze plany, uważając się za uczestniczkę naszej skażonej natury, nazywa siebie bardzo skromnie, mówiąc: “Oto ja służebnica Pańska”. Było to najskromniejsze określenie. Takie ubóstwo jest bardzo miłe Bogu.
Doskonały przykład takiego ubóstwa dał nam chwalebny nasz Ojciec, święty Franciszek. Trudno wprost wypowiedzieć, jak jaśniał tą cnotą. Jej światłość do tego stopnia go napełniała, a nawet przepełniała, że życie swoje uczynił przez to znamienne i wzorcowe dla nas. Nie mogę dostrzec innego świętego, który by mi lepiej ukazał drogę “księgi życia”, czyli przykład życia Boga-Człowieka Jezusa Chrystusa. Nie widzę również nikogo, który by do Niego tak bardzo przylgnął. Franciszek tak bardzo przylgnął do Chrystusa, że nigdy nie oderwał od Niego oczu swej duszy. Ujawniło się to również w ciele. A ponieważ przylgnął do Niego w zupełności, w pełni też został obdarzony najwyższą mądrością, którą napełnił i napełnia cały świat.
***********

O przemianie miłości

Nie ma niczego, co tak ogarnia, pociąga i krępuje całe serce, jak miłość. I dlatego jeśli nie ma broni, która mogłaby nią kierować – łatwo pociąga duszę do upadku i powoduje wielkie szkody. (…) Oręż zaś, którym powinna być kierowana miłość zawarty jest i dany w przemienianiu duszy. To przemienianie duszy dokonuje się w potrójny sposób: niekiedy bowiem dusza przemienia się zgodnie z Wolą Boga, niekiedy z Bogiem, a niekiedy w Bogu, który w niej przebywa. Pierwsze przemienianie następuje wtedy, kiedy dusza stara się naśladować czyny Chrystusa, gdyż w nich przejawia się Wola Boża. Drugie przemienianie następuje, kiedy dusza łączy się z Bogiem i doznaje silnych wzruszeń i wielkich słodyczy od Boga, które może jednak wyrazić słowami i objąć myślą. Trzecie przemienienie następuje wówczas, kiedy dusza zostaje przemieniona przez najdoskonalsze zjednoczenie w Bogu i Bóg przebywa w jej wnętrzu i dusza… doznaje najwspanialszych odczuć i rozkoszy od Boga i to w tak wysokim stopniu, iż nie może ich wyrazić słowami ani objąć myślą.Pierwsze przemienianie nie ma znaczenia dla obecnie przedstawionego rodzaju miłości. Drugie wystarcza dla kierowania miłością, jeśli ta jest naprawdę żarliwa. Trzecie zaś jest najwyższe. W tym trzecim przemienieniu, a także w drugim (lecz nie w sposób tak doskonały) wlewa się w duszę dzięki łasce szczególna mądrość, dzięki której dusza potrafi kierować się miłością do Boga i bliźniego. Potrafi bowiem wtedy w sposób tak mądry uporządkować uczucia, słodycze i zapały w stosunek do Boga, iż nie traci miłości do Niego, a w tym, czego się podejmuje, trwa. (…) Podobnie potrafi zachowywać się mądrze i rozważnie, jeśli chodzi o miłość bliźniego, iż kiedy trzeba mu ustąpić – ustępuje, a kiedy nie – nie ustępuje. Przyczyną zaś tego jest to, że Bóg jest niezmienny, zaś dusza może być niezmienna, lecz im bardziej jest zjednoczona z Bogiem, tym bardziej jest niezmienna.Stąd też w tym zjednoczeniu dusza zdobywa wspomnianą mądrość i pewną dojrzałość, a także zdolność właściwego rozeznania i pewne światło tak, że w to uzbrojona potrafi tak kierować miłością do Boga i bliźniego, iż nie da się oszukać ani poddać pokusie. A kto nie ma w sobie takiej mądrości, nie powinien nigdy – ze względu na wymienione tutaj niebezpieczeństwa – poddać się takiej głębokiej i jednostkowej miłości do jakiegoś mężczyzny lub kobiety, chociażby nawet czynił to ze względu na Boga i w dobrej myśli. I nigdy nie powinien wiązać się z kimś drugim, jeśli nie nauczy się najpierw odrywać się od innych, gdy zachodzi tego potrzeba ze względu na czas i miejsce. (…) Kiedy zaś dusza w sposób doskonały połączy się z Bogiem i znajdzie się w świecie prawdy, gdyż prawda jest stolicą duszy, nie krzyczy i nie skarży się na Boga, nie rozczula się i nie słabnie, lecz rozumie, iż jest niegodną wszelkiego dobra i wszelkiego Bożego daru, i że zasługuje na piekło gorsze niż to, które zostało stworzone. I powstaje w niej jakaś mądrość i dojrzałość, i staje się zrównoważona, i do tego stopnia umocniona przez Boga, że mogłaby iść na śmierć.Posiada Boga w pełni, na ile to jest możliwe, ponieważ Bóg pozwala jej rozwijać się aż do tego stopnia, by była zdolna przyjąć to, co pragnie jej dać. I widzi Tego, Który jest oraz że wszystko inne jest niczym, jeżeli nie ma na tyle istnienia od Tego, Który jest. Ma także za nic przez porównanie wszystko, co było przedtem, a takie wszystko, co jest stworzone. Nie martwi się śmiercią ani chorobą, niczym jest dla niej wyróżnienie ni nagana.Osiąga uciszenie i uspokojenie do tego stopnia, iż niczego nie pragnie; traci pragnienia i nie może działać, gdyż jest jakby obezwładniona. I widzi w tym świetle, jak Bóg wszystko czyni należycie i mądrze, a widzi to tak, że nawet wtedy, gdy Bóg nie jest odczuwalnie obecny w duszy, nie słabnie, ale staje się tak poddana Jego woli, że nie poszukuje Go, kiedy jest nieobecny, lecz zadowala się wszystkim, co czyni i całkowicie Mu się powierza.Okazuje się więc prawdą to, iż dusza tak umocniona i uciszona w owej miłości traci pragnienia i nie może działać, kiedy posiada opisane tutaj widzenie Boga we wspominanej pełni. Lecz kiedy zostaje jej to odjęte – żadnej bowiem duszy nie jest udzielone to, aby zawsze trwała w tym stanie – dane jej jest pewne nowe pragnienie, aby bez większego trudu spełniać uczynki pokutne w stopniu większym niż poprzednio. A powodem tego jest fakt, iż ten stan jest doskonalszy od poprzednich. Doskonałość to ma do siebie, iż im jest większa, tym bardziej powinna naśladować Mistrza doskonałości, to jest Chrystusa. Chrystus zaś w całym swoim życiu przeżywał jeden tylko stan – stan Krzyża, gdyż na Krzyżu rozpoczął, na Krzyżu działał w ciągu swego życia i na Krzyżu skończył. Zawsze bowiem był rozpięty na krzyżu ubóstwa, ciągłego cierpienia. poniżenia, prawdziwego posłuszeństwa i innych trudnych dzieł pokutnych. Ponieważ dziedzictwo ojca ma przejść na dzieci, Bóg Ojciec przekazał to dziedzictwo pokuty i Krzyża swemu Jednorodzonemu Synowi. Wszyscy więc synowie Boży – odpowiednio do osiągniętego stanu doskonałości – powinni przyjąć to dziedzictwo i utrzymywać je przez cały czas swego życia, jak to czynić Chrystus, który przez całe życie trzymał się tej drogi. A długość i kres tej pokuty jest taki, jak długie jest życie człowieka. Jej wielkość zaś zależy od tego, na ile kogoś stać. Toteż każdy powinien zbadać swoje możliwości i stosownie do miary tych możliwości powinien czynić pokutę. A gdyby tego nie czynił, nie niósłby swego krzyża i nie szedłby za Chrystusem[1].

 

Miłość doskonała

Najlepsza i bez skazy miłość jest wówczas, kiedy dusza doznaje ekstazy i zostanie porwana do widzenia Bytu Boga. Wtedy, kiedy dusza przeżywa ekstazę i zostaje pociągnięta do widzenia Bytu Boga, dostrzega, że wszelkie stworzenie ma byt od Tego, Który jest Bytem Najwyższym i widzi, że dusza i wszystko, co istnieje, otrzymuje istnienie od Owego Najwyższego Istnienia. Widzi również, że nie ma innego bytu i nie ma niczego posiadającego byt, jak tylko od Tego Najwyższego Bytu. Dusza, która doznała ekstazy i została podniesiona do tej wizji, czerpie z niej mądrość niewypowiedzianą, głęboko dojrzałą. I czerpie dusza z tego widzenia owego Najwyższego Bytu to, co jest najlepsze i czemu nie można się sprzeciwić, gdyż widzi w prawdzie, że wszystko, co od Niego pochodzi, jest stworzone w sposób doskonały. Źle jednak dzieje się z tym wszystkim, kiedy my niszczymy te rzeczy, które zostały stworzone przez Najwyższy Byt.To widzenie bowiem Owego Najwyższego Bytu wzbudza miłość stosowną i odpowiednią do owego Bytu. Albowiem owo Najwyższe Dobro uczy nas kochać wszystko, co ma byt od Niego. I uczy nas z miłości do owego Najwyższego Bytu, kochać wszystko, co istnieje, tzn. wszelkie stworzenie zarówno rozumne jak i nierozumne. I uczy nas kochać stworzenia rozumne, najbardziej te, które dusza dostrzega jako kochane i wybrane przez Boga. I jak widzi, że sam Najwyższy Byt pochyla się z miłości nad stworzeniem, tak samo i ona pochyla się nad stworzeniem i sprawia, że kocha kochających Boga, których poznaje się po pewnych znakach.Jasnym znakiem przyjaźni Bożej u tych, którzy są naśladowcami Jednorodzonego Syna owego Najwyższego Bytu, fest to, iż są zawsze zwróceni oczyma swej duszy ku kochaniu, naśladowaniu i całkowitemu przemienianiu siebie, stosownie do Woli Ukochanego, to jest Najwyższego Bytu. A ponieważ ich dusza nauczyła się w widzeniu tego Najwyższego Bytu kochać Go, dlatego przez widzenie tego Najwyższego Bytu wzmaga się ich miłość. Ponieważ bowiem nauczyła się i umie kochać Ten Najwyższy Byt, nauczyła się i umie kochać stworzenia stosownie do tego, co im przysługuje, a mieć więcej lub mniej, zależnie od upodobania tego Najwyższego Bytu i w żadnym wypadku nie może przebrać miary.I dlatego to wszystko, co jest związane z miłością, budzi w ogóle podejrzenia tak długo, jak długo nie została dana duszy przez Boga taka miłość, która powstała dzięki wspomnianej wizji. A kiedy już dusza posiada widzenie tego Bytu Bożego i miłość stosowną i odpowiednią do tego Bytu, pozostaje tak umocniona, że chociażby następowały inne widzenia i uniesienia, to jej nie zmienią. I nie tylko ci, którzy posiadają to niewypowiedziane zjednoczenie z Bogiem, to jest z tym Najwyższym Bytem, ale także i ten ktokolwiek posiadałby dokładne i nieustanne poznawanie tego Bytu, może być zdolny i jest zdolny do usuwania wszelkiego zła i jakiejkolwiek innej miłości, i może dobrze przeciwstawiać się ciosom miłości.Duszy bowiem dana jest wizja Niestworzonego. Wizja ta napełnia duszę niestworzoną Miłością, dzięki której dusza nie jest zdolna do działania i pozostaje bez możliwości wykonywania czegokolwiek; działa bowiem sama miłość. Kiedy dusza ma wizję Niestworzonego, nic nie może zrobić z tego powodu, że jest nią całkowicie pochłonięta. Podobnie dla Miłości Niestworzonej nic nie może zdziałać. Należy jednak zwrócić uwagę na to, że kiedy to widzenie zostało dane duszy, dusza działała, mocą wszystkich swoich władz, by móc lepiej zjednoczyć się z Niestworzonym. Wtedy sam Niestworzony działał w niej t wywierał swój wpływ, aby oderwała się od wszelkiej rzeczy stworzonej, by w ten sposób mogła lepiej zjednoczyć się z Nim. I wtedy nastąpiła owa wspomniana wizja. Na działanie tej Miłości Niestworzonej dusza nie ma żadnego wpływu. Działa więc Sama Miłość, a wszystkie działania pochodzą wyłącznie od Niej.Początkiem tego działania jest otrzymanie światła i nowego, gorącego pragnienia, a także nowej i silnej miłości, dzięki której dusza działa i nie działa, gdyż działa sama Miłość Niestworzona. Miłość Niestworzona jest sprawcą wszelkiego dobra, które my wykonujemy, natomiast wszelkie zło pochodzi od nas samych. Na tym polega prawdziwe unicestwienie – uznać, że nie my jesteśmy sprawcami jakiegoś dobra. O tych, którzy rozumieją wspo­mnianą prawdę, można powiedzieć, że posiadają ducha prawdy.Prawdziwa miłość me powoduje śmiechu ani umiarkowanego picia lub jedzenia, ani żadnej próżnej radości. Nie mówi także: „Nie obowiązuje mnie żadne prawo”, lecz zawsze poddaje się prawu, co więcej – ustanawia dla siebie prawo tam, gdzie go nie ma.Miłość zaś Boża nigdy nie trwa w bezczynności, nawet wówczas gdy idzie z nami drogą krzyża. To jest bowiem znakiem działania prawdziwej miłości, że przynosi i daje duszy pragnącej iść za Bogiem krzyż, to jest pokutę, tak długo, jak długo żyje i tak ciężką, jaką może znieść. Kiedy dusza wykona dzieła krzyża i pokuty długiej, twardej i dającej życie, wtedy uznam się za całkowicie niepożyteczną służebnicę. A jeśli zechcę prosić o coś dla siebie, będę prosić ze względu na czyny pokutne, których On we mnie dokonał dla mego dobra.To jest bowiem znakiem ducha prawdy – poznać naprawdę, że Bóg jest samą miłością, a my jesteśmy samą nienawiścią. Po poznaniu tej prawdy przez duszę zachodzi konieczność czynienia cielesnej pokuty.Kiedy dusza odprawia jakąś pokutę i ona niekiedy wydaje się jej ciężka, do tego stopnia, że jest nie do zniesienia i wydaje się jej, że czyni to sama, to tak naprawdę nie czyni tego ona, lecz czyni w niej sam Niestworzony ze względu na nią. Kiedy zaś pokuta jest lekka, to także robi On dla jej pożytku. Nie dziwmy się, kiedy. Sprawca obciąża nas pokutą, gdyż prawdziwy Mistrz przyszedł na ziemię, aby, za nas cierpieć i przez całe swoje życie dźwigać najbardziej gorzki krzyż cierpienia.Ci, którzy zostają uniesieni do zobaczenia Niestworzonego i do wizji Bytu Boga, trwając przy krzyżu i spełniając dzieła cnót, gdziekolwiek się znajdują tam zabierają się do wzmożonego działania z nową i gorącą miłością. Ci zaś, którzy nie są z ducha prawdy, czynią sobie bożki z tych dzieł cnót. Pierwszym z tych bożków staje się udzielone im Boże światło[2].

 

Siedem stopni ubóstwa

Kto potrafi w pełni otrzymać te najsłodsze dary, niech wie, że osiągnął pełnię i doskonałość w najsłodszym Panu, Jezusie Chrystusie i stał się przez przemienienie się najsłodszym Chrystusem. A im bardziej w tym postąpi, tym bardziej wzrośnie w nim istnienie najsłodszego Jezusa Chrystusa.Pierwszym z tych darów jest umiłowanie ubóstwa, przez które dusza wyzbywa się miłości wszelkiego stworzenia tak, iż nie pragnie posiadać nikogo, jak tylko Pana naszego Jezusa Chrystusa. Nie pokłada również nadziei w pomocy żadnego stworzenia w tym życiu i okazuje to czynem.Drugim darem jest pragnienie, by być pogardzoną, lekceważoną i znie­ważaną przez wszelkie stworzenie i chcieć, by wszelkie stworzenie uważało, że na to zasługuje tak, aby nikt jej nie współczuł i aby nie chciała być w niczyim sercu, jak tylko w Sercu samego Boga, i aby nie była w jakikolwiek sposób przez kogoś uważana za coś.Trzecim darem jest pragnienie, by cierpieć ból i kary, i dołączyć się do wszystkich bólów Serca i Ciała najsłodszego Pana naszego Jezusa i najsłodszej Jego Matki, a także, aby wszelkie stworzenie zadawało jej te cierpienia bez przerwy. A jeśli nie może pragnąć tych rzeczy, niech wie, że jest bardzo daleko od najsłodszego podobieństwa błogosławionego Chrystusa, gdyż te trzy rzeczy towarzyszyły Mu na każdym miejscu i w każdym czasie, i w każdym Jego czynie podobnie, jak i Jego Matce, a mianowicie ból, ubóstwo, pogarda, a to wszystko w stopniu najwyższym.Czwartym jest to, że każda osoba powinna sobie zdawać sprawę, iż jest niegodna tak wielkiego dobra i że w żaden sposób nie może tych darów posiadać sama z siebie. A im więcej z nich posiada, powinno się jej wydawać, że ma ich mniej, gdyż ten, kto ma dużo tego, co kocha, powoli traci do tego miłość. Toteż nigdy nie powinien odczuwać, że do tego doszedł, a raczej powinno mu się wydawać, że zawsze zaczyna od początku i że dotąd niczego nie uczynić i że niczego z tego dotąd nie posiadł.Piątym darem jest to, że ta osoba powinna stale starać się myśleć, w jaki sposób te dobra były w Panu Jezusie Chrystusie i nieustannym westchnieniem ma wołać do Pana, aby te Jego szaty i tych Jego towarzyszy dał i zesłał do jej serca, o nic innego nie prosząc. Niech w tym doskonałym zjednoczeniu, dzięki tym darom, będzie cała radość tego życia. I niech usiłuje rozmyślać, w jaki sposób Serce najsłodsze Jezusa było nimi przepełnione i to przepełnione ponad miarę aż do nieskończoności; jeszcze bardziej niż On to okazał w ciele.Szóstym darem jest to, by ta osoba niezależnie od tego czy to jest osoba świecka czy duchowna unikała tak, jak unika się największej zarazy, wszystkiego tego, co przeszkadza jej w ich zdobyciu; niech unika takie tego wszystkiego, co w sprawach tego życia wydaje się odmienne lub sprzeczne z tymi dobrami. Powinna się ich wystrzegać, unikać i gardzić jak wężem.Siódmym jest to, że nie powinna wydawać sądu nad żadnym stworzeniem. Niech się nie obciąża osądzając innych, jak uczy Ewangelia, a raczej niech się uważa za gorszą od wszystkich, nawet najbardziej złych i za niegodną wszelkiej łaski Bożej. Będąc jeszcze słabą i niezdolną do służenia Bogu bez nadziei na nagrodę, niech wie, że w ten sposób zasługuje na to, aby dopiero później w ojczyźnie niebieskiej posiadać Boga w pełni, gdy dusza zostanie przemieniona w Boga. I jest w ten sposób prawdą to, że jeszcze w tym życiu Bóg użycza w dużym stopniu dostępu do tej przemiany duszy, która w ten sposób została przemieniona dzięki swoim poniżeniom, utrapieniom i bólom. Dusza jednak nie powinna dążyć i pragnąć w tym życiu owych radości od Boga, chyba tylko w celu wzmocnienia się w chwilach swojej słabości. Powinna natomiast tylko pragnąć odtworzenia w sobie doskonałego ukrzyżowania Chrystusa z Jego bólami, ubóstwem i poniżeniem[3].


[1] Antologia mistyków franciszkańskich, t. II, red. O. S. Kafel, tłum. D. Turkowska, Warszawa 1986, s. 238-241.

[2] Tamże, s. 242-244.

[3] Tamże, s. 236-237.

http://www.communiocrucis.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=155:b-aniela-z-foligno-&catid=3:-synni-mistycy-kocioa-powszechnego-misticon-&Itemid=46

**********

Metoda modlitwy serca

 

Jak zapewnia nas autor Metody świętej modlitwy i uwagi: Niektórzy ojcowie metodę tę nazywali „odpoczynkiem serca”, inni „uwagą”, „badaniem myśli” lub „strażą umysłu”. Wszyscy zaś zgodnie pracowali na glebie swych serc[1]. W największym skrócie można ją sprowadzić do dwóch etapów: umysłem odnaleźć serce i w tak odnalezione – wprowadzić Imię Jezus. Uważnie i z radością przysłuchując się temu cichemu wypo­wiadaniu modlitwy, można zauważyć ku pożytkowi duszy, że różna bywa nuta tego modlitewnego wołania, a mianowicie: jedni podno­szą ton przy wypowiadaniu pierwszego słowa modlitwy, to znaczy powiedziawszy „Panie”, pozostałe słowa wypowiadają obniżając głos i jednostajnie. Inni zaczynają modlitwę niższym tonem, pod­wyższają go w środku modlitwy, to jest przy słowie „Jezu” i wy­krzykują je, pozostałe natomiast słowa znowu kończą obniżając ton, tak jak zaczęli. Inni znów, zaczynając i kontynuując wypo­wiadanie wszystkich wcześniejszych słów modlitwy tonem niskim i jednostajnym, dopiero przy końcowym „ulituj się” podwyższają głos, jakby w uniesieniu. A niektórzy wypowiadają całą, pełną modlitwę „Panie, Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem”, podwyższają głos tylko przy wypowiadaniu słów „Synu Boży”[2].W jednym z traktatów filokalicznych przypisywanych Symeonowi Nowemu Teologowi znajdujemy bardzo praktyczną metodę tej modlitwy: Przede wszystkim natomiast potrzeba, byś pozyskał trzy rzeczy i w ten sposób rozpoczął drogę do zamierzonego celu: wolność od trosk o uzasadnione i nieuzasadnione sprawy, to znaczy obumarcie dla wszystkiego, następnie czyste sumienie, które strzeże cię przed wszelkim potępieniem ze strony twego własnego serca, wreszcie wolność od wszelkiej namiętności wiążącej cię z tym światem lub własnym ciałem.Następnie usiądź spokojnie w celi, w odosobnionym miejscu i staraj się uczynić to, co mówię: zamknij drzwi, wznieś się myślami ponad wszystko, co doczesne i błahe. Później skłoń brodę ku piersi, skieruj spojrzenie twych oczu i cały umysł na środek brzucha’, powstrzymuj wdychanie powietrza przez nos, abyś oddychał nie całkiem swobodnie i myślami badaj swe wnętrze, by znaleźć miejsce serca, gdzie zwykły przebywać wszelkie władze duszy. Początkowo natkniesz się na ciemności i nieprzenikniony gąszcz. Jeśli jednak z wytrwałością będziesz powtarzał to ćwiczenie w dzień i w nocy, wówczas dziwna rzecz, zyskasz radość bez końca.Skoro twój umysł znajdzie miejsce serca, natychmiast dojrzy to, czego nie znał nigdy dotąd. Dojrzy obszary istniejące w sercu, a także siebie samego jaśniejącym i napełnionym darem rozeznawania. Myśl, która się odtąd pojawi, zanim się spełni i nabierze kształtu, zostanie usunięta przez umysł i zniweczona wzywaniem Imienia Jezus. Odtąd też umysł, żywiąc odrazę do demonów, będzie pobudzał naturalny gniew przeciw duchowym nieprzyjaciołom, ścigał ich i wyganiał. Reszty nauczysz się z Bożą pomocą uprawiając straż umysłu i zachowując w sercu Jezusa[3].Nicefor Pustelnik radzi: Z tego ośrodka rozumu [tj. serca] pozbądź się wszelkich myśli.[…] Podaj mu wówczas wezwanie: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną”. Przymuszaj go, by zawsze mówił je w twym wnętrzu, jednocześnie wyłączając wszelką inną myśl. Jeżeli w tym wytrwasz przez jakiś czas, to otworzy się ci się wejście do serca[4].Grzegorz z Synaju pozostawia kilka technicznych uwag: siedź na niskim stołku, wprowadź umysł z głowy do serca, tam go skup i zatrzymaj. Mocno pochylony aż do silnego bólu w piersiach, ramionach i szyi, wołaj wytrwale w myśli lub duszy: „Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną”[5].Kiedy rosyjski strannik rozpoczynał dzieło modlitwy zamknął się na tydzień w samotnym szałasie i każdego dnia odmawiał sześć tysięcy wezwań nie troszcząc się o nic i nie zwracając uwagi na myśli[6].

 

Praktyka modlitwy serca:

I. Znajdź ciche miejsce, usiądź na piętach (lub na stołeczku modlitewnym), na krześle, na stojąco, lub na klęczkach, albo w tzw. prostracji (leżąc na brzuchu – krzyżem z wyciągniętymi rękoma).

 

II. W skupieniu, jak na medytacji, powtarzaj w milczeniu słowa przez dłuższy czas (np. 0,5 godziny):

1. w pełnej wersji: „Panie, Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem”.

2. lub skróconej: „Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną”.

3. albo tylko Imię „Jezu”.

III. Zadbaj o to, by skupienie z umysłu schodziło powoli do serca.

 

W ciągu dnia noś w świadomości tę modlitwę (np. w pociągu czy tramwaju podczas jazdy), lub gdy jesteś sam – wędruj do serca ze słowem „Jezus”. Istotna jest wytrwałość i uciąglenie modlitewnej świadomości. Uspokaja to psychikę i ducha powierza Bogu. Jest to droga intensywnej ufności.

 

Siedząc w spokoju swojej celi i skupiając umysł, wprowadź go – umysł – tą drogą, którą odbiera oddech, aby dotrzeć do serca. Popchnij go i zmuś do zstąpienia w serce razem z wciągniętym powietrzem. Gdy już tam się znajdzie, ustąpi cierpienie i trud, i odczujesz radość i łaskę, a rzeczy, które miały nastąpić, same z siebie się zdarzą dla ciebie. Jak człowiek powracający do domu po dalekiej podróży przepełniony jest radością na widok dzieci swoich i żony, tak umysł, gdy zjednoczy się z duszą, wzbiera rozkoszą i niewypowiedzianą radością.

św. Makary Wielki

[1] Filokalia, s. 260.[

2] Opowieści…, s. 123.

[3] Filokalia, s. 261.

[4] Filokalia, s. 281.

[5] Filokalia, s. 286.

[6] Opowieści…, s. 32.

************

Sposoby modlitwy serca

 

 

Sposoby modlitwy hezychastycznej

 

Klasyczny traktat hezychastyczny Metoda świętej modlitwy i uwagi mówiąc o trzech rodzajach modlitwy, jednocześnie stwarza panoramę jej interpretacji. Podążając śladem tekstu, możemy najpierw odkryć bliskoznaczność dwóch rzeczy: natury duchowej uwagi oraz modlitwy. Uwaga i modlitwa ściśle się ze sobą jednoczą, podobnie jak dusza i ciało. […] Łączą się w dwojaki sposób. Najpierw uwaga odpiera grzechy, będąc jakby strażnikiem i zwiadowcą. Następnie wkracza modlitwa, która natychmiast niszczy i unicestwia złe myśli opanowane przez czujność[1]. Być może wynika to z samego podobieństwa źródłosłowia: modlitwa (dokładnie modlitwa prośby) po grecku brzmi (proseuche), natomiast uwaga (prosoche). Na podstawie przytoczonych słów widzimy, że modlitwa jest tutaj zasadniczo rozumiana jako sposób duchowej walki o czystość myśli, czystość – dodajmy – od złych myśli. Można mówić równocześnie o trzech sposobach uwagi, jak i modlitwy. Traktat ów najpierw wymienia dwie drogi fałszywe. Pierwsza to droga wyobrażeń i pojęć. Modlący się pogłębia treściach wiary: tworzy Boże pojęcia, wyobraża sobie niebiańskie dobra, itd., słowem skupia on w umyśle wszystko, czego nauczył się ze świętych Pism, pobudza duszę do miłości[2]. Taka praca religijnej wyobraźni okazuje się mieć swe braki i niebezpieczeństwa, gdyż człowiek to, czego doświadcza, uważa za Boże pocieszenie i zawsze pragnie pozostawać w takim stanie. […] Jeżeli taki człowiek wiedzie życie samotne i całkowicie się mu oddaje, nie może uniknąć obłędu[3]. Droga ta osadzona na zaufaniu do zmysłów i doznań, do zewnętrznych gestów, jak wznoszenie rąk i koncentracja myśli, jest zazwyczaj zdominowana przez zwodniczego anioła światłości. Druga – niedoskonała, aczkolwiek o wiele szlachetniejsza od pierwszej – metoda, polega na konsekwentnym odstępowaniu od rzeczy dostrzegalnych zmysłami, wojowaniu z myślami, które nadchodzą, wznoszeniu ich do Boga. Jest to droga walki z myślami. Lecz śmiałków na tej drodze czeka bardzo trudna zasadzka pychy – nie unikną zmiażdżenia przez duchowych najeźdźców[4]. W sposobie tym lekceważy się wrogów wewnętrznych. Wówczas… można być uderzanym i nie móc uderzyć, być ranionym i nie zdawać sobie z tego sprawy, być prowadzonym w niewolę, nie mogąc odeprzeć tych, którzy zniewalają[5]. Ten rodzaj modlitwy wyczerpuje w duchowej walce, nie dochodząc do celu. W pierwszym i drugim przypadku mamy do czynienia z czymś co w tradycji filokalicznej zwane jest zniewoloną myślą[6]. Myślami nie należy ani się karmić, ani z nimi walczyć, lecz je całkowicie wyeliminować. Grzegorz z Synaju sugeruje: Jeżeli w umyśle dostrzegasz nieczyste myśli lub obrazy, które pochodzą od złych duchów, nie przerażaj się. Jeśli ukażą ci się dobre pojęcia, nie zważaj także na nie. Powstrzymuj natomiast wydech o ile to możliwe, zamknij umysł w sercu i wytrwale wzywaj nieustannie Pana Jezusa. W ten sposób szybko unicestwisz i stłumisz myśli, niewidzialnie smagając je Bożym Imieniem[7]. Jako jedynie doskonałą formą modlitwy Autor prezentuje sposób dziwny i trudny do opisania, a oparty mianowicie na posłuszeństwie mistrzowi: kto miłuje posłuszeństwo, ten uwalnia się od więzów istniejących w świecie, od trosk i namiętnych przywiązań, staje się gorliwy i stanowczy w dążeniu do celu, […] umarł dla wszelkiego upodobania wobec świata i ciała[8]. W przestrzeni posłuszeństwa pękają niewidzialne więzy buntowniczych mocy, które niby sznury otaczają umysł tysięcznymi splotami myśli[9]. Oprócz posłuszeństwa podstawą modlitwy jest czyste sumienia, a więc głęboki pokój. Przytocz: Prawdziwa i niezawodna uwaga a także modlitwa polega na tym, by w czasie modlitwy umysł strzegł serca. Winien on wówczas wciąż przebywać wewnątrz serca i z jego głębi zanosić wołanie do Boga[10].

 

Stopnie modlitwy hezychastycznej

Ewagriusz z Pontu określił cztery etapy rozwoju. Pierwszy polega na oderwaniu od rzeczy zewnętrznych. Drugi polega na odpieraniu złych myśli (logismos). Trzeci – na nie podleganiu nawet dobrym myślom, które przeszkadzają w drodze do Boga (poikilesthai). Czwarty – to kontemplacja czystego śwatła Boskiego bez formy nagim (gymnos) umysłem[11].Pierwszym niezbywalnym zachowaniem w hezychii, jest przekroczenie progu własnego serca – powrót do siebie samego, odkrycia tajemnicy królestwa, które nosi w sobie człowiek, odnajdywanie skarbu serca[12]. Metoda świętej modlitwy rozwija się w cztery etapy. Pierwszy polega na umniejszeniu namiętności, a nawet zdecydowanej pracy nad ich uśmierzeniem. Drugi stopień stanowi skupienie się na intensywnym śpiewie psalmów, który rozpala umysł i przepędza myśli, oddając się duchowej uwadze. Trzeci stopień to wytrwała modlitwa, nieprzerwane trwanie przy Bogu. To zaś przechodzi w czwarty stopień – kontemplacji, modlitwy czystej[13]. Rozmodlone serce rozmadla całego człowieka, pozwala mu trwać w modlitwie. Stan rozmodlenia nazywa katastasis. Stanowi on zarazem możliwość, przestrzeń i trwanie w modlitwie, otwarcie na modlitwę – zagospodarowanej dla Boga pełnię otwarcia i gotowości. To pozwala nawet nazwać wiarę bezpośrednią dyspozycją serca[14]. Jej dynamika otwiera się na miłosną kontemplację. Przyzywany zostaje ubogacony słodkim Bożym poznaniem, poprzez które odnajduje Stwórcę wszędzie obecnego[15]. Widzenie rzeczywistości przekształca się w widzenie Stwórcy. Dzieje się tak dlatego, że umysł przekształca się w czysty kryształ, w którym odbija się słońce, tzn. Bóg. Wtedy też umysł osiąga kres upragnionych rzeczy i znajduje spoczynek, będąc wolny od wszelkiej innej kontemplacji[16].

 

Modlitwa nieustanna

Za najwyższy stan modlitwy uważa się taki, w którym umysł wykracza poza ciało i świat i jest wolny od wszelkich spraw materialnych i wyobrażeń. Gdy ktoś na stałe osiągnął taki stan, można o nim powiedzieć, że nieustannie się modli[17]. Nieustannie modli się ten, kto trwale połączył swój umysł z Bogiem, stopniowo uwalniając się od ziemskich przywiązań[18]. Modlitwa nieustanna należy do darów Ducha św., nie może być owocem jakichś modlitewnych technik. Gdy hezychasta podejmuje się tej drogi, jednocześnie dąży do ciągłej pamięci o Bogu, niejako trwa w Bogu. Dla zdobycia stałej pamięci o Bogu nieprzerwanie miejcie przed oczyma wzór modlitwy: Boże wejrzyj ku wspomożeniu memu; Panie pospiesz ku ratunkowi memu – zaleca jedyny łaciński przedstawiciel w Filokalii – Jan Kasjan[19]. Ojciec ów wybrał jako najistotniejszy dla modlitewnej formacji właśnie powyższy werset z psalmu 70. Dzięki nieustannej modlitwie i rozważaniu Pisma Świętego otwierają się bowiem rozumne oczy duszy, które widzą władzę Potęg. Dusza zaś zostaje ogarnięta wielką radością i gorącym pragnieniem[20]. Modlitwa ujawnia swą wszechmoc, gdy jest wznoszona często, nieustannie[21].U podstaw daru leży łaska żywego doświadczenia: odczucie niebiańskiego ognia[22]. Dzięki niemu dusza zaczyna płonąć radosnym światłem. U początkujących modlitwa jest niczym ogień radości pochodzący z serca, u doskonałych zaś jakby udzielające się światło, które wydaje miłą woń[23]. Oczywiście praktyka na początku jest trudna i zniechęcająca. Dlatego słabemu człowiekowi Bog ofiaruje pewną przynętę. Izaak Syryjczyk stwierdza: Przynętą dla ducha jest radość, której źródełm jest nadzieja kwitnąca w sercu, a rozmyślanie o tym, w czym się pokłada ufność, daje sercu głębokie pocieszenie[24].


 

[1] Filokalia, s. 254.

[2] Filokalia, s. 256.

[3] Filokalia s. 256.

[4] Filokalia, s. 257.

[5] Filokalia, s. 258.

[6] Filokalia, s. 257.

[7] Filokalia, s. 286.

[8] Filokalia, s. 257-258.

[9] Filokalia, s. 258.

[10] Filokalia, s. 259.

[11] T. Spidlik, La preghiera esicastica, w: La preghiera. Bibbia, teologia, esperienze storiche, t. I., Roma 1990, s. 263.

[12] Nicefor Pustelnik, Filokalia, s. 267.

[13] Filokalia, s. 262-264.

[14] T. Špidlik, La spiritualita…, s. 96.

[15] Hezychiusz z Synaju, Filokalia, s. 209.

[16] Hezychiusz z Synaju, Filokalia, s. 209.

[17] Św. Maksym Wyznawca, Za: Filokalia. Teksty o modlitwie serca, tłum. ks. J. Naumowicz, Kraków 2002, s. 161.

[18] Św. Maksym Wyznawca, Za: Filokalia. Teksty o modlitwie serca, tłum. ks. J. Naumowicz, Kraków 2002, s. 164.

[19] Za: Filokalia. Teksty o modlitwie serca, tłum. ks. J. Naumowicz, Kraków 2002, s. 102.

[20] Abba Filomen, Za: Filokalia. Teksty o modlitwie serca, tłum. ks. J. Naumowicz, Kraków 2002, s. 155.

[21] Opowieści…, s. 157.

[22] Nicefor Pustelnik, Filokalia, s. 266.

[23] Grzegorz z Synaju, Filokalia, s. 294.

[24] Opowieści, s. 158-159.

http://www.communiocrucis.pl/index.php/sposoby-modlitwy-serca

********

 

Tajemnica serca


Modlitwa hezychastyczna nazywana jest modlitwą serca. Dlatego należy najpierw uświadomić sobie, jak tradycja wschodnia rozumie serce. W tradycji duchowej Kościoła Wschodniego serce rozumiane jest jako fundament życia chrześcijańskiego. Praktyki ascetyczne mówiły od początku o obecności Boga w sercu, o straży serca, uwadze serca, a modlitwie serca, nade wszystko o jego czystości[1].

 

Serce w Biblii

W biblijnej wizji serce (hebr. lev, levav) znajduje szczególne miejsce. Padają słowa o sercu stworzenia – sercu mórz (np. Ez 27,25-27), o siedlisku człowieka, o sercu poruszającym człowieka do działania (1Sm 24,5), wreszcie o sercu Bożym. Oznacza ono całe wnętrze, obejmuje władze, zdolności, wreszcie jest miejscem zamieszkania Boga. Wyraz serce jest tak bogate, że wymaga kunsztu znaczeń przenośnych. Biblia widzi w nim istotę osoby ludzkiej, przestrzeń, gdzie zapadają duchowe decyzje w stosunku do Boga, wiary, zbawienia. To właśnie w sercu zakrytym zasłoną (2Kor 3,15) znajduje często źródło przewrotność, ale Bóg może je odnowić, dać czyste serce (por. Ps 51,12), po to, było nosicielem nowej miłości. Jedynie Bóg może serce otworzyć.Najczęściej wiążemy je z uczuciami, a sławne liturgiczne „w górę serca” porywa do wznoszenia serc ku Bogu. Nastroje radości (Pwt 28,47; Dz 2,26), smutku (Ps 13,3; Lm 2,11), odwagi (Ps 27,14), pokory (Mt 11,29) stanowią o jego niezwykłym bogactwie wewnętrznym. Któż bowiem zgłębi tajemnice ludzkiego i boskiego serca: serce jest niezgłębione (Ps 64,7).

 

Serce w duchowości Wschodu

Wschodnia duchowość akcentuje, że serce zawiera pełnię życia, która obejmuje całego człowieka, we wszystkich jego działaniach i relacjach[2]. To co myśli, pragnie, dąży i dokonuje może być ogarnięte tą rozległą kategorią. Ale również możemy nadać mu znaczenie najbardziej subtelne. Serce może być rozumiane jako głębia duszy, sam rdzeń istnienia, jako coś, na co Teofan Rekluz wskazuje, iż utrzymuje energię wszystkich sił duszy i ciała, niejako ognisko mocy ludzkich, ognisko ducha[3]. W ten sposób może stać się zasadą jednoczącą strukturę człowieka, utrzymywać przy życiu rozmaitość przejawów bycia człowiekiem. Wiesz – twierdzi Nicefor Pustelnik – że w piersi każdego człowieka znajduje się zdolność rozumowania. Tam właśnie, wewnątrz piersi, nawet gdy usta nasze milczą, rozmawiamy i zastanawiamy się, zanosimy modlitwy i psalmy i czynimy wiele innych rzeczy[4]. Serce jest niejako ośrodkiem rozumu.W przybliżeniu sensu mechanizmów działających wewnątrz modlitwy należy wyjaśnić zależność pomiędzy sercem, rozumem a umysłem w tradycji Kościoła Wschodniego. Czyni to przystępnie Grzegorz Palamas: jesteśmy przekonani, że nasz rozum nie znajduje się wewnątrz nas, jakby w naczyniu, ponieważ jest bezcielesny, ani na zewnątrz nas, gdyż jest związany z ciałem. Pozostaje on natomiast w sercu, jak w jakimś organie.[…] Nasze serce stanowi zatem siedzibę myśli i pierwszy cielesny organ umysłu. Kontrolę nad rozumem sprawujemy sprowadzając go do wnętrza serca, które jest siedzibą myśli[5].

 

Stany serca


Zatwardziałość

Tajemnica serca obejmuje swą ciemną stronę. Wyraża to przerażony prorok: Serce jest zdradliwsze niż wszystko inne i niepoprawne – któż je zgłębi? (Jer 17,9). Pismo św. przywołuje w tym względzie konsekwentne słowo: twarde serce. Znaczy ono nie tylko zamknięcie, tępotę czy skostnienie, ale i pewnego rodzaju okrucieństwo obstawania, upór trwania przy swoim. Wyraża ono sposób zaślepionego poznania, które odrzuca Boga i Jego drogi. Bywa, że Bóg sam czyni serce upartym jak w przypadku faraona: Pan uczynił upartym serce faraona, tak iż nie usłuchał (Wj 9,12) i podjął samobójczą pogoń za Izraelem. Twardości może być poddany cały naród, jak towarzyszący faraonowi Egipcjanie: uczynię upartymi serca Egipcjan, że pójdą za nimi (Wj 14,17), konsekwentnie zmierzając do tragedii. Psalmy, zwłaszcza 81, przywołuje stwierdzenie, że Pan pozostawia grzeszników własnemu uporowi: Pozostawiłem ich przeto twardości ich serca: niech postępują według swych zamysłów! (Ps 81,13). Tragedia skostnienia objawia się w misji proroków. Bóg powołuje Izajasza w dramatycznej celowości: Idź i mów do tego ludu: Słuchajcie pilnie, lecz bez zrozumienia, patrzcie uważnie, lecz bez rozeznania! Zatwardź serce tego ludu, znieczul jego uszy, zaślep jego oczy, iżby oczami nie widział ani uszami nie słyszał, i serce jego by nie pojęło, żeby się nie nawrócił i nie był uzdrowiony (Iz 6,9-10). Wspomniany brak rozeznania przybiera formę dumy człowieka przekonanego o swej wartości i niezależności, ale staczającego się w przepaść nieistnienia: Zaiste na śliskiej drodze ich stawiasz i spychasz ich ku zagładzie (Ps 73,18). Duchowość Wschodu bardzo poważnie traktuje święte strofy o sercu wyniosłym, o błądzeniu w sercu (Hbr 3,10), co wiąże się z nieznajomością Bożych dróg. Pamięta na słowa Chrystusa, że przychodzi Zły i porywa to, co zasiane jest w… sercu (Mt 13,19) i proponuje praktykę straży serca, by nie wpuszczać obcych. Akcentuje prawdę, że to z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa (Mk 7,21) i jak nieskore są… serca do wierzenia (Łk 24,25). Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka (Łk 21,34) – dzień Pański, dzień upadku, dzień ostateczny. W zatwardziałości można upatrywać skutków pychy: pycha serca twego zwiodła ciebie, który mieszkasz w jaskiniach skalnych, który na wysokości założyłeś swoją siedzibę, który mówisz w swym sercu: Któż mię strąci na ziemię? (Ab 3).

Namiętność – serce uwięzione w grzechu

Stan człowieka namiętnego można opisać odwołując się do słów proroka Aggeusza: Siejecie wiele, lecz plon macie lichy; przyjmujecie pokarm, lecz nie ma go do sytości; pijecie, lecz nie gasicie pragnienia; okrywacie się, lecz się nie rozgrzewacie; ten, kto pracuje, aby zarobić, pracuje [odkładając] do dziurawego mieszka! (Ag 1,6). Św. Maksym Wyznawca wyjaśnia istotną prawdę: Umysł człowieka miłego Bogu nie zwalcza osób czy rzeczy ani myślenia o nich, lecz odsuwa namiętności, jakie mogą się z nimi wiązać[6]. O jakie sytuacje szczególnie chodzi? Uwolnij swój umysł od gniewu, urazów i złych myśli, a spostrzeżesz, że mieszka w tobie Bóg[7].Może jednak się zdarzyć, że namiętności ucichną. Sytuację demaskuje jednak Hezychiusz z Synaju: Kiedy przestają się budzić namiętności, ponieważ zostały usunięte ich przyczyny, albo też demony podstępnie się wycofały – wtedy przychodzi pycha[8]

Natura skupienia

Pseudo-Dionizy Areopagita mówi o ruchu kolistym umysłu w Imionach boskich: Dusza porusza się również ruchem kolistym wtedy, gdy wchodząc w samą siebie, opuszcza świat rzeczy zewnętrznych i zbiera wszystkie moce intelektualne. W jedność. W tym ruchu kolistym, który zabezpiecza ją przed zbłądzeniem, odwraca się od wielości rzeczy, które są na zewnątrz i skupia się najpierw w sobie[9]. Ten dośrodkowy ruch umysłu (w odróżnieniu od „liniowego” zwrócenia się ku rzeczom zewnętrznym) skupiający w jedno jest przedmiotem istotnego wysiłku duchowego. Jak mówi św. Bazyli Wielki w ten sposób powraca do siebie i przez siebie samego wznosi się do Boga[10] Umysł w tradycji hezychastycznej winien być zamykany i zamknięty w ciele. Wyprowadzanie go poza ciało, by poza nim doznać duchowych wizji, jest – jak to nazywa Palamas – największym błędem…, korzeniem i źródłem wszelkiego fałszu… Stanowi też naukę rodzącą bezmyślność i pochodzącą z obłędu[11].

Serce skruszone – penthos

Pewien brat radził się abba Pojmena w sprawie szkodliwych myśli. A starzec mu powiedział: „To jest tak jak z człowiekiem, który ma ogień po lewej stronie, a dzban z wodą po prawej. Gdy się płomień zapala, on bierze dzban i gasi. Ogniem jest powiew nieprzyjaciela, a wodą – rzucanie się na twarz przed Bogiem”[12]Ojcowie mówili o jadzie grzechu, jadzie potrafiącego zamroczyć, ale dzięki obmywaniu łzami serca, człowiek powraca do pierwotnej czystości. Modlitwa pełna skruchy wymazuje z duszy hańbę grzechu[13]. Skrucha budzi się w usłyszanych i przyjętych z wiarą słowach, iż Pan jest miłosierny i łaskawy dla wszystkich, którzy Go wzywają (por. Ps 86,5). Św. Jan Chryzostom pisze: modlitwa, choćby zanoszona przez nas, przepełnionych grzechami, natychmiast cię oczyszcza[14]. Modlitwa Jezusa zapuszcza swe korzenie w sercu skruszonym. Skruszone istnienie przede wszystkim nosi brzemię ciężaru własnej winy. W skrusze grzech nabiera nowego znaczenia: stanowi swoistą grawitację, ciążenie ku Bogu. Im bardziej człowiek jest świadom zakorzenionego w nim zła, tym bardziej jego grzeszne, odsłonięte istnienie zamienia się w wołanie o Boga, o miłosierdzie. Grzech bowiem uświadamia, jak mała jest miłość człowieka, całą tragiczną niemożliwość miłowania i odpowiadania na doznaną miłość. Skrucha wywodzi się z bram śmierci, umierania. Skrucha rozpoznaje własną niegodność, ogarnia ją bezgraniczny duchowy smutek. Stąd, z krainy umęczonych piekieł, wywodzi się inwokacja zmiłowania, błaganie śmiertelnego smutku, w którym sprawa człowieka otwiera się na Boga, ale otwiera się w taki sposób, iż nie zostaje już nigdy zamknięta. W inwokacji również słowo modlącego się zostaje otwarte. Z głębi słabości skrucha rozpoczyna pieśń o niepowstrzymanych niebiosach, przywoływanie Boga dla tak całkowitej nicości.Skrucha wiedzie nie tylko do Boga, lecz i do bliźniego. Aby oczyścić przedpole modlitwy hezychasta z całym wewnętrznym przekonaniem buduje na przebaczeniu. W modlitwie staraj się nikogo nie oskarżać, abyś nie niszczył tego, co budujesz i nie uczynił swej modlitwy odrażającej. Skrucha wobec drugiego, widzenie o wiele jaśniejsze własnej winy niż czyjejś dowodzi postępu duchowego. Jeśli nie darujesz swemu winowajcy nie otrzymasz odpuszczenia. Powiedziano przecież: „Wydał go katom”[15]. Pielgrzym z Opowieści przytacza słowa Filokalii: Istotę rzeczy mierzy się stosownie do wewnętrznego stanu duszy: każdy według tego, jaki jest, sądzi o innych… Kto doszedł do prawdziwej modlitwy i miłości, nie rozróżnia rzeczy, nie czyni różnicy między sprawiedliwym a grzesznikiem, wszystkich kocha jednakowo i nie sądzi ich[16].

Dar łez

Dar łez wiąże się z głębokim poznaniem własnej grzeszności, która kontrastuje z czystym światłem Boskiego bytu. Świadomość boskiej świętości, majestatu wyzwala trawiący ból serca, który jak ogień wypala samą istotę modlącego się. Jak stwierdza św. Grzegorz z Nyssy, plamy grzechu zmywa się wodą łez[17], a jeszcze wcześniej Klemens Aleksandryjski mówi o chrzcie otrzymanym po raz drugi poprzez łzy[18]. Źródłem łez jest ciężar własnych win i grzechów, a dokładniej wstyd z uświadomienia sobie, jak bardzo człowiek sprzeciwiał się Bogu. Łzy stają się niejako wielkim, zewnętrznym wyznaniem grzechów. Można to nazwać modlitwą łez.Według Ojców pustyni łzy były formą pojednania z Bogiem, wyrazem pokuty za grzech, drogą do odpuszczenia grzechów. Przede wszystkim łzy oczyszczały, podobnie jak krew męczenników. Umieranie pośród łez było jak wiatyk, otwierający zdroje Bożego miłosierdzia. Łzy stanowiły dowód, że człowiek jest i czuje się grzesznikiem, że cierpi cierpieniem wywodzącym się z raju. Ojcowie Pustyni używali znakomitego porównania: kiedy ogień obejmuje drewno, najpierw dym powoduje łzy, zanim rozbłyśnie czystym płomieniem. Dlatego ogień boskiej miłości wywołuje łzy, zanim wprowadzi do niewymownej chwały[19].Łzy są również aktem pokory. Otrzymany dar łez świadczy o niezwykłym duchu duchowego ubóstwa i oderwania.Św. Grzegorz Wielki w znanym tekście o skrusze serca wymienia cztery odniesienia, które dusza opłakuje: uczynione grzechy , sąd Boży i męki piekła, które czekały ją za grzechy , utrapienia doczesności i radość nieśmiertelną, której jeszcze nie posiada . Zazwyczaj zwraca się uwagę jedynie na dwa pierwsze elementy jako przedmiot skruchy, ale tęsknota za Bogiem i do przyszłego szczęścia czyni dokuczliwym obecne życie[20]. Najbardziej do Boga zbliża, zdaniem Ojców pustyni, rozpoznanie i uznanie w sobie grzesznika. Z takiej postawy wypływają najszczersze słowa: Panie, ulituj się nade mną grzesznym.Źródłem modlitwy łez jest zazwyczaj zagrożenie najważniejszych wartości, poczucie opuszczenia, osaczenia czy też przypadkowości: Usłysz, o Panie, moją modlitwę, i wysłuchaj mego wołania; na moje łzy nie bądź nieczuły, bo gościem jestem u Ciebie, przechodniem – jak wszyscy moi przodkowie (Ps 39,13). Łzy stały się dla mnie chlebem we dnie i w nocy, gdy mówią mi co dzień: Gdzie jest twój Bóg? (Ps 42,4). Oto dlaczego płaczę, oko me łzy wylewa; Pocieszyciel daleko ode mnie, Ten, co by mi życie przywrócił (Lm 1,16).Sięgając jednak istoty tego, co św. Grzegorz z Nyssy nazywa compunzione – skruchą połączoną ze śmiertelną tęsknotą za Bogiem, orant pragnie wejść w rolę Marii, rzucającej się do stóp Chrystusowi. Widzisz tę kobietę? Wszedłem do twego domu, a nie podałeś Mi wody do nóg; ona zaś łzami oblała Mi stopy i swymi włosami je otarła (Łk 7,44). Modlitwa taka obejmuje pokornie Chrystusowe stopy, jakby nie miała odwagi patrzeć w jasne zbawcze oczy Pana i żyje u podnóżka jego stóp wyczekując miłosiernych rąk, jak syn marnotrawny.Św. Jak Klimak wskazuje naprawdę, że w sercu mieszają się żar modlitwy i łzy skruchy[21]Dzięki darowi łez wchodzi się przestrzeń tajemnicy odkupienia, wylewając łzy z powodu własnej niewdzięczności i skłonności do grzechu, a w szerszym wymiarze – z powodu obojętności ludzi. Strumienie łez płyną z mych oczu, bo nie zachowano Twojego Prawa (Ps 119,136) – woła orant z rozgoryczonym psalmistą. Prorocy niejednokrotnie kryli swe łzy: Jeżeli zaś tego nie posłuchacie, będę potajemnie płakał nad waszą pychą. Będę płakał nieustannie i zamienią się w potoki łez moje oczy, bo trzoda Pańska idzie w niewolę (Jer 13,17). Rozumie bowiem znaczenie łez skruchy: Wołaj sercem do Pana, Dziewico, Córo Syjonu; niech łzy twe płyną jak rzeka we dnie i w nocy; nie dawaj sobie wytchnienia, niech źrenica twego oka nie zna spoczynku! (Lm 2,18). Modlący się rosi swą drogę gorzkimi łzami, gdyż z ufnością czeka wybawienia; czeka na boskie słowa: Słyszałem twoją modlitwę, widziałem twoje łzy. Uzdrowię cię (Iz 38,5).Łzy człowieka zlewają się ostatecznie w jedno z łzami Chrystusa płaczącego nad Jerozolimą (Łk 19,41-44). W duchowej tradycji hezychazmu dar łez jest niemal drogą. Ewagriusz z Pontu poucza: módl się przede wszystkim o dar łez, abyś przez skruchę pokonał zatwardziałość serca. Kiedy wyznasz Panu twe nieprawości, otrzymasz od Niego przebaczenie[22]. Abba Pojmen zaś: Kto chce okupić swe grzechy, łzami je okupuje, a kto chce nabyć cnoty, za łzy je nabywa[23].Zarówno skrucha (penthos) jak i dar łez pmają jeden cel doprowadzić do przemiany serca. Jeżeli ono nie zostaje przemienione, modlitwa jest nieskuteczna, niewłaściwa, a być może nieprawdziwa. Makary Egipski tłumaczy: Tak jak podczas sadzenia winnej latorośli dokłada się pilności i trudu z myślą o zebraniu owocu, a jeśli go nie będzie, to cała praca będzie daremna, tak jest i z modlitwą: jeśli nie dojrzysz w sobie owoców ducha, to znaczy miłości, pokoju, radości i innych, to cały nasz wysiłek jest daremny[24]. Którzy we łzach sieją, żąć będą w radości Ps 126,5 Nakarmiłeś go chlebem płaczu i obficie napoiłeś go łzami Ps 80,6Szukają Mnie dzień za dniem, pragną poznać moje drogi, jak naród, który kocha sprawiedliwość i nie opuszcza Prawa swego Boga. Proszą Mnie o sprawiedliwe prawa, pragną bliskości Boga Iz 58,2

Czyste pragnienie Boga

Abba Filomen pozostawił swemu uczniowi bardzo istotną prawdę: Namiętność ta [błąkanie się umysłu] właściwa jest ludziom, którzy żyją w świecie. Trwa ona, ponieważ nie masz jeszcze doskonałego pragnienia Boga. Nie zostałeś jeszcze ogarnięty żarem pragnienia i poznania Boga[25]. Ogień pragnienia rozpala ducha. Jan Klimak notuje: Gdy ogień zamieszka w sercu, pobudza modlitwę. Gdy zostanie ona rozbudzona i wzniesie ku niebu, wówczas ogień zstępuje do wieczernika duszy[26]. Modlitwa odtwarza piękno Bożych rysów[27].

Serce skupione

Pseudo-Dionizy Areopagita mówi o ruchu kolistym umysłu w Imionach boskich: Dusza porusza się również ruchem kolistym wtedy, gdy wchodząc w samą siebie, opuszcza świat rzeczy zewnętrznych i zbiera wszystkie moce intelektualne. W jedność. W tym ruchu kolistym, który zabezpiecza ją przed zbłądzeniem, odwraca się od wielości rzeczy, które są na zewnątrz i skupia się najpierw w sobie[28]. Ten dośrodkowy ruch umysłu (w odróżnieniu od „liniowego” zwrócenia się ku rzeczom zewnętrznym) skupiający w jedno jest przedmiotem istotnego wysiłku duchowego. Jak mówi św. Bazyli Wielki w ten sposób powraca do siebie i przez siebie samego wznosi się do Boga[29] Ideałem hezychazmu jest czujność połączona z modlitwą nieustanną, polegającą na wzywaniu imienia Jezus. Modlitwa ma miejsce wtedy, kiedy oddala od rozproszeń i gdy widzisz, że umysł raduje się oświecony w Panu – stwierdza Barsnufiusz. Znakiem, że ktoś osiągnął taki stan, jest to, że nie ulega zamętom i rozproszeniom, choćby kusił go cały świat[30].Skupienie prowadzi do tajemnej myśli człowieka, która nie podlega żadnym zewnętrznym powiązaniom, jest sama w sobie całkowicie wolna, w każdym czasie może być ona odczuwana i przemieniana w modlitwę[31].


 

[1] T. Špidlik, La spiritualita dell’Oriente cristiano. Manuale sistematico, Roma 1985, s. 94.

[2] T. Špidlik, Myśl rosyjska. Inna wizja człowieka, tłum. J. Dembska, Warszawa 2000, s. 341.

[3] Za: T. Špidlik, La spiritualita dell’Oriente cristiano. Manuale sistematico, Roma 1985, s. 96.

[4] Filokalia, s. 281.

[5] Filokalia, s. 309.

[6] Za: Filokalia. Teksty o modlitwie serca, tłum. ks. J. Naumowicz, Kraków 2002, s. 161.

[7] Za: Filokalia. Teksty o modlitwie serca, tłum. ks. J. Naumowicz, Kraków 2002, s. 163.

[8] Za: Filokalia. Teksty o modlitwie serca, tłum. ks. J. Naumowicz, Kraków 2002, s. 208.

[9] Pseudo-Dionizy Areopagita, Pisma teologiczne, t. I, tłum. M. Dzielska, Kraków 1997, s. 34.

[10] Za: Filokalia, s. 311.

[11] Filokaia, s. 310.

[12] L. Regnault, Wsłuchując się dziś w słowa ojców pustyni, tłum. J. Kokowska, Kraków 1998, s. 62.

[13] Teoleptos z Filadelfii, Filokalia, s. 301.

[14] Za: Opowieści…, s. 110.

[15] Ewagriusz z Pontu, w: Filokalia. Teksty o modlitwie serca, tłum. ks. J. Naumowicz, Kraków 2002, s. 83.

[16] Opowieści…, s. 85.

[17] Za: W. Vökler, Gregorio di Nissa filosofo e mistico, Milano 1993, s. 102.

[18] Za: W. Vökler, Gregorio di Nissa filosofo e mistico, Milano 1993, s. 103.

[19] L. Leloir OSB, Deserto e comunione. I Padri del deserto e il loro messaggio oggi, Torino1982, s. 143.

[20] L. Leloir OSB, Deserto e comunione. I Padri del deserto e il loro messaggio oggi, Torino1982, s. 143.

[21] Za: Filokalia. Teksty o modlitwie serca, tłum. ks. J. Naumowicz, Kraków 2002, s. 195.

[22] Za: Filokalia. Teksty o modlitwie serca, tłum. ks. J. Naumowicz, Kraków 2002, s. 78.

[23] Za: Filokalia, s.330.

[24] Opowieści…, s. 160.

[25] Za: Filokalia. Teksty o modlitwie serca, tłum. ks. J. Naumowicz, Kraków 2002, s. 157.

[26] Za: Filokalia. Teksty o modlitwie serca, tłum. ks. J. Naumowicz, Kraków 2002, s. 195.

[27] Teoleptos z Filadelfii, Filokalia, s. 301.

[28] Pseudo-Dionizy Areopagita, Pisma teologiczne, t. I, tłum. M. Dzielska, Kraków 1997, s. 34.

[29] Za: Filokalia, s. 311.

[30] Za: Filokalia. Teksty o modlitwie serca, tłum. ks. J. Naumowicz, Kraków 2002, s. 143-144.

[31] Opowieści…, s. 149.

**********

Siedem lekcji o modlitwie serca

MEDYTACJA – MODLITWA SERCA

Każdy, kto zetknął się z tradycją duchowości Wschodu, zarówno tego bliższego
nam jak i dalszego, stawia zwykle pytanie o wartość modlitwy Jezusowej, która
swymi korzeniami sięga najstarszej tradycji chrześcijaństwa, tradycji wspólnej dla
chrześcijaństwa Wschodu i Zachodu. Pytanie to nie jest obce także Ojcu Świętemu.
Przed niedzielną modlitwą Anioł Pański, trzeciego listopada 1996 roku Jan Paweł II
mówił o medytacji zwanej modlitwą serca, która poprzez powtarzanie inwokacji:
“Panie Jezu Chryste, Synu Boży, bądź miłościw mnie grzesznemu!” staje się jakby
oddechem duszy. “Wypowiadana w głębokości serca, posiada tajemnicze odniesienie
wspólnotowe. Mała modlitwa – jak ją nazywali Ojcowie – jest wielkim skarbem i
jednoczy w obliczu Chrystusa wszystkich modlących się”. Papież podkreślił, że
modlitwa ta nazywana modlitwą Jezusową rozpowszechniona została także na
Zachodzie dzięki Opowieściom rosyjskiego pielgrzyma.
Jakkolwiek modlitwa Jezusowa została rozwinięta przez kościoły wschodnie, to
jednak jej korzenie są wspólne także dla modlitwy różańcowej, którą niekiedy nazywa
się modlitwą Jezusową Zachodu. “Dlatego ci, co szukają drogi do odnowienia całego
człowieka i zjednoczenia z Bogiem – pisze A. Rosenberg – słusznie sięgają po taki
przewodnik do ciszy i pokoju. I mogą to czynić bez obawy – chodzi bowiem w tej
metodzie medytacji przekazanej pod nazwą modlitwy serca o ćwiczenia sięgające w
swej istocie i intencji aż w czasy apostolskie.” Posiada ona zatem wymiar
ekumeniczny, ale ma również wymiar międzyreligijny, bo przecież powtarzanie
krótkich formuł modlitewnych znane jest w wielu religiach, podobnie jak posługiwanie
się w modlitwie różańcem.
Dziś wielu młodych ludzi podąża na Wschód poszukując nauczycieli modlitwy i
medytacji. Być może nie musieliby tam podążać, gdyby ktoś ukazał im ścieżkę
modlitwy Jezusowej. “O wiele więcej osób – mówił Ojciec Święty Jan Paweł II do
biskupów francuskich 24 lutego 1982 roku – byłoby zdolnych do modlitwy myślnej,
lecz nikt ich tego nie uczył. Teraz więc, bez życia wewnętrznego, wierni tracą
żywotność, ich modlitwa staje się brzmiącym cymbałem a praktyka religijna, jeśli
istnieje, wyjaławia się.” Z tego też powodu ponowne odkrycie modlitwy Jezusowej
uznać należy za łaskę, która przychodzi w odpowiednim momencie, wybranym przez
Boga, abyśmy mogli wypełnić nakaz Pisma Świętego: “Módlcie się nieustannie” (1Tes
5,16).

 

Lekcja I – Bądź jak góra

Kiedy się modlisz, bądź jak góra
Nieruchomo osadzona w ciszy.
Jej myśli zakorzenione są w wieczności.
Nie rób niczego, siedź, bądź,
a poznasz owoce płynące z modlitwy.

Tak wielu ludzi skarży się dziś, że ma trudności na modlitwie. W dużej mierze
dzieje się tak dlatego, że zapominamy o naszym ciele, a przecież teologia
chrześcijańska jest teologią wcielenia. To, że Chrystus przyjął ludzkie ciało wyraźnie
potwierdza fakt ważności ciała ludzkiego w dziele zbawienia. Starcy, którzy nauczali
modlitwy Jezusowej dobrze wiedzieli jak wielką rolę odgrywa ciało w modlitwie. Byli
przekonani, że modlitwa to nie tyle sprawa mówienia czy myślenia o Bogu, ale przede
wszystkim sprawa bycia z Bogiem, dlatego zachęcali, aby modlić się całym sobą.
Świadczy o tym nauka starca Serafina z góry Athos. Młodemu filozofowi z Paryża,
który pragnął uczyć się praktyki modlitwy Jezusowej powiedział: “Przed
rozprawianiem o modlitwie serca – naucz się najpierw medytować jak góra. Zapytaj ją,
co czyni, aby się modlić.” Medytowanie jak góra uczy nie tylko doświadczania istoty
samego Bytu, prostego faktu istnienia, ale również przypomina słowa Jezusa: “Ty jesteś
skałą i na tej skale zbuduję Kościół mój”.
Pod koniec XIV wieku, dwaj mnisi z Athos, Kallistus i Ignacy Xantopoulos w
dziele Centuria zebrali naukę Ojców Pustyni i hezychastów, którzy z modlitwy
Jezusowej uczynili podstawową praktykę. Można tam znaleźć słowa Grzegorza Synaity
dotyczącą postawy ciała na modlitwie – “Już wcześnie rano, usiądź na niskim stołku,
sprowadź swego ducha z głowy do serca i tam go zatrzymaj. Skłoń się aż do odczucia
bólu; piersi, ramiona i szyję silnie natężając, wypowiadaj ustawicznie w swojej duszy i
duchu: Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną! Tak oprzesz się pokusom, które ciągle
cię nękają”.

 

Lekcja II – Bądź jak kwiat

Kiedy się modlisz, bądź jak kwiat,
Zawsze skierowany ku słońcu.
Jego łodyga jak kręgosłup, zawsze jest prosta.
Bądź otwarty, gotowy przyjąć wszystko bez lęku,
– a nie zabraknie ci światła w drodze
Góra nauczyła młodego filozofa czym jest wieczność i niezmienność, kwiat
nauczył go czym jest przemijanie i znikomość ludzkiego bytu. Kwiat uczy także postawy
ciała (wyprostowany kręgosłup jak łodyga bardzo pomaga w koncentracji umysłu), ale
uczy również skierowania umysłu ku światłu. To bardzo praktyczne podejście do nauki
modlitwy było dobrze znane w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Często podkreślano
wtedy związek między praxis i theoria. Praxis oznaczało „aktywne życie” chrześcijan,
nie tyle w sensie apostolatu czy pełnienia uczynków miłosierdzia (chociaż działania te
zawierały się w praxis), ale w sensie „wysiłku zdobywania cnoty”. Theoria, zazwyczaj
tłumaczona jako „kontemplacja”, oznaczała „wizję światła” na podobieństwo wizji
apostołów na górze Tabor. Jakkolwiek wierzono, że jedno i drugie przepełnione jest
łaską, to jednak istniało przekonanie, że na drodze do Boga nie pozostajemy całkowicie
bierni. Uważano, iż theoria nie będzie nam dana, jeżeli nie będzie poszukiwana.
Tradycja Zachodu zna również doświadczenie “wizji światła” – dzięki św. Benedyktowi,
który “zobaczył cały świat w jednym promieniu słońca”.
Podobnie jak kwiat pochyla się pod wpływem wiatru, tak również psychofizyczny
aspekt modlitwy Jezusowej znajduje swój wymiar z praktyce pokłonów. We wczesnych
regułach monastycznych zalecano nawet 100 pokłonów w czasie modlitwy.
“Róża kwitnie, dlatego, że kwitnie, nie pytając dlaczego” – pisał Anioł Ślązak –
podobnie powinniśmy powtarzać słowa: “Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!” i nie
pytać dlaczego. Dla studenta filozofii przebywanie wśród kwiatów było również nauką
bezinteresowności na modlitwie, modlitwą dla miłości Boga, który sam jest nagrodą.

Lekcja III – Bądź jak ocean

Kiedy się modlisz bądź jak ocean,
W swej głębi zawsze nieporuszony.
Jego fale przypływają i odpływają.
Bądź spokojny w swym wnętrzu,
a złe myśli same odejdą.
Taka jest natura naszego umysłu – myśli przychodzą i odchodzą. Jeśli umysł
chcemy opanować umysłem, powodujemy tylko większe zamieszanie, najlepiej więc
pozostawić go w spokoju. Potrzeba ciszy, milczenia i samotności, aby móc się dobrze
modlić, potrzeba także prostoty. Wiedza, która wszystko analizuje, abstrahuje, uogólnia
i ocenia może być wielką przeszkodą w modlitwie, pozbawia nas bowiem
spontaniczności, a w konsekwencji prostoty i szczerości. Biblii obce jest myślenie
pojęciowe, czy teoretyczne w sensie współczesnym. Podobnie nauczali Ojcowie
Pustyni, mimo że wielu z nich było ludźmi wykształconymi. Postawa ta nie wynikała z
wrogości wobec intelektu, ale z poczucia tajemnicy, czyli niepoznawalności istoty Boga
i spraw boskich na drodze czysto rozumowej, a jedynie poprzez doświadczenie w
miłosnym zachwycie. Czytanie Pisma świętego było podstawowym obowiązkiem
mnichów. Niektórzy znali je na pamięć, przynajmniej Nowy Testament i Psalmy, nie
dyskutowano jednak na jego temat. Świadczy o tym wiele apoftegmatów.
Najsłynniejszy z nich wspomina św. Antoniego Pustelnika, który w czasie dyskusji nad
fragmentem Pisma świętego pochwalił wypowiedź abba Józefa, który powiedział: “Nie
wiem!”. Trzeba jednak wiele wiedzieć i wiele doświadczyć, aby stanąć przed
Tajemnicą, do której droga prowadzi często przez noc i ciemności i mieć odwagę
powiedzieć – “Nie wiem!”. „Usiądź w milczeniu i wejdź w ciemność – mówi Pan.”
Rosyjski pielgrzym, po okresie praktyki modlitwy Jezusowej napisał: “Tak
przywykłem do tej modlitwy, że jeśli przez moment przestaję ją mówić, to czuję jakby
mi czegoś brakowało, jakbym coś utracił. Zaczynam modlitwę i robi mi się lekko i
radośnie (…) Myśli, które kiedyś przychodziły mi do głowy, jakoś same całkiem
przycichły i nie myślałem już o niczym oprócz modlitwy, do której zacząłem nakłaniać
mój umysł, a serce z czasem już samo zaczęło napełniać się ciepłem i jakimś miłym
uczuciem”. Bez lęku zatem, mimo trudności, mógł powtarzać słowa modlitwy: “Panie
Jezu Chryste zmiłuj się nad nami!”.

Lekcja IV – Bądź jak oddech

Kiedy się modlisz, pamiętaj o oddechu,
Dzięki niemu człowiek stał się istotą żyjącą,
Oddech od Boga pochodzi i do Boga wraca.
Zjednocz słowo modlitwy ze strumieniem życia,
a nic od Dawcy życia cię nie odłączy.
Hebrajskie słowo ruach oznacza wiatr, oddech i Ducha. Oddech rozumiany
był jako tchnienie życia, nadawał moc słowu, które stawało się jakby obdarzone
życiem, miało niejako swój byt, swoje istnienie. Z tego powodu Ezaw nie mógł
otrzymać drugiego błogosławieństwa. Słowo ma tak wielką moc, że Bóg stwarza świat
przez SŁOWO i przez SŁOWO świat zbawia. Słowo w tradycji biblijnej nie tyle
oznacza, co uobecnia, szczególnie dotyczy to imienia; dlatego też wszystkim epifaniom
Boga w Starym Testamencie towarzyszyło pytanie o imię Boga. Człowiek zaś od
niepamiętnych czasów wzywał imienia Pana, a cała historia Izraela świadczy, że Bóg
odpowiadał na to wezwanie – “Mojżesz i Aaron i Samuel wśród tych, co wzywali Jego
imienia, wzywali Pana, On ich wysłuchiwał”.
Teraz może łatwiej nam zrozumieć dlaczego niekiedy słowa modlitwy: “Panie
Jezu Chryste zmiłuj się nad nami!” powtarzano w rytm oddechu, zgodnie z zaleceniem
Jana Klimaka Synaity (żyjącego w VII wieku) -“Niechaj wspomnienie Jezusa
towarzyszy każdemu oddechowi”.

Lekcja V – Bądź jak ptak

Kiedy się modlisz bądź jak ptak,
Śpiewający bez wytchnienia przed obliczem Stwórcy.
Jego pieśń wznosi się jak dym kadzidła.
Niech i twoja modlitwa będzie jak gruchanie gołębia
a nie poddasz się zniechęceniu.
Modlitwę medytacyjną określano jako ruminatio czyli przeżuwanie.
Określenie to nawiązywało do Starego Testamentu, gdzie jest mowa o zwierzętach
czystych, które przeżuwają. Św. Augustyn przejmując tą starożytną tradycję zachęcał do
przeżuwania czyli medytowania, “aby być czystym stworzeniem, nie zaś nieczystym”.
Najbardziej znanym zwierzęciem, które przeżuwa jest oczywiście krowa i dlatego
często stawiano ją za wzór dla medytujących. W tradycji hebrajskiej pojęcie medytacji
zostało określone terminem haga. Izajasz posługiwał się nim wyrażając pomrukiwanie
lwa, kwilenie gołębicy czy ryczenie niedźwiedzia. Na górze Athos nie było niedźwiedzi,
lwów, ani krów, dlatego uczono się modlitwy od gołębicy. Ptak uczy wolności,
bezinteresowności, wznoszenia się ponad ziemskie ograniczenia. Gołębica jest też
symbolem Ducha Świętego.
Dziś serwuje się nam gotowe odpowiedzi na wszystkie problemy, lubimy też
mieć wszystko nazwane, określone i opisane. Jest to choroba prowadząca do duchowej
śmierci, bo tak jak ptak schwytany i zamknięty w naszych dłoniach traci swą wolność i
umiera, tak wszystko to, co ujęte i zamknięte w słowach staje się zwykłą śmiertelną
wiedzą. A człowiek z natury swej jest wolny jak ptak i miłość jest jak ptak, i droga jest
jak ptak, i tysiące innych rzeczy jest jak ptak i potrzebuje wolności, aby żyć i objawiać
w ciszy radość swego istnienia. ”W ciszy i ufności leży wasze siła’ – mówi Pan.
Ciche monotonne powtarzanie prostych słów modlitwy także może
przypominać śpiew ptaka. Rosyjski pielgrzym, zgodnie z zaleceniem starca powtarzał
modlitewne wezwanie trzy a potem nawet dwanaście tysięcy razy dziennie. Ta ilość
może wydawać się nam czymś absurdalnym. Pielgrzym jednak wypełnił polecenia
swego nauczyciela i doświadczył jak słowa modlitwy rozbrzmiewają w jego wnętrzu,
mimo że formalnie ich nie powtarzał, w czasie snu, pracy, spożywania posiłków i
odpoczynku. Zrozumiał wtedy, co to znaczy “modlić się nieustannie”. “Gorszący
początkowo mechanizm – pisze Walter Nigg – prowadzi w istocie do usunięcia
wszelkich zewnętrznych środków pomocniczych i okazuję się drogą do jednego z
najwyższych wzniesień ducha, do nieustannej modlitwy wewnętrznej.” Ojcowie
Pustyni posiadali głębokie doświadczenie modlitwy i nie byli tak naiwni, aby sądzić,
że ilość jest najważniejsza. Powtarzanie prowadzi do zapamiętywania, rodzi
habitualną postawę, jakby nawyk nieustannego pamiętania o Bogu, która sama staje
się modlitwą. Jan Kasjan, który spopularyzował za Zachodzie w swych Rozmowach
naukę chrześcijańskich mnichów z pustyni egipskiej, daje nam wiele cennych rad:
“Bardzo mało modli się ten, kto zwykł modlić się tylko wówczas, gdy klęczy. W ogóle
nie modli się ten, kto nawet klęcząc, daje się odwieść od modlitwy przez roztargnienie
serca. Jacy więc chcemy być podczas modlitwy, tacy musimy być przed modlitwą.”
Dla życia modlitwy ważne jest więc wszystko, co robimy w naszym codziennym
życiu.

 

Lekcja VI – Bądź jak Abraham

Kiedy się modlisz, bądź jak Abraham
Składający swego syna w ofierze.
Był to znak, że gotów jest oddać wszystko.
I ty pozostaw wszystko,
a w opuszczeniu Bóg napełni cię swą obecnością.

Bóg powiedział do Abrahama: “Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego
ojca…” Filon Aleksandryjski jak również wielu mistyków interpretuje te słowa w
duchu ascetyczno-mistycznym, jako pozostawienie ziemskich nieuporządkowań i
myśli. Jan Tauler tekst Księgi Rodzaju zestawia ze słowami Chrystusa: “Kto ze względu
na mnie opuści wszystko, stokroć tyle otrzyma, a nadto i życie wieczne odziedziczy”.
Abraham miał także złożyć swego syna w ofierze, a więc absolutnie wszystko, co
kochał. Bóg nie pragnie ofiar z ludzkiej krwi, ale przyjmuje gotowość ludzkiego serca
do oddania wszystkie w miłości. Wyrzeczenie się wszystkiego oznacza całkowite
ubóstwo.
Modlitwa Jezusowa wydaje się być jak najbardziej ubogą modlitwą. Czy można
sobie wyobrazić coś bardziej prostego jak powtarzanie jednego wezwania – “Panie Jezu
Chryste zmiłuj się nad nami!”? Być może łatwiej jest wyzbyć się bogactw
materialnych, czy tak ich używać, aby nie były przeszkodą na modlitwie niż wyzbyć
się bogactwa myśli i wyobrażeń. Ojcowie Pustyni zalecali jednak: “Kiedy się modlisz,
nie wyobrażaj sobie w tym czasie Boga za pomocą widzialnego obrazu. Nie pozwól
też twemu rozumowi chwytać choćby śladu myśli, lecz bądź bezcielesny wobec
Bezcielesnego”. W modlitwie wyrzekamy się naszej wiedzy o niebie i ziemi, o życiu,
o miłości, o drodze a nawet wiedzy o Bogu; w modlitwie nie chodzi o wiedzę o
rzeczywistości, lecz o rzeczywistość samą, taką – jaka – jest; nie o wiedzę o niebie,
lecz o niebo samo, nie o wiedzę o miłości, lecz o zdolność kochania, nie o wiedzę o
życiu, lecz o życie całe, nie o wiedzę o drodze, lecz o drogę, którą można kroczyć, nie
o wiedzę o Bogu lecz o bycie z Bogiem.

Lekcja VII – Bądź jak Jezus

Kiedy się modlisz, to Jezus
modli się w tobie do Ojca w Duchu.
Jesteś niesiony żarem Jego miłości.
Bądź jak rzeka służąca każdemu,
a przyjdzie czas że przemienisz się w Miłość.
Bóg – jak wiemy z Pisma świętego – jest obecny w imieniu. Gdy więc w
modlitwie wymawiamy imię Jezusa, On staje się obecny w nas i między nami, jest
naszym nauczycielem i mistrzem. „Choćby Ci dał Pan chleb ucisku i wodę utrapienia,
twój nauczyciel już nie odstąpi, ale oczy twoje patrzeć będą na twego mistrza. Twoje
uszy usłyszą słowa rozlegające się za Tobą: To jest droga , idźcie nią!, gdybyś zboczył

na prawo lub lewo.” Cała nasza modlitwa prowadzi to tego, aby mieć świadomość
bliskości i obecności Boga we wszystkim , co nam się w życiu wydarza, zarówno w
tym , co mile i przyjemne jaki w tym, co trudne i bolesne. Ojcowie Pustyni mówili o
chodzeniu w Bożej obecności, o życiu “w obliczu Tego, który patrzy na nas z wysoka”.
Powtarzać imię Jezusa, to także wołać: “Maranatha! (Przyjdź Panie! Przyjdź Panie
Jezu!)”. Angielski benedyktyn, ojciec John Main, który w naszym stuleciu odkrył na
nowo praktykę medytacji chrześcijańskiej, zalecał swym uczniom, aby podczas
medytacji powtarzali wezwanie: „Maranatha!”. Dziś istnieje na świecie, zarówno na
Wschodzie jak i na Zachodzie, ponad tysiąc grup medytacyjnych, które praktykują
medytację według zaleceń ojca Johna Maina.
“Nikt nie wie, kim jest Syn, tylko Ojciec; ani kim jest Ojciec, tylko Syn i ten,
komu Syn zechce objawić.” Dlatego może Ojcowie Pustyni bardziej dbali o to, aby
być z Bogiem niż o to, aby o Nim mówić. Gdy młody filozof spytał starca Serafina o
Jezusa, otrzymał taką naukę: “By modlić się jak Syn – trzeba byś stał się synem i
utrzymywał z Tym, którego On nazywa swym i naszym Ojcem te same związki
bliskości jak on; jest to dzieło Ducha Świętego, który przypomni ci wszystko, co Jezus
powiedział”. Powtarzanie prostego wezwana modlitwy – “Panie zmiłuj się nad nami!”
– to również trwanie z Jezusem na modlitwie w Ogrójcu, który modlił się “powtarzając
te same słowa”.

Zakończenie

Góra uczy sensu wieczności,
Kwiat, gdy więdnie uczy przemijania,
Ocean uczy spokoju wśród przeciwności,
a miłość uczy zawsze Miłości.
Zadziwiające i różnorodne skutki rodzi modlitwa Jezusowa w nas, gdy ją
praktykujemy z oddaniem przez dłuższy czas. Wspomina o tym rosyjski Pielgrzym,
który doświadczył wielu błogich pociech, tak samo w duchu, w odczuwaniach jak i w
objawieniach: “W duchu – pisał on – zaznajemy na przykład słodyczy miłości Bożej,
wewnętrznego pokoju, zachwycenia umysłu, czystości myśli, uszczęśliwiającego
myślenia o Bogu. W odczuwaniu – miłego ciepła serca, słodyczy wypełniającej
wszystkie członki, radosnego drżenia serca, rześkiej lekkości; odczuwamy życie jako
przyjemne, nie trapią nas choroby i troski. W objawieniach – oświecenie, wnikanie w
Pismo święte, rozumiemy mowę stworzenia, czujemy się oderwani od ziemskiego
zgiełku, poznajemy słodycz życia wewnętrznego, jesteśmy pewni bliskości Boga, jak
również Jego miłości do nas”.
Każdy z nas może osiągnąć szczyty modlitwy Jezusowej bez żadnej techniki,
poza jedną – “techniką” miłości. Bez niej modlitwa nic nie znaczy. Modlitwa – jak
powiedzieliśmy na początku – jest łaską, jest więc darem absolutnie wolnym i nas
jednak zależy, co z tym darem zrobimy. Gdzie jest największe dobro, tam najłatwiej
zasiać wielkie zło, dlatego trudno jest spodziewać się wielkich owoców modlitwy bez
poważnie potraktowanej ascezy i wyrzeczenia.
Ostatecznie modlitwa Jezusowa, jak każda modlitwa, jest wyrazem miłości i do
miłości prowadzi. Miłość wystarcza sama sobie, nie pyta: “Dlaczego?”, bo w sobie
znajduje odpowiedź i oparcie. Kocham dla samej miłości i mam odwagę być
kochanym. Jedynie miłością może odpowiedzieć człowiek na bezwarunkową miłość
swego Stwórcy i Zbawiciela.
Gdy postępujemy na drodze modlitwy, słowa stopniowo zanikają, rodzi się cisza,
w której objawia się miłość Boga, bo “Bóg jest miłością”. Gdy promieniujemy miłością,
wtedy pociągamy innych do Boga, dlatego modlitwa Jezusowa staje się także
największym dziełem ewangelizacyjnym.

 

Jan Mirosław Bereza OSB

********

Hezychia – modlitewny pokój ducha

 

 

Hezychia – istota duchowego pokoju

 

Istnieje wiedza, którą Jan Klimak nazywa filozofią wewnętrznego pokoju[1]. Hezychazm można rozumieć w dwóch perspektywach, jedną, szerszą jako drogę do wewnętrznego pokoju, drugą, jako tradycję modlitewną, która należy do kontemplacyjnych, opartych na anachoreckim (gr. anachoreza – samotność) stylu życia. Mówimy wtedy o modlitwie hezychastycznej. Jest to charyzmatyczny stan wewnętrznego pokoju i skupienia. Ujmując temat od zewnątrz, pokój ów gwarantowała cisza monastycznej celi, samotność, milczenie, natomiast wewnętrznie – było to uciszenie namiętnej strony natury, zaprowadzenie Bożego ładu w sercu. Naturą hezychii jest niezmącony pokój, pojawiający się jako nieuwikłanie w doczesność, lub – jak to nazywa Ewagriusz – opuszczenie materii świata[2]. Jest w istocie całkowitym zamilknięciem istnienia. Dzięki tak daleko posuniętej pokorze, eremita nie jest już raniony rozżarzonymi pociskami wroga. Uosabia to, co św. Piotr wypowiada w swoim liście o nienaruszalnym spokoju i łagodności ducha, który jest tak cenny wobec Boga (1P 3,3). Jest możliwe, gdy czerpie się z pokoju, który daje Bóg. Jest to możliwe, ponieważ rządzi się ona prawem czystości. Usuwając zbędną troskę, utrzymując niezakłóconą atmosferę, uwalniając się od niepotrzebnego ciężaru, człowiek rozjaśnia wewnętrzny horyzont spraw. Zwraca się całkowicie do Boga.

Hezychia ostatecznie, serce uspokojone i oczyszczone w walce, wydaje Bogu. Łaska coraz bardziej przyjmuje kształt ognia. Pseudo-Makary w Homiliach duchowych powiada, że prawdziwi chrześcijanie mają w sercach lampy zapalone przez ogień łaski[3]. To właśnie ów ogień wyprowadza z tego świata. Trwanie przy „wspomnieniu” Boga podtrzymuje żar serca, odczuwalny znak łaski. Odczuwalny, tzn. że rozlewa się na zmysły. Serce wydaje się być ogarnięte duchowym pożarem[4]. Drugim po ogniu, owocem hezychii jest niewymowna radość – radość w Duchu Świętym.

Zdaniem Jana Klimaka są trzy wielkie przejawy hezychazmu:

– oderwanie od wszelkich rzeczy;

– wytrwała modlitwa;

– nieustanna czujność serca[5]

Św. Barsanufiusz tak określa modlitwę: Doskonała modlitwa polega na tym, aby mówić do Boga bez zamętu oraz skupiać wszystkie myśli i uczucia, by nie ulegały rozproszeniu. Aby jednak do tego dojść, należy umrzeć dla każdego człowieka i dla świata oraz wszystkiego, co w nim jest[6].

Hezychią jest skupienie, wewnętrzne zebranie, milczenie, samotność zewnętrzna i wewnętrzna, zjednoczeniem z Bogiem. Hezychia to człowiek pogrążony w istocie milczenia, nienaruszonego pokoju duchowego, stan milczącego istnienia. Wyrażenia te stanowią zarazem kolumny monastycznej tradycji. Hezychią zatem jest ta rzecz jedynie konieczna, o której mówi Chrystus w domu krzątającej się Marty (Łk 10,42). Abba Agueras powiedział mi: „Pewnego dnia przyszedłem do abba Pojmena i powiedziałem: «Chodziłem wszędzie, szukając miejsca na zamie­szkanie, a nigdzie nie znalazłem spokoju. Gdzie każesz mi zamieszkać?” A starzec odpowiedział: „W naszych czasach nie ma już pustyni. Idź, poszukaj sobie wielkiego tłumu, zamieszkaj w nim i tak żyj, jak ktoś, kto już nie istnieje, mówiąc sobie: «Nie mam żadnych trosk». Tak znajdziesz pokój najwyższy[7].

 

Hezychasta – milczący samotnik

O ważności milczenia św. Izaak Syryjczyk mówi tak: Jeśli na jednej szali położymy wszystkie czyny tego życia, a na dru­giej milczenie, to zobaczymy, że ono przeważa. Nie porównuj czyniących w świecie znaki i cuda, ukazujących moce, z tymi, którzy świadomie żyją w milczeniu. Umiłuj bardziej bezczyn­ność milczenia niż nasycanie łaknących tego świata, niż nawra­canie licznych narodów ku Bogu. Lepiej dla ciebie, byś uwolnił się z więzów grzechu, niż byś miał wyrwać niewolników spod jarzma niewoli[8].


 

[1] Za: Filokalia. Teksty o modlitwie serca, tłum. ks. J. Naumowicz, Kraków 2002, s. 189.

[2] L. Nieściór OMI, Anachoreza…, dz. cyt., s. 91.

[3] [Za:] A. Guillaumont, U źródeł…, dz. cyt., s. 75.

[4] Tamże, s. 97.

[5] Za: Filokalia. Teksty o modlitwie serca, tłum. ks. J. Naumowicz, Kraków 2002, s. 188.

[6] Za: Filokalia. Teksty o modlitwie serca, tłum. ks. J. Naumowicz, Kraków 2002, s. 142.

[7] Za: L. Regnault, Wsłuchując się dziś w słowa ojców pustyni, tłum. J. Kokowska, Kraków 1998, s.11.

[8] Opowieści…, s. 169.

**********

O hezychazmie słów kilka

O hezychazmie słów kilka

Hezychazm (gr. hesychia – wyciszenie, duchowy pokój, wewnętrzne skupienie, milczenie), jak podaje J. Meyendorf posiada cztery znaczenia:
1. w starożytnej literaturze chrześcijańskiej określenie samotnego, pustelniczego życia
(anachoretyzm); hezychasta – mnich – pustelnik w samotności oddający się
modlitwie;
2. nurt duchowości monastycznej w XIII – XIV w. związany z psychosomatycznymi
metodami praktyki modlitwy Jezusowej dążący do kontemplacji światłości Bożej,
utożsamianej ze Światłem Przemienienia z góry Tabor;

3. teologia św. Grzegorza Palamasa, wyrażona w trzech „Triadach” o rozróżnieniu w
Bogu pomiędzy istotą a niestworzonymi energiami (działaniami)(Meyendorf);

4. terminem tym określano również ruch gorliwych obrońców Prawosławia, który w XIV
w. rozszerzył swoje wpływy na Europę południowo-wschodną i wschodnią

Od IV w. pod wpływem św. Makarego Egipskiego i jego ucznia Ewagriusza z Pontu
kształtuje się specyficzny styl życia duchowego w środowiskach monastycznych,
skoncentrowany na praktyce „czystej modlitwy”, dzięki której człowiek oczyszczony z
namiętności (apatheia) dostępuje poznania Boga (gnosis tou Theou), co stanowi uwieńczenie
teologii. Św. Diadoch z Photike w Epirze (Sto rozdziałów o wierze) i św. Jan Klimak
(Drabina Raju, Słowo 27), związany z monastycyzmem klasztoru św. Katarzyny na Górze
Synaj, stworzyli syntezę myśli wcześniejszych nauczycieli o modlitwie, oczyszczając ją z
wpływów neoplatonizmu, zaś samej modlitwie nadali wymiar chrystocentryczny, przez
bezpośrednie skierowanie się do Wcielonego Słowa, wyrażające się w przywoływaniu
imienia Jezusa. Modlitwa Jezusowa (Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną),
będąca w centrum duchowości hezychazmu, z modlitwy „czystej”, poprzez koncentrację
umysłu „w wnętrzu człowieka”, stała się „modlitwą serca” pomagającą dzięki ćwiczeniom i
wysiłkom ascetycznym (praxis) osiągnąć bezgraniczny wewnętrzny spokój (hezychia), który
umożliwia przyjęcie daru kontemplacji (theoria). Praktyka tej modlitwy związana była z
żywotną funkcja człowieka – oddychaniem, co było szczególnie charakterystyczne dla
hezychastów XIV w.
W XIII-XIV w. hezychazm, dzięki działalności św. Nicefora Athoskiego (XIV), św.
Grzegorza Synaity (+1346), św. Theoleptosa metropolity Petry – Filadelfii (+1325) i in.
odradza się wśród mnichów w klasztorach półwyspu Athos. Praktyki ascetyczne hezychastów
i psychosomatyczne metody tworzenia modlitwy Jezusowej oraz nauczanie o możliwości
oglądania Światłości Taboru jako „prawdziwym działaniu modlitwy” (św. Grzegorz Synaita)
stały się przyczyną sporu, który określił losy wschodniego monastycyzmu i całego
wschodniego chrześcijaństwa. Przeciwko hezychastom wystąpili Barlaam z Kalabrii,
Akindinos i Nicefor Hrygora oskarżając hezychastów o mesaliaństwo i bogomilstwo. W
obronie hezychastów stanął św. Grzegorz Palamas, który napisał „Triady” będące syntezą
teologiczną duchowego życia wschodniego monastycyzmu. Palamas odwołując się do śww.
Atanazego Wielkiego, Bazylego Wielkiego, Grzegorza Teologa oraz Dionozego Areopagity
naucza o przebóstwieniu (theosis) człowieka rozróżniając w Bogu niepoznawalną i
niedostępną istotę i wieczne, niestworzone lecz dostępne stworzeniu energie, dzięki którym
możemy widzieć i poznać Boga (antynomia „mroku” i „światłości”), aby stać się Bożymi
(theon genesthai); broni patrystycznego nauczania o przebóstwieniu człowieka: Słowo Boże
stał się człowiekiem, abyśmy zostali przebóstwieni (św. Atanazy Wielki). W swojej
argumentacji wychodzi on z założeń teologii apofatycznej i broni możliwości udziału ciała w
modlitwie oraz doświadczenia, oglądania cielesnymi oczami, nadprzyrodzonej Światłości.
Nauka Palamasa i hezychastów o istocie i energiach Bożych została uznana za ortodoksyjną
na trzech soborach w Konstantynoplou (1341, 1347, 1351-52). Idee hezychazmu wywarły
znaczący wpływ na myśl teologiczną (N. Kabasilas, Życie w Chrystusie), monastycyzm
(śww. Sergiusz z Radoneża, Nil Sorski), śpiew cerkiewny (znamienny śpiew), sztukę
chrześcijańską (ikonografia rosyjska – śww. Teofan Grek, Andrzej Rublow, trzynasto- i
czternastowieczna ikonografia serbska). Dzięki działalności patriarchów Konstantynopola:
Izydora I, Kaliksta I, Filoteusza Kokkinosa, Kaliksta II, patriarchy bułgarskiego Eutymiusza z
Tyrnowa, metropolitów Tesalonik Neliosa (Kabasilasa) i Kijowa Cypriana (Cambłaka) oraz
św. Grzegorza Synaity tradycja hezychastyczna rozprzestrzenia się na inne kraje
prawosławne. Idee hezychazmu, szczególnie w okresie „odnowy hezychastycznej XIV w.”
(Delehaye) starano się również realizować w kategoriach politycznych, socjalnych i
kulturalnych jako odpowiedź na idee zachodnioeuropejskiego humanizmu.
W 1782 r w Wenecji wydana została Filokalia ton hieron neptikon zredagowana przez
Nikodema Hagiorytę i Makarego Notorasa, metropolitę Koryntu, która była wyborem tekstów
Ojców Kościoła mówiących o życiu zakonnym, rozwoju duchowym, instytucji starców i
modlitwie Jezusowej. W 1793 w Moskwie ukazało się tłumaczenie Filokalii na język
cerkiewnosłowiański, dokonane przez św. Paisjusza Wieliczkowskiego, pod nazwą
Dobrotolubije. Teksty te, szczególnie w języku cerkiewnosłowiańskim i rosyjskim
(tłumaczenie św. Teofana Pustelnika, 1883), odegrały ważną rolę w odnowie tradycji
hezychastycznej (neohezychazm) i miały wpływ na formy życia religijnego zarówno w
środowiskach monastycznych (pustelnia Optino, Sarow) jak i wśród świeckich. Do
rozpowszechnienia Filokalii, a przez to hezychastycznej tradycjii modlitwy Jezusowej,
przyczyniły się „Otkrowiennyje rasskazy strannika duchownomu swojemu otcu” (Szczere
opowieści pielgrzyma opowiedziane jego ojcu duchowemu) nieznanego autora wydane w
1870r. Hezychazm odegrał znaczną rolę w kształtowaniu teologii prawosławnej w XX w.
formułowanej przez S.N. Bułgakowa, Wł. Łosskiego, P. Evdkimova, J. Meyendorfa, K. Ware.
Bibliografia:
Dobrotolubije, t.V, Moskwa 1900; Szczere opowieści pielgrzyma opowiedziane swojemu
ojcu duchowemu, tłum. A. Wojnowski, wyd. 2, Poznań 1993; Filokalia, teksty o modlitwie
serca, przekład i opr. Ks. Józef Naumowicz, Tyniec 1998.
K. Kern, Antropologija sw. Grigorija Pałamy, Paris 1950; J. Meyendorff, Introduction a
l’etude de Gregoire Palamas, Paris 1959 (ros.tłum. Sankt Petersburg 1997); H. Delehaye,
Życie monastyczne w Bizancjum, w: Bizancjum. Wstęp do cywilizacji wschodnio-rzymskiej,
Warszawa 1964, s. 127-151; L. Uspienskij, Isichazm i “gumanizm” – palieologowskij
rascwiet, w: Wiestnik russkogo zapadno-ewropiejskogo patriarszego egzarchata, 4-6/1967, s.
110-127. W. Łosski, Pałamitskij sintiez, w: Bogosłowskije Trudy 8, Moskwa 1972, s. 195-
203; S. Andronowska, Modlitwa Jezusowa, w: Wiadomości PAKP 4/1975, s. 4-23; J.
Kadylak, Hezychazm, w: Wiadomości PAKP 3-4/1977, s. 34-46; T. Wyszomirski,
Hezychazm, w: Novum 11-12/1978, s. 97-110; S. Rabiej, Hezychazm, w: EK t. VI, k. 831-
832; P. Pigol’, Priepodobnyj Grigorij Sinait i jego duchownyje prejemniki, Moskwa 1999; J.
Meyendorf, Istorija Cerkwi i wostooczno-christianskaja mistika, Moskwa 2000.

**********

Aniela z Foligno (bł): Mój umiłowany synu, spiesz do Krzyża i módl się

Mój umiłowany synu, spiesz do Krzyża i módl się żeby Ten, który umarł na Nim dla ciebie, tak Cię oświecił, żebyś mógł w pełni poznać dwie rzeczy: Jego i siebie samego, i żebyś dogłębnie poznając swoje własne winy mógł wznieść się do Bożej słodyczy, powstając z miłości twoich błędów do Bożego miłosierdzia i odrzucając wszelki błąd.

Widząc jak niepojęty i nieporównywalny z niczym Bóg zaadoptował cię – tak pełnego grzechów – i wybrał żebyś był Jego synem, racząc być twoim Ojcem, nie powinieneś okazać się niewdzięcznym, ale powinieneś poznawać jak wszelkimi sposobami być posłusznym poleceniom tak wspaniałego i kochającego Ojca. Jeśli bowiem wola Ojca nie wypełnia się w Jego prawowitych synach, jak będzie wypełniona w nieprawych?

Nieprawymi synami są ci, którzy pod pozorem złych pożądań ciała, wyłamują się spod Ojcowskiego wychowania. Prawowitymi natomiast są ci, którzy kierując się swoją żarliwą miłością, usilnie starają się naśladować swojego Mistrza w ubóstwie, cierpieniu i ludzkiej wzgardzie. I te trzy rzeczy, moi ukochani synowie, musicie poznać i wziąć za fundament i zwieńczenie wszelkiej doskonałości, ponieważ przez te trzy dusza jest oświecana, oczyszczana, wydoskonalana i przygotowywana do Boskiego przeobrażenia.

(Księga Bożego pocieszenia, bł. Aniela z Foligno)

http://www.skarbykosciola.pl/sredniowiecze/aniela-z-foligno-moj-umilowany-synu-spiesz-do-krzyza-i-modl-sie/

*********

Aniela z Foligno (bł.): Módl się!

Bez Bożego światła nikt nie może być zbawiony. Toteż Boże światło daje człowiekowi początek. Boże światło pomaga człowiekowi rozwijać się duchowo i Boże światło wprowadza go na szczyt doskonałości. I dlatego, jeśli chcesz zacząć otrzymywać to Boże światło, módl się. Jeśli jesteś na drodze doskonalenia się i pragniesz, aby wspomniane światło wzmacniało się w tobie, byś mógł osiągnąć cel, módl się! Jeśli zaś doszedłeś do szczytu doskonałości i pragniesz doznać nadprzyrodzonego oświecenia, abyś mógł na tym szczycie bezpiecznie pozostać, módl się!

Jeśli pragniesz wiary, módl się! Jeśli pragniesz nadziei, módl się! Jeśli pragniesz miłości, módl się! Jeśli pragniesz ubóstwa, módl się! Jeśli pragniesz prawdziwego posłuszeństwa, módl się! Jeśli pragniesz czystości, módl się! Jeśli pragniesz pokory, módl się! Jeśli pragniesz posiąść jakąś cnotę, módl się! A módl się czytając w Księdze Życia, to jest w życiu Boga i Człowieka Jezusa Chrystusa, który był ubóstwem, bólem, wzgardą i prawdziwym posłuszeństwem.

A kiedy już wstąpiłeś na tę drogę doskonalenia się, będą cię nękać i męczyć w straszliwy sposób liczne utrapienia, pokusy szatańskie, światowe i cielesne. Jeśli jednak chcesz nad nimi zwycięstwa, módl się!

A kiedy dusza pragnie się modlić, trzeba przede wszystkim, aby udawała się na modlitwę w czystości ducha i w czystości ciała, w nieskażoności i w prawości. Trzeba także, aby zło zamieniała w dobro i nie postępowała tak, jak wielu złych ludzi, którzy dobro zamieniają w zło. Kiedy dusza ćwiczy się w tej czystości, to z większą ufnością przystępuje do spowiedzi i oczyszczenia z grzechów. Aby zaś nie pozostało w niej nic nieczystego, bada siebie udawszy się na modlitwę i sprawdza dobro i zło, które uczyniła, sprawdza intencję dobrych czynów, których dokonała, postów, modlitw, łez i wszystkich innych dobrych czynów, które dokonała. Chodzi mianowicie o to, aby sprawdzić, czy nie zostały wykonane  one w sposób niewłaściwy, to jest niedokładny i niepełny. Dlatego nie postępujmy, jak ludzie źli! Wyznawszy więc dokładnie i szczerze twój grzech czyń pokutę! W takiej spowiedzi dusza odzyskuje czystość.

Następnie wróć do modlitwy i nie zajmuj się niczym innym, odkąd zaczynasz odczuwać Boga w sposób pełniejszy niż zwykle, gdyż teraz twoje podobieństwo jest bardziej przysposobione do odczuwania smaku Boga, niż było dawniej. Zostało ci bowiem dane jedno najmocniejsze światło widzenia Boga i siebie samego. I miej się na baczności, abyś nie oddawał siebie nikomu, jeśli wcześniej nie nauczysz się odłączać się od innych. Także wystrzegaj się tych, którzy mówią słodkie słówka, starają się być przyjemni w sprawach duchowych przez swoje wypowiedzi i opowiadają o objawieniach. Oni bowiem stanowią sidła złych sił, aby pociągnąć innych za sobą.

Wystrzegaj się następnie tych, którzy zachowują pozory świętości i pozory dobrych czynów, aby cię nie wciągnęli na tę drogę. Toteż przypatruj się raz po raz i sprawdzaj, jak dalece upodabniasz się do wskazań Księgi Życia i tylko tyle, a nie więcej idź z nimi tą drogą. Dalej, wystrzegaj się swoich uniesień, to jest porywów własnego ducha, czyli – zanim pójdziesz tą drogą – zbadaj i zobacz, jaki jest początek, środek i koniec i jak dalece zgadza się to z drogą ukazaną w Księdze Życia, i tylko tyle idź tą drogą, a nie więcej.

Wystrzegaj się także tych, którzy mówią, że mają ducha wolności, którzy otwarcie sprzeciwiają się przykładowi życia Chrystusa, ponieważ Bóg swego Syna, który nie podlegał Prawu, co więcej, był ponad Prawem i twórcą Prawa, zechciał postawić pod Prawem, tak że Ten, który był w pełni wolny, stał się niewolnikiem. I dlatego ci, którzy chcą iść za Chrystusem muszą koniecznie swoje życie upodabniać do życia Chrystusa, nie poszukując wolności w rozluźnieniu Prawa i Przykazań Bożych tak, jak to czyni wielu, lecz poddając się Prawu i Przykazaniom Bożym, a nawet radom ewangelicznym.

Ci tworzą dla siebie jeden krąg, a ten krąg daje im zasady, to znaczy Duch Święty daje im wskazówki, jak mają żyć i On ich zobowiązuje. I wiele takich rzeczy mogliby czynić, które nie są przeciw Bogu, ale Duch Święty nie pozwala im ich czynić, ze względu na liczne polecenia, które im wydaje. Dlatego ci, którzy chcą otrzymać te polecenia, powinni się modlić. Pilnuj się, abyś nie ustępował wrogom, którzy stale mają cię na oku. Wtedy ustąpisz nieprzyjaciołom, kiedy przestaniesz się modlić. Im bowiem więcej pokus doznajesz, tym więcej trwaj na modlitwie. Z powodu bowiem siły stałej modlitwy zasługujesz na pokusy. Złoto powinno być oczyszczone i przecedzone, a dzięki mocy stałej modlitwy zasługujesz na uwolnienie od pokus.

Dzięki modlitwie bowiem doznajesz oświecenia! Dzięki modlitwie uwalniasz się od pokus! Dzięki modlitwie zostajesz oczyszczony! Dzięki modlitwie jednoczysz się z Bogiem! Modlitwa bowiem nie jest niczym innym jak zobaczeniem Boga i samego siebie. I takie zobaczenie Boga i człowieka jest doskonałą i prawdziwą pokorą. Wówczas bowiem istnieje stan pokory, kiedy dusza widzi Boga i siebie, i wówczas znajduje się w głębokiej pokorze. Dzięki tej głębokiej pokorze powiększa się łaska Boża w duszy. Im bardziej bowiem łaska Boża pogrąża duszę w pokorze, tym bardziej na skutek tej głębokiej pokory powiększa się łaska Boża. A im bardziej wzrasta działanie łaski Bożej, tym bardziej zagłębia się dusza w pokorze i w niej trwa. Przez stałą i prawdziwą modlitwę przybiera na sile Boże światło w duszy. Boże zaś światło i łaska zawsze coraz bardziej zagłębia duszę w prawdziwej pokorze, zwłaszcza przez ustawiczne odczytywanie, jak powiedziano, tegoż życia Boga i Człowieka Jezusa Chrystusa.

Od tego dnia bowiem, zobaczenia Boga i siebie, nie widzę nic większego. Lecz to odnalezienie, to jest ukazanie Boga i siebie, przysługuje jedynie prawym dzieciom Bożym, które prawdziwie modlą się. A przed oczyma tych prawdziwie modlących ma być umieszczona Księga Życia, to jest życie Boga i Człowieka – Jezusa Chrystusa, a nie będą pragnęli niczego, czego w niej nie ma. I będą napełnieni wiedzą błogosławioną, która nie prowadzi do pychy. I znajdą tam wszelką naukę koniecznie potrzebną im i innym ludziom.

Toteż jeżeli chcesz doznać nadprzyrodzonego oświecenia i pouczenia, wczytuj się w tę Księgę Życia. Jeśli nie przejrzysz jej pobieżnie i nie pominiesz niczego w czytaniu, zostaniesz oświecony i pouczony we wszystkim, co jest koniecznie potrzebne tobie i innym ludziom, bez względu na to w jakim stanie się znajdujesz. I jeśli będziesz dokładnie czytał, nie przeglądając pobieżnie, rozpalisz się ogniem Bożym do tego stopnia, iż wszelkie utrapienie uznasz za najwspanialszą pociechę i zobaczysz, że uczyni cię godnym cierpienia. I co więcej, jeśli spotyka cię powodzenie i pochwała ludzka ze względu na pewnego rodzaju dary, jakimi ubogacił cię Bóg, nie ulegniesz pysze i nie będziesz się wynosił. Czytając bowiem Księgę Życia, zobaczysz prawdziwie i poznasz, że ta chwała nie jest twoja. To jest jednym ze znaków, dzięki któremu człowiek może poznać, że znajduje się w łasce Bożej, gdyż z niczego się nie wynosi i nie pyszni, lecz raczej zawsze upokarza.

(Dokumenty, listy, pouczenia. bł. Aniela z Foligno)

 

*************

bł. Aniela z Foligno (+1309)

Pilnuj się, abyś nie ustępował wrogom, którzy stale mają cię na oku. Wtedy ustąpisz nieprzyjaciołom, kiedy przestaniesz się modlić. Im bowiem więcej pokus doznajesz, tym więcej trwaj na modlitwie. […] Złoto powinno być oczyszczone i przecedzone, a dzięki mocy stałej modlitwy zasługujesz na uwolnienie od pokus. […] Przez stałą i prawdziwą modlitwę przybiera na sile Boże światło w duszy. Boże zaś światło i łaska zawsze coraz bardziej zagłębia duszę w prawdziwej pokorze, zwłaszcza przez odczytywanie […] życia Boga i Człowieka Jezusa Chrystusa.

http://www.fronda.pl/blogi/tarcza-wiary/bl-aniela-z-foligno-1309-1ut7v0r4,28598.html

************

bł. Aniela z Foligno (†1309)

“Jeśli chcesz otrzymywać światło Boże – módl się. Jeśli już osiągnąłeś doskonałość słowa i pragniesz, by to światło wstąpiło w Ciebie – módl się. Jeśli chcesz otrzymać nadzieję – módl się. Jeśli chcesz dla siebie pozyskać posłuszeństwo, sprawność, jedność, siłę – módl się. Na cokolwiek się zdecydujesz – módl się. Im bardziej jesteś kuszony, tym więcej powinieneś poddawać się modlitwie.”

 

“Jest dobre i bardzo podoba się Bogu że modlisz się z żarliwością wspomagany łaską Bożą, która czuwa i kieruje cię do wypełnienia każdego dobrego działania; jest jednak przyjemniejsze i bardziej akceptowane przez Boga, gdy nie odczuwając łaski Bożej, nie pomniejszasz twoich modlitw, twoich czuwań, twoich dobrych uczynków. Działaj bez łaski, jak działałeś posiadając łaskę. Ty rób swoje, mój synu, a Bóg bedzie robił swoje. Modlitwa wymuszona, gwałtowna, jest przyjmowana przez Boga”

http://www.fronda.pl/blogi/tarcza-wiary/bl-aniela-z-foligno-1309,16301.html

************

Benedykt XVI

Bł. Aniela z Foligno

Audiencja generalna 13 października 2010

Drodzy bracia i siostry!

Dzisiaj chcę mówić o błogosławionej Anieli z Foligno, wielkiej mistyczce średniowiecznej, która żyła w XIII w. Zazwyczaj budzi podziw jej doświadczenie szczytowego zjednoczenia z Bogiem, które osiągnęła, a chyba za mało uwagi poświęca się jej pierwszym krokom, nawróceniu oraz długiej drodze, która od punktu wyjścia, «wielkiego lęku przed piekłem», zaprowadziła ją aż do celu — do całkowitego zjednoczenia z Trójcą Świętą. W pierwszym okresie swego życia Aniela z pewnością nie była gorliwą uczennicą Pana. Urodziła się ok.1248 r. w zamożnej rodzinie, po śmierci ojca została dość powierzchownie wychowana przez matkę. Dosyć wcześnie wprowadzono ją w kręgi towarzyskie miasta Foligno, gdzie poznała mężczyznę, za którego wyszła za mąż w wieku dwudziestu lat i któremu urodziła dzieci. Prowadziła tak beztroskie życie, że pogardzała tak zwanymi «pokutnikami» — bardzo licznymi w tamtych czasach — ludźmi, którzy pragnąc naśladować Chrystusa, sprzedawali swoje dobra i oddawali się modlitwie, postom, służbie Kościołowi i dziełom miłosierdzia.

Pewne wydarzenia, jak silne trzęsienie ziemi w 1279 r., huragan, długoletnia wojna z Perugią i jej dramatyczne konsekwencje wywierały wpływ na życie Anieli, która stopniowo zaczyna uświadamiać sobie swoje grzechy i podejmuje decydujący krok: gdy ukazuje się jej w wizji św. Franciszek, prosi go o radę w związku z tym, że chce odbyć generalną spowiedź; dzieje się to w 1285 r., Aniela spowiada się u brata franciszkańskiego w San Feliciano. Trzy lata później na jej drodze nawrócenia następuje kolejny zwrot: zrywają się więzi uczuciowe, ponieważ w ciągu kilku miesięcy umiera jej matka, a potem mąż i wszystkie dzieci. Sprzedaje wtedy swoje majętności i w 1291 r. wstępuje do Trzeciego Zakonu św. Franciszka. Umiera w Foligno 4 stycznia 1309 r.

Libro della beata Angela da Foligno [Księga błogosławionej Anieli z Foligno], zawierająca dokumentację dotyczącą omawianej przez nas postaci błogosławionej, opowiada o tym nawróceniu: ukazuje konieczne środki, którymi są pokuta, pokora i przeciwności; mówi o kolejnych krokach, o następujących po sobie doświadczeniach Anieli, które zaczęły się w 1285 r. Rozpamiętując te doświadczenia po pewnym czasie, starała się je opowiedzieć franciszkańskiemu bratu spowiednikowi, który wiernie je spisał, próbując ułożyć w etapy, które nazwał «krokami lub przemianami», ale nie udało mu się ich w pełni uporządkować (por. Libro della beata Angela da Foligno, Cinisello Balsamo 1990, s. 51). Wiązało się to z tym, że dla bł.Anieli doświadczenie zjednoczenia obejmuje w sposób całkowity wszystkie zmysły duchowe i cielesne, a z tego, co ona «pojmuje» podczas swoich ekstaz, pozostaje w jej umyśle jedynie — można powiedzieć — «cień». «Słyszałam doprawdy te słowa — wyznaje ona po mistycznym przeżyciu — ale tego, co widziałam i pojęłam, i co On [czyli Bóg] mi pokazał, w żaden sposób nie umiem lub nie mogę wyrazić, chociaż chętnie wyjawiłabym to, co zrozumiałam, słowami, które usłyszałam, ale była to otchłań absolutnie niewymowna». Aniela z Foligno przedstawia swoje mistyczne doświadczenie bez przetwarzania go umysłem, ponieważ są to Boże iluminacje, docierające do jej duszy nagle i niespodziewanie. Sam spowiednik z trudem opisuje te wydarzenia, «również z powodu wielkiej i godnej podziwu dyskrecji w odniesieniu do Bożych darów» (tamże, s. 194). Do trudności doświadczanych przez Anielę w wyrażeniu swoich przeżyć mistycznych dochodzi także trudność słuchaczy w jej zrozumieniu. Sytuacja ta jasno pokazuje, że jedyny i prawdziwy Mistrz, Jezus, żyje w sercu każdego wierzącego i chce nim zawładnąć całkowicie. Tak było w przypadku Anieli, która napisała do jednego ze swych synów duchowych: «Synu mój, gdybyś zobaczył moje serce, musiałbyś absolutnie czynić wszystko, czego Bóg chce, ponieważ moje serce jest sercem Boga, a serce Boga jest moim sercem». Słyszymy tu echo słów św.Pawła: «Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus» (Ga 2, 20).

Rozważmy więc kilka «kroków» z bogatej drogi duchowej naszej błogosławionej. Pierwszy z nich jest tak naprawdę przesłanką: «To było poznanie grzechu — jak precyzuje — po którym duszę ogarnął wielki lęk przed potępieniem; na tym etapie gorzko płakała» (Libro della beata Angela da Foligno, s. 39). Ten «lęk» przed piekłem odpowiada typowi wiary Anieli w momencie «nawrócenia»; była to wiara jeszcze uboga w miłość, czyli w miłość Bożą. Żal, strach przed piekłem i pokuta otwierają przed Anielą perspektywę bolesnej «drogi krzyża», która poprzez «kroki» od ósmego do piętnastego zaprowadzi ją następnie na «drogę miłości». Opowiada franciszkanin, jej spowiednik: «Wierna powiedziała mi wówczas: Miałam takie Boże objawienie: «Po tym, co napisaliście, poleć napisać, że ktokolwiek chce zachować łaskę, nie powinien odwracać oczu duszy od krzyża, zarówno w radości, jak i w smutku, które mu daję lub dopuszczam» (tamże, s. 143). Jednakże w tej fazie Aniela jeszcze «nie czuje miłości»; stwierdza: «Dusza doznaje wstydu i goryczy i nie doświadcza jeszcze miłości, lecz boleść» (tamże, s. 39), i odczuwa niedosyt.

Aniela czuje, że powinna coś dać Bogu, by wynagrodzić za swoje grzechy, ale powoli zaczyna rozumieć, że nie ma Mu nic do dania, co więcej — że wobec Niego «jest niczym»; rozumie, że to nie jej wola da jej miłość Boga, ponieważ może ona dać jej tylko «nic», «niemiłość». Jak sama powie: jedynie «miłość prawdziwa i czysta, która pochodzi od Boga, przebywa w duszy i sprawia, że uznaje ona własne błędy oraz dobroć Bożą (…). Miłość ta prowadzi duszę do Chrystusa, a ona pojmuje z całą pewnością, że nie może tu wystąpić lub być żadnego złudzenia. Nie można do tej miłości domieszać niczego ze świata» (tamże, ss. 124-125). Trzeba tylko otworzyć się całkowicie na miłość Bożą, wyrażającą się najpełniej w Chrystusie: «O mój Boże — modli się — spraw, abym była godna poznać największą tajemnicę, która zrodziła się z Twojej gorącej i niewypowiedzianej miłości i z miłością Trójcy Świętej, czyli największą tajemnicę Twojego najświętszego wcielenia dla nas. (…) O niepojęta miłości! Nie ma większej miłości nad tę miłość, która sprawiła, że mój Bóg stał się człowiekiem, by uczynić mnie Bogiem» (tamże, s. 295). Jednakże w sercu Anieli wciąż są rany grzechu; nawet po dobrej spowiedzi czuje, że otrzymała przebaczenie, ale grzech jeszcze jej ciąży, jest wolna, ale uzależniona od przeszłości, rozgrzeszona, ale potrzebuje pokuty. Towarzyszy jej również myśl o piekle, ponieważ im większe postępy czyni dusza na drodze doskonałości chrześcijańskiej, tym bardziej nabiera przekonania, że nie tylko jest «niegodna», ale że zasługuje na piekło.

I oto na swojej mistycznej drodze Aniela pojmuje w sposób głęboki rzecz najistotniejszą: tym, co ją zbawi od jej «niegodności» i «zasługiwania na piekło», nie będzie jej «zjednoczenie z Bogiem» oraz posiadanie «prawdy», lecz Jezus ukrzyżowany, «Jego ukrzyżowanie dla mnie», Jego miłość. Czyniąc ósmy krok, mówi: «Nie rozumiałam jednak jeszcze, czy większym dobrem było moje uwolnienie się od grzechów i od piekła oraz nawrócenie i pokuta, czy też Jego ukrzyżowanie dla mnie» (tamże, s. 41). Ta chwiejna równowaga między miłością i bólem jest widoczna w całej jej trudnej drodze do doskonałości. Z upodobaniem kontempluje ukrzyżowanego Chrystusa, ponieważ właśnie w tej wizji widzi urzeczywistnienie doskonałej równowagi: na krzyżu jest człowiek-Bóg, w najwyższym akcie cierpienia, który jest najwyższym aktem miłości. W trzeciej Instrukcji z naciskiem podkreśla potrzebę kontemplacji i mówi: «Im bardziej doskonale i czysto widzimy, tym bardziej doskonale i czysto miłujemy. (…) Dlatego im bardziej widzimy Boga i człowieka Jezusa Chrystusa, tym bardziej jesteśmy w Niego przemieniani przez miłość. (…) To, co powiedziałam o miłości (…), mówię również o boleści: im więcej dusza kontempluje niewymowną boleść Boga i człowieka Jezusa Chrystusa, tym większej doznaje boleści i w boleści się przemienia» (tamże, ss. 190-191). Wczuć się, przemienić w miłość i w cierpienia Chrystusa ukrzyżowanego, utożsamić się z Nim. Nawrócenie Anieli, które rozpoczęła spowiedź w 1285 r., osiągnie dojrzałość dopiero wtedy, gdy jej dusza zobaczy przebaczenie Boże jako bezinteresowny dar miłości Ojca, źródło miłości: «Dla nikogo nie ma usprawiedliwienia — stwierdza — ponieważ każdy może kochać Boga, a On prosi duszę tylko o miłość, ponieważ On ją miłuje i jest jej miłością» (tamże, s. 76).

Na duchowej drodze Anieli przejście od nawrócenia do przeżyć mistycznych, od tego, co można wyrazić, do niewyrażalnego następuje za pośrednictwem Ukrzyżowanego. Jest On «umęczonym Bogiem-człowiekiem», który staje się jej «mistrzem doskonałości». Całe jej doświadczenie mistyczne jest zatem dążeniem do doskonałego «upodobnienia» do Niego przez coraz głębsze i coraz bardziej radykalne oczyszczenia i przemiany. W to nadzwyczajne przedsięwzięcie Aniela angażuje się całkowicie, duszą i ciałem, nie szczędząc sobie pokut i udręk od początku do końca, pragnąc umrzeć zaznawszy wszystkich boleści Boga-człowieka, by zostać całkowicie przemieniona w Niego: «O dzieci Boże — zalecała — przemieńcie się całkowicie w umęczonego Boga-człowieka, który tak bardzo was umiłował, że zgodził się umrzeć za was śmiercią haniebną i niewymownie bolesną, w sposób niezwykle przykry i gorzki. To wszystko z miłości do ciebie, człowieku!» (tamże, s. 247). To utożsamienie oznacza również potrzebę zaznania tego, co przeżył Jezus: ubóstwa, pogardy, cierpienia, ponieważ — jak twierdzi — «dzięki ubóstwu doczesnemu dusza znajdzie bogactwa wieczne; dzięki pogardzie i wstydowi otrzyma najwyższą cześć i największą chwałę; dzięki odrobinie pokuty, odprawionej z żalem i boleścią, posiądzie z nieskończoną słodyczą i pociechą Najwyższe Dobro, Boga odwiecznego» (tamże, s. 293).

Od nawrócenia do mistycznego zjednoczenia z Chrystusem ukrzyżowanym, do tego, co niewymowne. Sekretem tej najwznioślejszej drogi jest nieustanna modlitwa: «Im więcej będziesz się modlił — twierdzi — tym większego doznasz oświecenia; im więcej będziesz oświecony, tym głębiej i wyraźniej zobaczysz Najwyższe Dobro, w najwyższym stopniu dobry Byt; im głębiej i wyraźniej Go zobaczysz, tym bardziej Go pokochasz; im więcej Go pokochasz, tym większą odczujesz rozkosz; a im większą odczujesz rozkosz, tym bardziej Go zrozumiesz i staniesz się zdolny Go pojąć. Potem zaś dojdziesz do pełni światła, ponieważ zrozumiesz, że pojąć nie możesz» (tamże, s. 184).

Drodzy bracia i siostry, życie bł. Anieli zaczyna się wśród światowych uciech, dosyć daleko od Boga. Ale później spotkanie z postacią św. Franciszka i na koniec spotkanie z ukrzyżowanym Chrystusem budzą w jej duszy wrażliwość na Boga, na fakt, że tylko z Bogiem życie staje się prawdziwym życiem, ponieważ w bólu z powodu grzechu staje się miłością i radością. W taki sposób mówi do nas bł.Aniela. Dzisiaj wszystkim grozi nam, że będziemy żyć tak, jakby Bóg nie istniał; wydaje się On tak daleki od współczesnego życia. Jednakże Bóg ma tysiąc sposobów, odrębnych dla każdego człowieka, by być w duszy, by pokazać, że istnieje oraz że mnie zna i kocha. Bł. Aniela chce, byśmy byli wrażliwi na znaki, którymi Bóg porusza naszą duszę, wrażliwi na obecność Boga, by w ten sposób nauczyć się drogi z Bogiem i do Boga, w jedności z ukrzyżowanym Chrystusem. Prośmy Pana, abyśmy za Jego sprawą stali się wrażliwi na znaki Jego obecności, aby nauczył nas rzeczywiście żyć. Dziękuję.

do Polaków:

Z serdecznym pozdrowieniem zwracam się do Polaków. Zbliża się rocznica wyboru Jana Pawła ii. Wraz z wami dziękuję Bogu za świadectwo wiary, nadziei i miłości, jakie dawał nam mój wielki poprzednik na Stolicy Piotrowej. Modlę się, aby owoce jego życia, posługi i nauczania trwały w Kościele i w sercach ludzi. Waszym modlitwom polecam prace Synodu Biskupów dla Bliskiego Wschodu. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

 

 

opr. mg/mg

Copyright © by L’Osservatore Romano (12/2010) and Polish Bishops Conference

http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/benedykt_xvi/audiencje/ag_13102010.html#

***********

Kanonizacja mistyczki Anieli z Foligno

 

poniedziałek, 14 października 2013

9 października papież Franciszek w odpowiedzi na liczne prośby kierowane do Stolicy Apostolskiej przez biskupów i przełożonych franciszkańskich postanowił dokonać kanonizacji równoważnej bł. Anieli z Foligno (1248-1309).

Jej kult liturgiczny rozciągnął na cały Kościół. Ta włoska tercjarka czczona była jako błogosławiona głównie w zakonach franciszkańskich. Jej pisma mistyczne przełożono na wiele języków, także na polski.

Do tego typu kanonizacji, zgodnie z nauczaniem Benedykta XIV, potrzebne są trzy elementy: bardzo dawny kult, ciągłe i zbiorowe potwierdzenie przez wiarogodnych historyków cnót lub męczeństwa; nieustająca sława zawdzięczana cudom. Jeśli spełnione są te trzy warunki – tak naucza Papież Lambertini – Papież, swoją władzą, może dokonać kanonizacji równoważnej, a więc rozszerzenia na cały Kościół Mszy i oficjum «bez żadnego formalnego orzeczenia definitywnego, bez uprzedniego procesu, bez zwyczajowych ceremonii» (De servorum Dei betificatione et beatorum canonizatione – Beatyfikacja sług Bożych i kanonizacja błogosławionych, vol. 1/2, Città del Vaticano, 2011, 9-10, lib. i, cap. 41, n. 1).

Praktyka kanonizacji równoważnej była zawsze stosowana w Kościele, regularnie, choć nieczęsto. Benedykt XIV wylicza dwanaście przypadków świętych kanonizowanych w ten sposób: Romuald (1595 r.), Norbert (1621 r.), Brunon (1623 r.), Piotr Nolasco (1655 r.), Rajmund Nonnato (1681 r.), Stefan Węgierski  (1686 r.), Małgorzata Szkocka (1691 r. ), Jan de  Matha  i Feliks Walezy (1694 r.), Grzegorz VII (1728 r.), Wacław Czeski (1729 r.), Gertruda z Helfty (1738 r.).

W późniejszych czasach również występowały przypadki kanonizacji równoważnych. A wśród nich: Pier Damiani  i Bonifacy męczennik (1828 r.); Cyryl i Metody, Bracia Sołuńscy (1880 r.); Cyryl Aleksandryjski, Cyryl Jerozolimski, Justyn męczennik i Augustyn z Canterbury (1882); Jan Damasceński i Sylwester opat (1890 r.); Beda Czcigodny (1899 r.); Efrem  Syryjczyk (1920 r.); Albert Wielki (1931 r.); Małgorzata Węgierska (1943 r.); Grzegorz Barbarigo (1960 r.); Jan z Avili i Mikołaj Tavelić i trzej towarzysze męczennicy (1970 r.); Marek z Križevci, Stefan Pongrácz e Melchior Grodziecki (1995 r.).

Ostatnią kanonizacją równoważną była kanonizacja św. Hildegardy z Bingen, której dokonał 10 maja 2012 r. Benedykt XVI.

Angelo Amato

Za: www.osservatoreromano.va, 12 października 2013 r.

https://www.kapucyni.pl/index.php/info/6238-kanonizacja-mistyczki-anieli-z-foligno

**********

O. Patrick de Laubier

Aniela z Foligno (1249-1309)

albo pragnienie Boga

Epoka

Dzieło Anieli z Foligno nie jest przypadkowe. Trudno je oddzielić od epoki franciszkańskiej, będącej szczytem cywilizacji średniowiecznej. Kościół, który akurat umknął przed budzącym trwogę niebezpieczeństwem zeświecczenia, jakie ściągał na niego system feudalny, staje obecnie przed kolejnym wyzwaniem: dobrobytu materialnego, co prawda względnego, ale widocznego. Świadczy o tym rozwój demograficzny i rozwój miast. W obliczu bogactwa Franciszek przynosi nie-zwykłe antidotum: ducha ubóstwa przeżywanego w radości, kontrastującej ze smutkami manichejczyków1 czy albigensów2. Franciszkowy radykalizm jest bardziej dostosowany do małej grupy gorliwców niż do wielkiej grupy uczniów i bardzo szybko trudności w zastosowaniu reguły zredagowanej przez Franciszka wywołają odstępstwa. Chrześcijaństwo całe zostanie poddane fermentacji: rygoryści staną przeciw zakonnikom, świeccy przeciw żebrakom, pojawią się grupy takie jak Bracia wolnego Ducha, praktykujący komunizm, o jakim św. Franciszek nawet nie śnił.

Inne bardziej anarchistyczne sposoby życia duchowego miały konsekwencje społeczne i polityczne wystarczająco ważne, by niepokoić świeckie ramię społeczności, której organiczna spójność nie pozwalała na łatwe rozróżnienie tego, co duchowe, od tego co nietrwałe.

Życie

Aniela to matka bogatej, światowej rodziny, która nawróciła się mając 40 lat. W odróżnieniu od Elżbiety Węgierskiej – która umarła mając 24 lata w r. 1231 jako matka rodziny i członkini III Zakonu św. Franciszka – Aniela z Foligno żyła powołaniem bardziej kontemplacyjnym niż czynnym. Do zakonu jeszcze bardzo młodego, w którym bracia mniejsi są miotani podziałami, zagrażającymi jedności, ona wnosi świadectwo kontemplowania Jezusa Chrystusa, rysującego się przed jej oczyma i którego obraz w jakiś sposób sama odtwarza, żyjąc intensywnie jego nauczaniem.

Jej świadectwo nie jest napisane przez bezpośredniego świadka, lecz przez tercjarza, który pisze to, co mu dyktują, jest to więc dzieło podobne – wspomnę tu o najważniejszych – do Dialogu Katarzyny Sieneńskiej, jak i do Dzieł Teresy z Avila.

Aniela jako tercjarka franciszkańska zło-żyła śluby około r. 1290, lecz nie ograniczyła się do wypełniania minimalnych wymagań: post, jałmużna, modlitwa, dzieła miłosierdzia, lecz heroicznie włączyła się we wspinanie się po siedmiu stopniach życia wewnętrznego, poczynając od cudownego objawienia Bożej bliskości, a kończąc na tym, co niewysłowione. Przeszła przez straszliwe doświadczenia. Wizje, na podobieństwo umacniającego wina pomagają jej je znieść, podobnie jak było w przypadku św. Teresy z Avila.

Włącza się, jak św. Franciszek, w różne dzieła: ubóstwo (Mt 19,21); apostolstwo (Mk 6,8-9); ukrzyżowanie (Mk 8,34). Poza pielgrzymkami do Asyżu jej życie upływa w Foligno. Tam też umiera 4 stycznia 1309 roku.

Dzieło

Pozostaje po niej Memoriał, skończony w 1297 r. i 35 innych utworów (listów, rozmów, opowiadań, notatek), które w r. 1505 przetłumaczono na hiszpański, a na francuski – przez Hello w w. XIX, w r. 1926 przez Doncoeur’a.

Będąc daleką od wyjątkowości w XIII wieku, duchowa przygoda Anieli z Foligno należy do wstrząsającej serii doświadczeń podobnych do Małgorzaty z Cortone, wieśniaczki wyróżniającej się pięknem, która po tym, jak gorszyła swe otoczenie, żyła w rekluzie, oddziaływując duchowo na wielu, w latach 1247 do 1297. Innym przykładem jest Elżbieta Węgierska, małżonka Ludwika z Turyngii (1207-1231), która jako tercjarka św. Franciszka naśladowała jego ubóstwo i miłosierdzie. Zmarła w wieku 24 lat. Można tu też przywołać Gertrudę z Helfty (1256-1301), autorkę Herolda Bożej miłości – dzieła mistycznego po łacinie. Benedyktynka, która mając 5 lat rozpoczęła życie zakonne u Sióstr Oblatek.

Wspomniane osoby dały dowód eksplozji średniowiecznej gorliwości, jaka wyraża się lub nie w piśmiennictwie. Współcześni Anieli to Ludwik IX, Tomasz z Akwinu, Bonawentura. Europa katedr i wypraw krzyżowych jest jakby duchowo niesiona przez tych przyjaciół Boga: mężczyzn, kobiety, ludzi świeckich i duchownych, wieśniaków i książąt, uczonych i analfabetów. W centrum: Bóg-Człowiek.

Czasem zarzuca się średniowiecznej duchowości, że w sposób wyłączny uprzywilejowała stan zakonny i że uczyniła z życia świeckiego, przeciwnie do Kościoła pierwotnego, stan życia drugorzędny, zachowany dla mniej wspaniałomyślnych. Jest pewne, że nie-zwykły prestiż zakonów żebraczych, zwłaszcza w XIII wieku, był nierozłącznie związany z ich ewangelicznym radykalizmem, ofiarowującym wymagającym duszom drogę stromą, budzącą entuzjazm tłumu, jednocząc w tym samym ideale młodych i starych, bogatych i biednych, piśmiennych i niewykształconych.

STAN ŚWIECKI

Na sześć duchowych osobowości, przywołanych z racji ich nadzwyczajnego oddziaływania, trzy to osoby świeckie: Elżbieta, Ludwik, Małgorzata, bliskie franciszkanom (jako członkowie III Zakonu), lecz nie będące osobami konsekrowanymi. Aniela pozostanie w stanie świeckim, podobnie jak później Katarzyna ze Sieny.

Można by powiedzieć, że ci świeccy prowadzili szczególne życie, jak w przypadku Anieli, która prosiła Boga o śmierć członków swej rodziny po to, aby móc się całkowicie oddać kontemplacji i umartwieniom. Myślimy tu też o Mikołaju z Flute, ojcu dziesięciorga dzieci, który nagle został pustelnikiem. Tak jedni jak i drudzy pozostali przez przeważającą część swego życia w stanie świeckim. Tak będzie też z wieloma innymi pośród największych świętych Kościoła katolickiego: z Brygidą Szwedzką, Franciszką Rzymską, Katarzyną z Genui, Joanną de Chantal, a wśród mężczyzn ze Stefanem Węgierskim, Henrykiem Niemieckim, Tomaszem Morusem i innymi.

Teoretykiem wybitnej potencjalnej godności ludzi świeckich jest w XVII wieku Franciszek Salezy, którego Wprowadzenie do życia pobożnego jest bardzo znane.

PISMA

Aby powrócić do Anieli z Foligno – bardzo cenionej właśnie przez Franciszka Walezego – jej duchowość ma rysy średniowieczne o zabarwieniu franciszkańskim, które są bardzo oczywiste, ale odbija tak wyraźnie swe otoczenie i epokę, że trzeba odrzucić wyjaśnianie jej płomienia powodami socjologicznymi lub nawet psychologicznymi. Stajemy tu wobec świata, który ujawnia się przed naszymi oczyma w potężnym i tajemniczym podmuchu Ducha. Słowa, których jej ciągle brakuje dla przekazania orędzia niemożliwego do sformułowania pozostawiają nam jednak wymowne próby, których okruchy mają większą wagę przez swą wzniosłość, niż najpiękniejsze fragmenty Boskiej Komedii. Powiedzmy na-wet, że Dante wydaje się być wyprzedzony przez te błyski nędzy szukającej swego Boga:

„To nie dla żartów cię pokochałem” – słyszy wewnętrznie Aniela i sama może jedynie od-powiedzieć, że jej miłość jest szyderstwem w porównaniu z miłością, jaką Bóg – który się stał Człowiekiem – darzy swe stworzenie:

„Tak, ja to całkowite przeciwieństwo! Moja miłość była jedynie igraszką, kłamstwem, udawaniem. Zaprawdę nigdy nie chciałam się do Ciebie zbliżyć, aby dzielić to, co wycierpiałeś dla mnie i co chciałeś cierpieć.”

I niezwykły dialog wywiązuje się pomiędzy Tym, który jest wszystkim, a tą, która jest ni-czym. Teologiczności tego dialogu żaden poeta nie zdołałaby wyrazić w odpowiednich słowach. Sam Franciszek wyśpiewujący hymny stworzeniu, zadowalał się słowami: Mój, Boże – będąc twarzą w twarz ze swym Bogiem. Aniela z Foligno pozostawia pouczenia bardziej dopracowane i dobitne niż doktorzy z zakonu franciszkańskiego, z wyjątkiem Bonawentury.

TWARZ CHRYSTUSA U ANIELI Z FOLIGNO

W sercu tego duchowego chwytliwego świadectwa wielkiej mistyczki XIII-wiecznej i wszechczasów jest obecność, twarz Chrys-tusa przemieniona radością i zniekształcona niewysłowionym cierpieniem. Bez tego światła lektura jej wizji i pouczeń byłaby niezrozumiała i nawet nie do zniesienia. Dzięki temu wszechobecnemu obliczu dosięgamy królestwa, w którym miłość jest prawem, idziemy po ścieżkach cierpienia, które oświeca miłość. Kontemplujemy stworzenie, stajemy w obliczu dobra i bez zgorszenia stawiamy czoła złu.

Jesteśmy nakłaniani do porzucenia naszego zwykłego sposobu widzenia rzeczy, aby się uwrażliwić na inne rzeczywistości, ale nie na wyobrażony sposób – jak podczas lektury Boskiej Komedii – lecz na sposób wewnętrznej przygody.

Aniela z Foligno staje się czystym zwierciadłem, w którym odbija się twarz jej Chrystusa. My spostrzegamy zaledwie kilka rysów naszkicowanych, to w świetle, to w mroku. Wyobraźnia nie jest wcale pobudzona, stałe „pouczenia” przenikają się z „wizjami”, aby nam ofiarować uczestnictwo w tym osobistym doświadczeniu z Niewysłowionym. To nie jest żadna autobiografia na tych płomiennych stronicach, raczej biografia Innego, kontemplowanego w Ewangelii, w bycie wszystkich rzeczy, w szczegółach i w całości.

Wszystko, co wiemy o Chrystusie z Pisma Świętego znajduje się u Anieli, lecz ona do tego dodaje uwagi wyostrzone przez miłość. Nie rości sobie jednak pretensji do znania Nieznanego, jej ograniczenia są nawet większe od naszych. Można się zastanawiać nad racją tych wizji:

„Człowiek, moje dzieci – mówi ona – kocha jak widzi. Im bardziej widzimy tego Boga-Człowieka ukrzyżowanego, tym bardziej wzrasta nasza miłość do doskonałości, tym bardziej jesteśmy przemieniani w Tego, którego widzimy. W miarę jak jesteśmy prze-mieniani w Jego miłość, przemieniamy się w Jego boleść, gdyż dusza nasza widzi ten ból. Im bardziej człowiek widzi, tym bardziej kocha. Im bardziej ogląda Jego Mękę, tym bardziej przemienia się w Tego, którego kocha, przez cnotę boleści. Jak jest przemieniany w miłość, tak jest przemieniany w boleść przez wizję Boga i samego siebie. (135)”

Na początku i na końcu tej kontemplacji jest miłość, która pragnie wiedzieć, aby lepiej kochać. Będzie w istocie chodziło o cudowne współczucie, gdyż miłość ujawniła się poprzez cierpienie. Aniela niewyczerpanie widzi Chrystusa cierpiącego i usiłuje zmierzyć długość i wysokość podobnego dowodu miłości.

Zatrzymajmy się na trzech rysach oblicza Chrystusa kontemplowanego przez tę córę Boga: radość, cierpienie, niewymowność.

RADOŚĆ CHRYSTUSA

Radość jest częścią natury Boga i patrząc na Chrystusa ukrzyżowanego Aniela odczuwa to misterium radości:

„Można by sądzić, że będę płakać widząc Mękę. Zostałam zaś dotknięta i zalana radością, która nie była naturalna. Radość rosła, rosła, straciłam mowę i upadłam jak rażona gromem na ziemię. Ujrzałam właśnie coś niewypowiedzianego, olśnienie chwały” (100).

Umocniona w ten sposób Aniela może się oddać cierpieniu, nie porzucając radości, która stoi w sprzeczności tylko ze smutkiem, ale nie – z cierpieniem.

Radość tajemnicza promieniuje z dzieła:

„Te wizje – zaświadcza – przypominają no-we stworzenia, tworzy je radość. Te radości ogromne i zróżnicowane nie sposób porównać pomiędzy sobą, lecz żadna z nich, choć ogromna, nie wydaje się być wieczną” (107).

W tej symfonii radości, cierpienia i niewysłowioności, radość jest jakby charakterystycznym motywem przewodnim i znamy jej przyczynę, przedmiot, podmiot, początek i koniec:

„I On mnie prowokował do miłości, mówiąc: ‘O moja umiłowana córko, o moja córko i moja świątynio! O córko moja i moja radości! Kochaj mnie, gdyż Ja cię kocham bardziej niż ty Mnie kochasz! Spocząłem w tobie i wypoczywam. Teraz ty spocznij we mnie i odpocznij. Żyłem pośród apostołów: widzieli mnie oczyma ciała i nie odczuwali Mnie tak, jak ty Mnie odczuwasz. Kiedy powrócisz do siebie odczujesz inną radość, radość nieporównywalną z niczym’.” (54)

Odczuwając szczególny pociąg ku tej cudownej miłości, Aniela się upokarza, uniża, spuszcza oczy i radość napełnia tę pustkę po-między Stwórcą a stworzeniem, które stoi przed Nim.

„On się uskarżał – mówi – na rzadkość wierzących, na rzadkość wiary i jęcząc mówił: ‘Ko-cham miłością ogromną duszę, która Mnie kocha niekłamliwie. Gdybym, spotkał w duszy miłość doskonałą, udzieliłbym jej większych łask niż świętym z wieków przeszłych, przez których Bóg dokonywał cudów, o jakich dziś się mówi. Niech nikt nie sądzi, że ma wytłumaczenie, bo każdy może kochać. Bóg prosi duszę tylko o miłość, On bowiem kocha duszę bez zwodzenia i On sam jest miłością duszy.” (54) Oto sekret radości serca oddanego Bogu, który je usynowia i przebóstwia przez uczestnictwo.

CIERPIENIE CHRYSTUSA

Pośród autorów chrześcijańskich, którzy mówili o cierpieniu Chrystusa, Aniela z Foligno zajmuje szczególne miejsce. Blask zawarty w jej usiłowaniach opisania Męża Boleści uderza.

„W łonie Swej Matki Jezus zaczął odczuwać wszechpotężną boleść: wszystkie smutki Jego duszy i ciała, które miał znosić dla nas, znał, żył nimi, ważył je, przenikał je w całości i w szczegółach.” (153)

Aniela dostrzega i zwraca uwagę na to, o czym się zapomina: „Jedną z boleści Jezusa najbardziej zapominaną było Jego współczucie dla Siebie. Niezliczone udręki i niewypowiedziany ból, które przewidywał jako Mu grożące, sprawiały, że patrząc na siebie miał rozdarte serce. Widząc i ważąc misję, jaką o-trzymał od Ojca, którą było noszenie ciężaru wszystkich grzechów i wszystkich boleści wy-branych, odczuwał, że te okropności były nie do odwołania, że były pewne, nie do uniknięcia i że był poświęcony ciałem i duszą na ich objęcie, ogarniała go, gdy na siebie patrzył, rozdzierająca litość. Wyobraźcie sobie stan człowieka, który widziałby wzrokiem proroczym i nieomylnym, największe, niewysłowione cierpienie zbliżające się do niego, posiadającego pewność, że ono go dosięgnie i gdyby miał przed swymi oczyma stale szczegóły wszystkich Swych udręk: litowałby się nad sobą. Ale jak bardzo wzrastał ten smutek Jezusa, skoro przewidywana i zbliżająca się boleść była bez granic i skoro On był wyposażony w inteligencję i wrażliwość nie do pojęcia i mógł z wyprzedzeniem zgłębić przepaść Swych męczarni ich naturę i jakość?” (155)

Wiedza Anieli jest nierozerwalnie teologiczna i uczuciowa. Ona cierpi coś z tej otchłani udręk i to uzdalnia ją do wypowiedzenia o niej kilku zasadniczych słów.

Skrótowość Ewangelii ukazuje nam jakby ziarno ogromnego drzewa niewyobrażalnych boleści. Aniela mówi – chcąc wspomóc rozmyślanie pobudzające miłość – „Im więcej człowiek widzi, tym bardziej kocha”.

Miłość chce wiedzieć. Podobnie jest z Męką Chrystusa – według wyrażenia nawróconej z Foligno: „całe życie jest w pamięci”. I chce wypełnić swą własną pamięć tą straszliwą rzeczywistością dla przedłużenia współczucia i ujawnienia miłości do Cierpiącego. Bez nadziei na bycie wysłuchaną pisze dalej: „Zapewniam, że cierpienie Chrystusa było czymś niewyrażalnym. Niewyrażalnym, ponieważ było przyzwoleniem, darem Bożej Mądrości… To był ból najwyższy… To dlatego żadna stworzona inteligencja nie ma możności koniecznej do objęcia tego bólu”. (156)

W jednym z wewnętrznych pouczeń, jakie Aniela otrzymała, Chrystus podziękował jej za tę pociechę, której w czasie Swej Męki do-znał, na widok jej nawrócenia i wiernego życia.

NIEWYSŁOWIONOŚĆ CHRYSTUSA

Duchowe doświadczenie Anieli znało zasadnicze ograniczenie: „Boże działania dokonywane w mojej duszy były zbyt niewyrażalne, aby je mógł opowiedzieć nawet święty czy anioł. Boskość tych działań i głębia ich otchłani miażdżą zdolność i inteligencję całej duszy i całego stworzenia. Kiedy o nich mówię zdaje mi się, że moje słowo to bluźnierstwo. Jestem wyrywana z moich codziennych zwyczajów. Żegnaj ukryte życie Chrystusa, jakie tak kiedyś miłowałam; żegnaj wielka kontemplacjo głębi, drogiej głębi Ojca, który od całej wieczności przeznaczył Synowi ogrom, aby Mu dotrzymać towarzystwa, żegnajcie ubóstwo, cierpienia, poniżenia, któreście były życiem Syna Bożego i któreście były także moim odpoczynkiem na ziemi. Żegnajcie święte ciemności, w których ujrzałam twarz Pana, żegnaj moja dawna radości.” (73)

Mając jakby dostęp do tajemnic Króla, przywołuje Pismo Święte: „Pojmuję teraz, dla-czego Pismo jest proste i trudne zarazem; dlaczego się zdaje, że sobie zaprzecza; dla-czego człowiek wymyka się zbawieniu, jakie z niego pochodzi; w jaki sposób ono potępia, a jak ocala. Znam te sprawy i stoję przy nich prosto, pełna wiedzy, a kiedy powracam do tajemnic królewskich mogę wypowiedzieć kilka małych pewnych słów. Lecz chodzi o działania niewysłowione, chodzi o olśnienia chwały; nie podchodźcie ludzie słowa. To, co wypowiadam w tej chwili, wydaje mi się ruiną i ogarnia mnie trwoga, jaką się czuje bluźniąc… Nie, nie, nie! Wszystko, co wymieniłam jest niczym, niczym wobec Niewypowiedzianego.” (76)

Znacząca uwaga dla czytającego: Aniela wydaje się stale nie mieć zdolności kontynuować, lecz jej zdolności kontemplowania wzrastają na naszych oczach: „Jednym z działań, jakich Bóg dokonuje w duszy – mówi – jest dar wielkiej zdolności pełnej rozumu i radości” (77). To pozwala jej iść ku Niewypowiedzianemu, którym jest Wcielony Chrystus Bóg-Człowiek: „To nie ja sama płynę po tym oceanie, nie, to Pan mnie prowadzi i unosi. Nie jestem nawet zdolna pragnąć takiej szczęśliwości.” (77)

Szczęście kontemplowania oblicza Chrystusa w blasku Boga. Ona nie może widzieć Boga takim, jakim On jest, lecz zbliża się twarzą w twarz mówiąc nam o oślepiających etapach.

Te kilka cytatów miało za cel ukazać jak kontemplowanie przez Anielę z Foligno Jezusa Chrystusa wzrasta oszałamiająco na na-szych oczach, zaskakując wyrazem, podczas gdy ona sama nie traci spokoju i opanowania.

W tym sensie to duchowe malowidło wielkiej mistyczki jest porównywalne z dziełem sztuki. Jak ikony, które z nieznanych racji, zachęcają do modlitwy i promieniują duchowością, tak ona pomaga nam widzieć to, co nie-widzialne, żeby to pokochać. To obraz złożony w swej strukturze, rozproszonej przez wiele szkiców oblicza, które jednakże jest wciąż to samo i nadaje dziełu silną jednolitość. Oblicze ujawnione przez Anielę jest ożywione i duchowe, szybko się wyryje w pamięci każdego. Samo jego wspomnienie zachęca do pójścia ku Niewysłowionemu lub raczej do pozwolenia na prowadzenie się ku Niemu, choć nie wiemy, dokąd nas doprowadzi, w radości nierozłącznej od cierpienia.

Stella Maris, styczeń 2003, nr 388, str.1-4.


Jeśli chcesz otrzymywać światło Boże – módl się.

Jeśli już osiągnąłeś doskonałość słowa i pragniesz,

by to światło wstąpiło w Ciebie – módl się.

Jeśli chcesz otrzymać nadzieję – módl się.

Jeśli chcesz dla siebie pozyskać

posłuszeństwo, sprawność,

jedność, siłę – módl się.

Na cokolwiek się zdecydujesz – módl się.

Im bardziej jesteś kuszony,

tym więcej powinieneś poddawać się modlitwie.

*

Boże mój, spraw, abym stała się godną, poznać najwyższą tajemnicę, której dokonała Twoja niewysłowiona gorąca miłość, pochodząca od samej Trójcy: tajemnicy Twojego najświętszego Wcielenia, którego dokonałeś dla nas jako początek naszego zbawienia. To Wcielenie sprawia w nas dwie rzeczy; po pierwsze napełnia nas miłością, a po drugie daje nam pewność zbawienia.

*

O Miłości niepojęta!

Zaiste nie masz większej miłości

nad tę, mocą której Bóg

stał się ciałem, aby mnie nią

ogarnąć i przebóstwić.

O Niepojęty, Ty dałeś się pojąć!

O Niestworzony, tyś stał się stworzeniem!

O myślą Nieogarnięty, Ty dajesz się ogarnąć!

Panie, uczyń mnie godną wejrzeć

w głąb tej najwyższej miłości,

którą obdarzyłeś nas i wciąż obdarzasz

w Twoim Świętym Wcieleniu!


1 Manicheizm zrodził się w Persji. Nazwę zaczerpnął od Manesa (ur. w 215 r.). Zapożyczył ze Wschodu teorie o reinkarnacji i wędrówce dusz, o istnieniu dwóch bogów: Światła i Ciemności, Dobra i Zła. Manes włączył do swego systemu też Jezusa – wysłannika Światła. Dla manichejczyka świat jest zły, życie okropne, a posiadanie dzieci odrażające. Dla chrześcijanina świat jest dobry, ponieważ został stworzony przez Boga, który jest Miłością. Chrześcijański asceta podejmuje umartwienie po to, żeby stać się bardziej wrażliwym i by łatwiej odnaleźć swojego Stwórcę. Manichejczyk rezygnuje ze świata w przekonaniu, że to, co materialne jest złe, stworzone przez Zło, przez Szatana.

2 Grupa heretyków w średniowieczu, która stawiała m. in. pytanie o to, jak dobry Bóg mógł stworzyć zły świat. Odrzucili Stary Testament i sakramenty.

http://www.voxdomini.com.pl/sw/sw58.html

*******

Święci nie-święci

Święci nie-święci O nicponiach, rzezimieszkach, oszustach i wyznawcach szatana, którzy jednak zostali świętymi

Thomas J. Craughwell

  • Wydawca: Esprit
  • Rok wydania: 2007
  • ISBN: 978-83-60040-38-6
  • Stron: 192
  • Rodzaj okładki: Miękka
  • CENA 24.00 ZŁ.
Opis

Znakomita, przyciągająca i z humorem pisana opowieść o kilkunastu postaciach znanych świętych i ich nie najchlubniejszych początkach. Poznamy tu egoistycznego Ignacego Loyolę, pijaka Jana Bożego, utracjusza Franciszka z Asyżu, uwodziciela i heretyka Augustyna, złodzieja Dyzmę i celnika Mateusza, oraz mniej znanych innych świętych, jak bigamistkę Fabiolę, rozwiązłą Małgorzatę z Cortony, Mojżesza z Etiopii, herszta bandytów, Idziego z Portugalii, wyznawcę szatana, plotkującą Anielę z Foligno… a jednak wszystkie te osoby zostały po śmierci kanonizowane. Co takiego zaszło w ich życiu, że mimo nie najlepszej przeszłości otworzyli się na działanie łaski Bożej i zostali świętymi? Autor w fascynujący i pełen humoru sposób odpowiada na to pytanie.
Warto przeczytać: wzruszające historie i znakomity materiał do refleksji.

************************

MISTYCZKI. Historie kobiet niezwykłych

MISTYCZKI. Historie kobiet niezwykłych

Annerose Sieck

  • Wydawca: eSPe
  • Rok wydania: 2012
  • ISBN: 978-83-7482-505-4
  • Format: 140×200
  • Rodzaj okładki: Miękka
  • cENA 39,90
Opis

Fascynujące opowieści o mistyczkach, wizjonerkach i prorokiniach.

Annerose Sieck przedstawia historie niezwykłych kobiet z czasach średniowiecza i wczesnej nowożytności, które wykraczały poza ówczesne kulturowe role i schematy. Opowiada o ich głębokiej wierze, odwadze i ogromnej determinacji w poszukiwaniach duchowych. Przybliża również pisma, w których przekazały one swe intrygujące wizje i osobiste doświadczenia spotkania z Bogiem.

Wśród bohaterek jej książki są święte uznane za Doktorów Kościoła, jak św. Hildegarda z Bingen, św. Katarzyna ze Sieny, św. Teresa z Ávila, czy postaci tak znane, jak św. Brygida Szwedzka czy św. Klara z Asyżu, ale także te nieco może zapomniane, jak św. Maria z Oignies, św. Julianna z Cornillon czy bł. Beatrycze z Nazaretu, których historie i osobowości są równie fascynujące. Ich biografie składają się na barwną, wciągającą opowieść, osadzoną na tle obrazu ówczesnej religijności i stosunków społecznych, ze szczególnym uwzględnieniem sytuacji kobiet.

Znajomość chrześcijańskiej duchowości i historii naszej kultury pozostaje niepełna bez wiedzy na temat bogatego dziedzictwa, jakie pozostawiły te odważne kobiety, które kilkaset lat temu tak wytrwale poszukiwały doświadczenia Bożej obecności.

**************************************

 

Patron Dnia

św. Elżbieta Anna Seton
wdowa
Elżbieta Seton urodziła się w 1774 roku w zamożnej i szanowanej rodzinie należącej prawdopodobnie do episkopalnego kościoła Św. Trójcy w Nowym Jorku. Była wierną i gorącą zwolenniczką tego kościoła, aż do nawrócenia się na wiarę katolicką. W 1794 roku wyszła za mąż za Williama Setona. Pośród cierpień i chorób wychowała pięcioro dzieci. Św. Elżbieta i jej chory mąż popłynęli do Livorno we Włoszech, gdzie William zmarł. We Włoszech Św. Elżbieta zetknęła się z katolicyzmem i w 1805 roku złożyła katolickie wyznanie wiary. W 1808 roku założyła pierwszą katolicką szkołę w Baltimore, a w następnym roku szkółkę wyznaniową w Emmitsburgu. Zmarła 4 stycznia 1821 roku. Została beatyfikowana w roku 1963, kanonizowana 14 września 1975 roku przez papieża Pawła VI.

4 stycznia
Święta Elżbieta Seton, wdowa
Święta Elżbieta Seton Elżbieta urodziła się w Nowym Jorku 28 sierpnia 1774 roku. Stany Zjednoczone stawały się wówczas na skutek walk niepodległościowych (1773-1783) z kolonii angielskiej – nowym, niepodległym państwem. Elżbieta była córką protestanckich rodziców. Miała zaledwie trzy lata, kiedy zmarła jej matka. Wtedy ojciec dziecka, Ryszard Bayley, dyrektor nowojorskiego szpitala, wszedł po raz drugi w związek małżeński. Jednak ciągłe konflikty córki z macochą doprowadziły do tego, że Elżbieta została zmuszona opuścić dom w wieku 16 lat. W dwudziestym roku życia wyszła za nowojorskiego kupca, Wiliama Magee Setona (1794), z którym miała pięcioro dzieci. Niestety, mąż zbyt ryzykował w swoich transakcjach kupieckich. Niebawem doprowadził swoje przedsiębiorstwo do bankructwa. Dopóki żył zamożny ojciec Elżbiety, wspierał młodych małżonków finansowo. Jednak po jego śmierci musieli borykać się z biedą. Na domiar złego mąż zachorował na gruźlicę. Dla ratowania go oboje wybrali się do Włoch, do Livorno, w nadziei, że klimat przywróci zdrowie ukochanemu mężowi. Stało się jednak inaczej. Wiliam zmarł niebawem w tamtejszym szpitalu (1803).
Po śmierci męża Elżbieta zatrzymała się jeszcze jakiś czas u przyjaciół. Atmosfera głęboko religijna i bezinteresowna miłość, jaką otoczono młodą wdowę, sprawiły, że Elżbieta zainteresowała się bliżej Kościołem katolickim. Odbyła pielgrzymkę do sanktuarium Matki Bożej w Montenero. To tam, w czasie Mszy świętej, powzięła stanowcze postanowienie przejścia na katolicyzm. Formalnie uczyniła to po swoim powrocie do Stanów Zjednoczonych 14 marca 1805 roku. Naraziło to ją na nowe trudności, gdyż traktowano ją jako “zdrajczynię” swojej wiary i całkowicie odsunięto się od niej. Elżbieta nie tylko się tym nie załamała, ale doprowadziła nawet do tego, że i jej dzieci przeszły na katolicyzm.
W Baltimore sulpicjanie zaproponowali jej kierowanie szkołą parafialną. W roku 1809 Elżbieta przeniosła się jednak do Emmitsburga, gdzie powstało centrum jej dzieł. Założyła zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia św. Józefa. Regułę nowej rodziny zakonnej oparła na ustawach, jakie napisał św. Wincenty a Paulo dla swoich duchowych córek. Wprowadziła jedynie te zmiany, które okazały się konieczne dla jej czasów i w jej kraju.
Elżbieta zakończyła swoje ziemskie życie wcześnie, bo w 47. roku życia, 4 stycznia 1821 r. Do grona błogosławionych włączył ją papież Jan XXIII 17 marca 1963 roku, a do chwały świętych wyniósł ją Paweł VI 14 września 1975 roku. W jej kanonizacji jako pierwszej obywatelki Stanów Zjednoczonych wzięło udział ok. 15 tys. pielgrzymów z USA wraz z przedstawicielami episkopatu i rządu. Jej relikwie znajdują się w kościele domu macierzystego w Emmitsburgu.
http://www.brewiarz.katolik.pl/czytelnia/swieci/01-04b.php3
Św. Elżbieta Anna Seton jest patronką apostolstwa ludzi morza(jej dwóch synów pracowało na morzu), śmierci dzieci, problemów z teściami, utraty rodziców, opozycji do władz kościelnych, ludzi wyśmiewanych za pobożność, wdów, diecezji Shreveport w Luizjanie
************

Święta Elżbieta Seton

  • 1774 – 28 sierpnia – przychodzi na świat Elżbieta Anna Bayley, na dolnym Manhatanie w Nowym Jorku  jako druga córka dr Ryszarda Bayley’a dziekana wydziału anatomii w Columbia College, szczególnie znany jako lekarz portu nowojorskiego i Katarzyny Charlton, córki pastora w episkopalnym kościele św. Andrzeja na Staten Island w Nowym Jorku.
  • 1777- umiera matka Elżbiety osieracając w sumie trzy córki. Ojciec Elżbiety ponownie się żeni z Charlottą Amelią Barclay.
  • 1794 – 25 stycznia- ślub z Wilhelmem Magee Setonem, synem bogatego armatora i kupca, w domu Marii Bayley Post na Manhattanie. Przysięgą małżeńską przyjął Samuel Provoost, pierwszy episkopalny biskup Nowego Jorku. Siostra męża Rebeka Maria Seton, zostaje jej „duchową przyjaciółką” .
  • 1795- urodziny najstarszej córki – Anny Marii.
  • 1796- urodziny syna Wilhelma juniora.
  • 1797- z pomocą wielu zamożnych kobiet, w tym żony Aleksandra Hamiltona, organizuje w Nowym Jorku przy episkopalnym kościele św. Trójcy, do którego państwo Seton należą, pierwszą prywatną instytucję charytatywną – Stowarzyszenie Pomocy Ubogim Wdowom z Małymi Dziećmi , któego jest również skarbniczką.
  • 1798- urodziny syna Ryszarda Bayley’a.
  • 1798- umiera teść Elżbiety. William Seton zajmuje jego miejsce jako prezes rodzinnej firmy (Seton Maitland & Company). Elżbieta nabywa również pierwszych doświadczeń jako nauczyciel zajmując się edukacją młodszych szwagierek oraz wspiera męża swoimi radami i opiniami w zarządzaniu firmą. Pomaga również prowadzić księgi rachunkowe.
  • 1800- urodziny córki Katarzyny Charlton (nazywanej także Józefiną).
  • 1801- umiera Ryszard Bayley, ojciec Elżbiety. Jest to dla niej bardzo trudne doświadczenie. W trosce o zbawienie ojca, w jego ostatnich dniach życia ofiarowuje Bogu życie nowo narodzonej córki Katarzyny.
  • 1801- bankructwo firmy Seton Maitland & Company spowodowane konfliktem międzynarodowym z Francją i załamaniem się rynku finansowego. Setonowie tracą majątek i dom przy Stone Street 61 na Dolnym Manhattanie w którym mieszkali. Mąż, Wilhelm Magee zaczyna chorować na gruźlicę.
  • 1802- urodziny córki Rebeki Marii.
  • 1803- Państwo Seton wraz z córką Anną, z powodu choroby męża Wilhelma, wyruszają w podróż do Europy, którą zaczynają w Livorno, w domu braci Filicchi, partnerów handlowych firmy Setonów .
  • 1803 – 27 grudnia- Wilhelm Seton, mąż Elżbiety umiera w Pizie skutkiem długiej choroby i kwarantanny . Zostaje pochowany na starym angielskim cmentarzu w Livorno. Elżbieta razem z córką pozostają pod opieką państwa Filicchi. Dzięki temu Elżbieta poznaje piękno wiary katolickiej.
  • 1804 – 3 czerwca- Elżbieta Seton powraca do Nowego Jorku w towarzystwie Antoniego Filicchi.
  • 1804 – lipiec- umiera szwagierka, Rebeka Maria Seton.
  • 1805 – 14 marca – Środa Popielcowa- po miesiącach przygotowań, korespondencji z biskupem Janem Caroll’em i biskupem Janem Cheverus’em (pierwszym biskupem Bostonu) i wsparciu ze strony Antoniego Filicchi’ego, a w ostatnim okresie także poście i wzmożonej modlitwie w kościele św. Piotra przy Barclay Street w Nowym Jorku Elżbieta Anna Bayley Seton składa wyznanie wiary w Kościele Katolickim i tym samym, zostaje do niego włączona do wspólnoty Kościoła przez ks. Mateusza O’Brien’a .
  • 1805 – 25 marca- W tym samym kościele przyjmuje Pierwszą Komunię Św.
  • 1806 – 26 maja – Zesłanie Ducha św.- przyjmuje sakrament Bierzmowania z rąk biskupa Jana Caroll’a [8].
  • 1806 – 1808 – zmagania Elżbiety z niechęcią do niej jako konwertytki na Katoliczym. Starając się utrzymać siebie i dzieci podejmuje nieudaną próbę założenia własnej szkoły. W zamian znajduje posadę nauczycielki w protestanckiej szkole prowadzonej przez Patryka White’a i jego żonę. Z powodów finansowych szkoła upada. Następnie Elżbieta Seton pracuje w internacie dla chłopców uczęszczających do szkoły prowadzonej przy episkopalnym kościele św. Marka w Nowym Jorku. Odchodzi, gdzy nastawienie do niej negatywnie rodzice zabierali swoich synów ze szkoły.
  • 1806- Cecylia Seton, szwagierka Elżbiety przechodzi na katolicyzm co powoduje konflikt z rodziną zmarłego męża i groźby wygnania Elżbiety z dziećmi ze stanu Nowy Jork.
  • 1808 – 16 czerwca – Boże Ciało- dzięki zaproszeniu ze strony ks. Wilhelma Ludwika Dubourg’a SS , rektora St. Mary’s Seminary, który odwiedził Nowy Jork, Elżbieta razem z córkami przybuwa się do Baltimore, w stanie Maryland gdzie trafia pod opiekę francuskich Sulpicjan, którzy planują założyć katolicką szkołę.
  • 1808 – wrzesień- otwarcie St.Mary’s College przy Paca Street w Baltimore, obok kościoła seminaryjnego St.Mary’s, którą prowadzi Elżbieta Seton i do której przenoszą się również jej synowie.
  • 1808 – grudzień 7- dzięki staraniom rekrutacyjnym Sulpicjan do St.Mary’s College przybywa Cecylia Maria O’Conway z Filadelfii – pierwsza kandydatka do wspólnoty zakonnej, o której sama Elżbieta coraz częściej myśli (ubiera się nawet na wzór włoskich zakonnic jakie spotkała we Włoszech.
  • 1809- kolejna szwagierka Elżbiety – Henrieta Seton – przechodzi na katolicyzm. Skutkuje to całkowitym odwróceniem się Setonów od Elżbiety Anny, która była przewodniczką duchową Henriety.
  • 1809 – 25 marca- w dolnej kaplicy kościoła seminarium St.Mary’s, na ręce arcybiskupa Jana Caroll’a i w obecnośći cóki Anny Marii,Elżbieta Seton składa po raz pierwszy (na rok) ślub czystości i posłuszeństwa. Arcybiskup nadaje jej tytuł „Matki Seton”.
  • 1809 – 16 czerwca- pierwsze siostry po raz pierwszy przywdziewają jednolity strój zakonny – czarna suknia, czarny czepek i czarna pelerynka wzorowane na wdowich ubraniach jakie Elżbieta spotkała we Włoszech.
  • 1809 – 24 czerwca- Elżbieta i jej towarzyszki przybywają do Emmitsburga, miejscowości w hrabstwie Frederick, w stanie Maryland, gdzie Samuel Sutherland Cooper,bogaty konwertyta i seminarzysta z St.Mary’s w Baltimore zakupił dla nowej wspólnoty 119 hektarów pól na obrzeżach Emmitsburga. Według intencji Cooper’a w tym miejscu ma powstać szkoła dla dzieci i młodzieży oraz ośrodek pomocy i opieki chorych i potrzebujących na które przeznaczył $10000. Zgodnie z miejscową tradycją Elżbieta nazywa to miejsce St. Joseph’s Valley (Dolina św. Józefa) [12].
  • 1809 – 31 lipca- Matka Seton i jej wspólnota wprowadza się do Stone House (wcześniej od 1750 Flemming Farmhouse) w St.Joseph’s Valley. Początek działalności wspólnoty Sióstr Miłosierdzia św. Józefa)
  • 1810- luty- Siostry przeprowadzają się do St.Joseph’s House (obecnie The White House)
  • 1810 – 22 lutego – otwarcie Saint Joseph’s Free School (Bezpłatnej Szkoły Świętego Józefa) dla potrzebujących dziewcząt z okolicy. Jest to pierwsza katolicka szkoła dla dziewcząt prowadzona przez siostry zakonne w Stanach Zjednoczonych.
  • 1810 – 14 maja – otwarcie Saint Joseph’s Academy (Akademii Świętego Józefa) – odpłatnej szkoły z internatem (prowadzonej w tej formie do 1912). Dochody z czesnego wspomagały działalność charytatywną Sióstr Miłosierdzia. Obie szkoły stały się kolebką katolickiej oświaty w Stanach Zjednoczonych.
  • 1812 – styczeń- Arcybiskup Jan Caroll ostatecznie otrzymuje dla wspólnoty Matki Seton Regułę Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo, którą kierujący Zgromadzeniem Sulpicjanie adaptowali do potrzeb Kościoła amerykańskiego, zatwierdza ją i przekazuje wspólnocie[14].Pierwszą Przełożoną zostaje wybrana Matka Seton, mimo, że nadal ma na utrzymaniu własne dzieci, i jest Przełożoną do swojej śmierci.
  • 1812- na gruźlicę umiera córka Anna Maria. Na łożu śmierci składając śluby Siostry Miłosierdzia, mimo, że nie ukończyła jeszcze nowicjatu.
  • 1813 – 19 lipca- Matka Seton i 17 innych sióstr, w uroczystość św. Wincentego a Paulo, po raz pierwszy składają odnawialne, prywatne śluby według reguły obowiązującej w Zgromadzeniu Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo .
  • 1814- Matka Seton wysyła pierwsze siostry do Filadelfii do kierowania Azylem św. Józefa, pierwszym katolickim sierocińcem w Stanach Zjednoczonych.
  • 1815- Elżbieta zakłada misję w Mount Saint Mary’s, której zadaniem jest opieka nad infirmerią i posługa przy college’u i seminarium w Emmitsburgu.
  • 1816- również na gruźlicę, w Emmitsburgu, umiera córka Rebeka Maria.
  • 1817- siostry św. Józefa zakładają w Nowym Jorku sierociniec – New York City Orphan Asylum (później Saint Patrick’s Orphan Asylum)
  • 1819-po raz trzeci zostaje wybrana przełożoną, mimo własnych protestów, że to „wybór śmierci”
  • 1821 – 4 stycznia – Matka Maria Elżbieta Anna Seton umiera w Białym Domu W Saint Joseph’s Valley, w Emmitsburgu. Przyczyną śmierci są powikłania po zapaleniu płuc. Jej ciało spoczywa w bazylice św. Elżbiety Anny Seton w Saint Joseph’s Valley.

 

  • 1823- umiera syn Ryszard Bayley.
  • 1829- pierwsze siostry wyjeżdżają do Cincinnati, w stanie Ohio, do prowadzenia sierocińca.
  • 1832- ślub syna Wilhelma juniora (od 1826 porucznika US Navy) Emily Prime (zm.1854). Mieli dziewięcioro dzieci z których siedmioro doczekało pełnoletniości, m.in. abp Robert Seton (1839-1927), Helena (1844-1906) i siostra Maria Katarzyna, kolejna Siostra Miłosierdzia z Nowego Jorku (1879-1906).
  • 1846- za namową biskupa Hughes’a, duża grupa sióstr odłącza się od Zgromadzenia i tworzy własne – Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo z Nowego Jorku (Sisters of Charity of Saint Vincent de Paul of New York).
  • 1846- córka Katarzyna wstępuje do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia w Nowym Jorku (Sisters of Mercy of New York) zmieniając imię na Maria Katarzyna (niemal 40 lat powołania spędzi pracując wśród więźniów w Nowym Jorku.
  • 1850 – 25 marca – zawarcie unii włączającej Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia św. Józefa do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo[16]. Doszło do niej dzięki staraniom samych Sulpicjanów.
  • 1852- siostry z domu w Cincinnati nie przyjmują unii i tworzą własną wspólnotę Sióstr Miłosierdzia z Cincinnati (Sisters of Charity of Cincinnati)
  • 1856- w Kanadzie powstaje Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paul z Halifax (Sisters of Charity of Saint Vincent de Paul of Halifax).
  • 1859- w Convent Station w stanie New Jersey powstają Siostry Miłosierdzia św. Elżbiety(Sisters of Charity of Saint Elizabeth, Convent Station, New Jersey).
  • 1868- umiera syn Wilhelm junior.
  • 1870- w Greensburgu, w stanie Pensylwania, powstają Siostry Miłosierdzia z Seton Hill(Sisters of Charity of Seton Hill, Greensburg, Pennsylvania).
  • 1891- umiera córka Katarzyna Charlton, jako Matka Katarzyna od Sióstr Miłosierdzia z Nowego Jorku
  • 1947- utworzenie Konferencji Córek Matki Seton (Conference of Mother Seton’s Daughters)
  • 1996- przekształcenie Konferencji w Federację Sióstr Miłosierdzia w Tradycji Wincentyńskiej i Setonioniańskiej (The Sisters of Charity Federation in the Vincentian and Setonian Tradition) skupiająćej obecnie wszystkie odłączone od Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Józefa zgromadzenia w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Reguły wszystkich członków Federacji opierają się o reguły św. Wincentego a Paulo i św. Ludwiki de Marillac

 

  • 1882- biskup Baltimore, Jakub Gibbons (późniejszy kardynał) inicjuje diecezjalny proces ukierunkowany na kanonizację Elżbiety Seton.
  • 1907- rozpoczęcie procesu informacyjnego
  • 1911 – 7 czerwca- specjalny wysłannik biskupa Baltimore składa na ręce postulatora zebrane dokumenty z postępowania kanonizacyjnego
  • 1940 – 28 lutego- Rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego w Rzymie przez papieża Piusa XII
  • 1959 – 18 grudnia- dekret o heroiczności cnót wydany Kongregację Szkół Katolickich i podpisany przez Piusa XII. Zostaje uznana Służebnicą Bożą
  • 1963 – 17 marca- papież Jan XXIII dokonuje beatyfikacji
  • 1974 – 12 grudnia- papież Paweł VI wydaje dekret promulgacyjny zezwalający na kanonizację
  • 1975 – 14 września- kanonizacja Elżbiety Seton w Światowym Roku Kobiet

http://mocne-wartosci.blog.onet.pl/2012/01/04/swieta-elzbieta-seton/

 

**********

 

**********

 

**********************

4 stycznia
Święta Genowefa Torres Morales, dziewica
Święta Genowefa Torres Morales

Genowefa urodziła się 3 stycznia 1870 roku w Al-nemara w Kastylii, w Hiszpanii. Była najmłodszą spośród sześciorga dzieci. W wieku ośmiu lat straciła rodziców i czworo rodzeństwa; została sama z młodszym bratem Jose. Musiała się nim opiekować, co nie było łatwe. Jose był krnąbrny, zadawał się z podejrzanymi kolegami. Kiedy dwa lata później Genowefa natrafiła na książki z żywotami świętych, odkryła, że wsłuchiwanie się w wolę Bożą prowadzi do szczęścia. To pomogło jej dźwigać ciężar trudnego życia.
Gdy miała 13 lat, lekarze musieli amputować jej lewą nogę z powodu gangreny. Zabieg odbył się w domu, co wiązało się z brakiem odpowiednich warunków higienicznych i wywołało kolejne cierpienia. Genowefa musiała poruszać się o kulach, wymagała pomocy innych osób. W 1885 r. zamieszkała w prowadzonym przez karmelitanki sierocińcu. Przez dziewięć lat żyła tam z innymi dziećmi, ucząc się krawiectwa. Jej kierownikiem duchowym był kapłan, który później wstąpił do jezuitów i założył leprozorium. Dzięki jego radom Genowefa dojrzewała duchowo. Pragnęła wstąpić do zgromadzenia Sióstr Miłości, ale nie przyjęto jej z powodu fizycznej ułomności.
Opuściwszy mury sierocińca, rozpoczęła wspólne życie wraz z dwiema towarzyszkami. Na swoje utrzymanie zarabiały krawiectwem; dużo czasu poświęcały na modlitwę. Za radą przyjaciół zaczęła tworzyć wspólnotę religijną dla kobiet, dotkniętych chorobą lub ubóstwem. W ten sposób w Walencji powstała wspólnota Najświętszego Serca Jezusa i od Świętych Aniołów, zwana popularnie angelikami. Podstawą duchowości stała się częsta adoracja Najświętszego Sakramentu; stąd siostry czerpały siłę do służby potrzebującym, opuszczonym i chorym. W ciągu kilku lat kolejne domy powstały w całej Hiszpanii, a potem także poza jej granicami.
Genowefa zmarła 4 stycznia 1956 r. w Saragossie. 29 stycznia 1995 r. św. Jan Paweł II beatyfikował ją, a 4 maja 2003 r. kanonizował podczas swej wizyty w Madrycie.

 http://www.brewiarz.katolik.pl/czytelnia/swieci/01-04c.php3

Św. Genowefa Torres Morales patronką niepełnosprawnych

Madryt, 26.09.2003

Konferencja episkopatu Hiszpanii poprosi Stolicę Apostolską o ogłoszenie patronką osób niepełnosprawnych świętej Genowefy Torres Morales. Papież kanonizował ją przed czterema miesiącami w czasie wizyty w tym kraju. Hiszpańscy biskupi sformułują prośbę podczas swej sesji plenarnej w listopadzie. Poinformowano o tym na zakończonym w Madrycie posiedzeniu stałej rady episkopatu.

 

Święta Genowefa, zmarła przed prawie 50 laty, od 13 roku życia mogła się poruszać tylko o kulach. Amputowano jej wówczas zaatakowaną przez nowotwór nogę. Nie przyjęta z powodu kalectwa do klasztoru, założyła zgromadzenie Córek Najświętszego Serca Jezusowego i Świętych Aniołów. Prowadzi ono domy dla samotnych kobiet.

Stała rada hiszpańskiego episkopatu ogłosiła specjalną notę na 25-lecie pontyfikatu Jana Pawła II. Biskupi zachęcają w niej wiernych do dziękczynienia za obfite owoce posługi Ojca Świętego i do modlitwy w jego intencji. Proponują też organizowanie z tej okazji spotkań i konferencji pozwalających pogłębić znajomość jego nauczania.

(rv/ua, © Radio Vaticana 2003)

Copyright © by Fundacja Opoka

http://www.opoka.org.pl/aktualnosci/news.php?s=opoka&id=7399

***********************************************************************************************************************

 

LEKTURA NA NIEDZIELNE POPOŁUDNIE Z RODZINĄ

**********

Radość z innymi i dla innych

ks. Mirosław Tykfer

Choć recept na radość w życiu jest wiele, naprawdę ważna będzie dopiero ta, która nada trwały smak codzienności / fot. Fotolia

Choć recept na radość w życiu jest wiele, naprawdę ważna będzie dopiero ta, która nada trwały smak codzienności. Nazwałbym to poszukiwaniem egzystencjalnego przepisu na życie dobre jak chleb. Zanim zasmakujemy wszelkich ekscytujących dodatków, potrzebujemy najpierw tego, co da nam poczucie sensu istnienia.

Chciałbym opowiedzieć o radości rozumianej jako głębokie poczucie sensu, które może towarzyszyć nam każdego dnia. Jest to definicja radości, której formułowanie zaczynam od przyjrzenia się źródłom codziennych decyzji, jak choćby tej, dlaczego warto wstać z łóżka i żyć dalej.

Radość – głębokie poczucie sensu
Chodzi więc nie tyle o teorię, ile o zwykłe odczucie, kiedy pierwsza kawa jest zapowiedzią ciepła dobrych spotkań, a krótka modlitwa zaproszeniem, żeby żyć w towarzystwie Kogoś, kto naprawdę mnie kocha. Młodzi rodzice mieliby tutaj do dopisania wiele ekscytujących wrażeń z „walki” o rozpoczęcie nowego dnia całej grupki dzieci. A przecież przyznają, że to jest ich radość. Nie mimo to, ale również dlatego, że bywa trudno. Radość definiuję więc jako przejaw poczucia sensu, który pośród codziennego życia objawia się w postaci pragnienia, odczucia czy silnego przekonania. Właśnie w codzienności, którą charakteryzuje niekończąca się ilość mniejszych i większych decyzji, odkrywanie sensu staje się drogowskazem do pełni człowieczeństwa.
Papież Franciszek w adhortacji Evangelii gaudium od pierwszego zdania mówi o radości, która ma swoje źródło w odkryciu sensu życia. Pisze, że radość rodzi się ze spotkania z Chrystusem. Nie nawiązuje jednak do wyznania wiary w Jego istnienie ani też nie przypomina katechizmowych definicji. Wiedza o Bogu jest ważna, ale nie ona sama jest już powodem do radości. Radośni są dopiero „ci – pisze papież – którzy pozwalają, żeby Jezus ich zbawił, [ponieważ] zostają wyzwoleni od grzechu, od smutku, od wewnętrznej pustki, od izolacji”. Chodzi więc nie tylko o spekulatywne definiowanie nauki Chrystusa, ale o poznanie Go przez miłość. Dopiero ten rodzaj poznania pozwala odkryć, kim Jezus stał się dla mnie, dla nas, dla naszego zbawienia. Spotkanie z Jezusem Franciszek opisuje więc jako zbawienie, czyli
wyzwolenie od czterech najistotniejszych rzeczy, które odbierają radość: grzechu, smutku, wewnętrznej pustki i izolacji. Zwróćmy uwagę, że papieski tekst nie akcentuje słowa „zbawienie” jedynie w znaczeniu pozagrobowym, co jest naszym pierwszym skojarzeniem. Podkreśla natomiast zbawienie jako wyzwolenie, które rozpoczyna się już teraz. Jest to wyzwolenie
egzystencjalne, przeżywane osobiście i odkrywane stopniowo już tu na ziemi. To właśnie jest głębokie poczucie sensu, które następnie rodzi radość. Spotkanie z Chrystusem przynosi ten sens, który w swojej istocie jest doświadczeniem uwolnienia, nawet gdy jest ono dopiero początkiem pełnej wolności.

Radość jako uwolnienie od grzechu
Powróćmy do tego, co nas zniewala. Pierwszym zniewoleniem wskazanym przez papieża jest grzech. Zło tylko pozornie daje szczęście. Z powodu iluzji, którą rodzi pokusa grzechu, Szatan jest nazywany ojcem kłamstwa. Uwolnienie od grzechu dotyczyć więc będzie wyratowania z tego rozczarowania, które przynosi. Grzech z czasem pokazuje swoje prawdziwe oblicze, ujawnia wszystkie konsekwencje złych decyzji, przynoszące spustoszenie w relacji z Bogiem i innymi ludźmi. Będzie to także uwolnienie od przeszywającego poczucia winy i samooskarżenia, które czasem prowadzi nawet do śmierci. Tę wolność najpełniej przywraca spowiedź.

Radość jako uwolnienie od smutku
Drugim zniewoleniem jest smutek. Św. Paweł napisał: „Smutek, który jest z Boga, dokonuje nawrócenia ku zbawieniu, którego się potem nie żałuje, smutek zaś tego świata sprawia śmierć”
(2 Kor 7, 10). Nie chodzi więc o to, że ten, kto spotyka Chrystusa, nie płacze. Jest raczej tak, że płacz chrześcijanina nie musi być wyrazem złości, ale sposobem modlitwy: pomóż, przebacz, poprowadź. Wolność od smutku tego świata to nie bezpodstawny optymizm, ale wyraz wiary, że nie ma takiej sytuacji, w której człowiek byłby pozbawiony miłosiernego spojrzenia Chrystusa. Tomasz Merton słusznie uzupełnia: „Jedynie człowiek, który stanął oko w oko z rozpaczą, jest naprawdę przekonany, że potrzebuje
miłosierdzia. Ci, co nie odczuwają jego potrzeby, nigdy go też nie szukają. Lepiej jest
odnaleźć Boga na progu rozpaczy, niż pędzić życie w zadowoleniu z siebie, nieuznającym potrzeby przebaczenia. Życie bez problemów może być dosłownie bardziej beznadziejne niż takie, które pochyla się zawsze nad brzegiem rozpaczy”. Tę wolność najpełniej przywraca modlitwa.

Radość jako uwolnienie od pustki
Trzecim zniewoleniem jest pustka wewnętrzna, tzn. brak poczucia sensu. Viktor Frankl, austriacki psychiatra i filozof, doszedł do wniosku, że żadne tabletki nie są w stanie przywrócić człowiekowi psychicznej równowagi, jeśli ten nie odnajdzie sensu własnego życia. Tym samym podkreślał, że wcale nie chodzi o sens pojmowany ogólnie, czyli ten, który udaje się ubrać w gorset teorii. Sens własnej egzystencji polega na silnym, wewnętrznym przekonaniu, jak i dla kogo powinniśmy żyć. Odkrycie takiego sensu nie jest możliwe inaczej, podkreśla Frankl, jak tylko przez odpowiedź na głos sumienia, wewnętrzny głos, który najsilniej przemawia w konkretnej sytuacji. Nie odrzucając więc tego, co przynosi nam wiedza, a w przypadku chrześcijaństwa jest to przecież ogromna tradycja skrupulatnie wypracowanej nauki Kościoła, Frankl zachęca, aby wydobyć z wiary najpierw jej aspekt osobistego powołania do życia w przyjaźni z Bogiem. Bóg powołuje każdego z nas do pełni człowieczeństwa, ale jednocześnie jest to zawsze powołanie do takiego kształtu naszej egzystencji, jakiej nikt inny poza nami dać jej nie może. Papież Franciszek, podobnie jak Viktor Frankl, zaprasza nas do dialogu sumienia, w którym odnajdujemy siebie na osobistej drodze powołania chrześcijańskiego. Tę wolność najpełniej przywraca rozważanie słowa Bożego i rachunek sumienia.

Radość jako wyzwolenie z izolacji
Ostatnim zniewoleniem jest izolacja. Zniewolenie wyizolowania jest związane z grzechem egoizmu. Papież Franciszek pisze: „Wielkim niebezpieczeństwem współczesnego świata, z jego wieloraką i przygniatającą ofertą konsumpcji, jest smutek rodzący się w przyzwyczajonym do wygody i chciwym sercu (…). Kiedy życie wewnętrzne zamyka się we własnych interesach, nie ma już miejsca dla innych, nie liczą się ubodzy, nie słucha się już więcej głosu Bożego, nie doświadcza się słodkiej radości z Jego miłości, zanika entuzjazm czynienia dobra”. Izolacja to odgrodzenie od innych, których traktujemy jak konkurentów naszego szczęścia i dobrobytu. Wyzwolenie z niej dokonuje się przez powrót do życia w Duchu Świętym – dodaje papież – tzn. przez powrót do dobrych pragnień, które w nas rozbudza, a które zostały zagłuszone przez egoistyczną pożądliwość zdobycia wszystkiego dla siebie i dla swoich. Św. Ignacy Loyola często powtarzał swoim braciom: módlcie się o dobre pragnienia. Tę wolność najpełniej przywraca miłość odkrywana w rodzinie, we wspólnocie i w Eucharystii.

Radość ze spotkania z Chrystusem
Papież Franciszek daje nam receptę na powszedni chleb radości. Napisał do nas w Evangelii gadium: „Zachęcam wszystkich chrześcijan, (…) by odnowili już dzisiaj swoje osobiste spotkanie z Jezusem Chrystusem, albo chociaż podjęli decyzję, by być gotowymi na spotkanie z Nim, na szukanie Go nieustannie każdego dnia. Nie ma powodów, dla których ktoś mógłby uważać, że to zaproszenie nie jest skierowane do niego, ponieważ «nikt nie jest wyłączony z radości, jaką nam przynosi Pan»”. Radość według Franciszka nie jest więc czymś, co mogę sam sobie dać, wypracować. Jest owocem zbawienia, które przynosi Chrystus.
Właśnie dlatego tematyka radości pojawia się w centrum Adwentu i świąt Bożego Narodzenia. Przyjście Chrystusa jest przede wszystkim zapowiedzią zbawienia,
a jego odkrycie rodzi radość. Przypomnę, że nie chodzi tylko o to, co będzie z nami po śmierci, ale najpierw o zbawienie, które już teraz objawia swoją moc. To rodzaj wyzwolenia, którego doświadcza człowiek wierzący, który spotkał Chrystusa. Mowa jest więc o radości, która wypływa z wybawienia od grzechu, smutku, wewnętrznej pustki i egoistycznej izolacji. Radość jest owocem, a nie przyczyną poczucia sensu życia. Kto szuka szczęścia, ten odnajdzie rozczarowanie – pisał Viktor Frankl. Ten natomiast kto, odnalazł sens, który ostatecznie ma źródło w Chrystusie, w efekcie odnajdzie trwały powód do radości.

https://www.przewodnik-katolicki.pl/Archiwum/2014/Przewodnik-Katolicki-52-2014/Wiara-i-Kosciol/Radosc-z-innymi-i-dla-innych.aspx

 

 

Odsłony: 97

O autorze: Judyta