Dlaczego SOW na Ukrainie

Czy obwinianie  Rosji za atak na Ukrainę jako działania nakręcającego spiralę  kryzysu grożącego przerodzeniem się w III wojnę światową jest zasadne. Wypada zatem poszukać odpowiedzi na kwestię dlaczego polityczne przywództwo Federacji Rosyjskiej zdecydowało  się na podjęcie akcji militarnej w dacie 24 lutego 2022 r. Jakie znalazło uzasadnienie dla angażowania się w ryzykowaną akcję o nieznanym z góry wyniku? Jakie więc czynniki zdecydowały o skierowaniu czołgów akurat na Kijów, a nie na Tallinn czy Warszawę, które to stolice były w krajach  NATO? Czy powodem była obawa przed reakcją tego wojskowego bloku? Przecież w efekcie walka toczy się z blokiem NATO.
Czy z punktu widzenia Kremla zaistniały ważne powody, aby wybrać jako kierunek Ukrainę?

Na początek należy postawić kwestię, komuż to realnie mogła zagrozić Rosja przed dniem 24 lutego 2022 r.? Kraj ten, wg danych SIPRI za 2021 r., wytwarzał 3,1% światowego PKB oraz dysponował budżetem obronnym w wysokości 66 mld USD (SIPRI – Stockholm International Peace Research Institute –  Sztokholmski Instytut Badań nad Pokojem). Wszak  przecież to inny kraj otoczył cały świat tysiącem baz wojskowych (z których ponad 800 wykazywało miesięczny koszt utrzymania powyżej 10 mln USD,, co w zaokrągleniu oznacza wydatki w wysokości biliona USD rocznie. A  w tym nie jest wliczony koszt utrzymania jedenastu  lotniskowych grup uderzeniowych, przemierzających wody oceaniczne od Arktyki po Antarktykę. Niemal wszyscy domyślają się jaki to kraj.  Niemniej, istnieje nierozwiązany i niebanalny, a zarazem kluczowy, problem. Otóż współczesna Rosja to kraj zajmujący  niemal 1/6 powierzchni lądowej oraz gromadzący 63% wszystkich rozpoznanych światowych zasobów minerałów i węglowodorów naturalnych, po cóż więc miałaby jeszcze wyciągać rękę po czyjeś terytoria, skoro swoich nie jest w stanie w pełni eksploatować? Ale z punktu widzenia mocarstw kolonialnych niewybaczalnym grzechem jest to, że Rosja chce chronić posiadane bogactwa przed ich zachciankami, toteż otwarcie głoszą, iż jest niesprawiedliwością zgrozę wywołującą,  że tak znaczne bogactwa przypadają tylko jednemu państwu. I ten „inny kraj”, z tego zapewne powodu od 12 marca 1999 r., kierując się, jak oświadczali jego przywódcy, wyłącznie dobrymi intencjami, zaczął przybliżać swoją infrastrukturę militarną do granic Federacji Rosyjskiej, otaczając ją łańcuchem baz wojskowych wzdłuż jej zachodnich i południowych granic. Nasuwa się przysłowie mówiące o tym, co takiego  jest wybrukowane dobrymi chęciami.
Cóż więc ważnego  wydarzyło się akurat 12 marca 1999 r., że należy wskazać na tę konkretną datę? Otóż tego dnia miała miejsce czwarta faza rozszerzenia bloku  NATO, bo wówczas przyjęto do niego Polskę, Węgry i Czechy. A niebawem po czwartej nastąpiła piąta, bo w 2004 r. przyjęto do niego kolejne siedem krajów Europy Wschodniej, tj. Bułgarię, Rumunię, Słowację, Słowenię i trzy państwa bałtyckie. Do chwili obecnej było w sumie  bodaj osiem tych „przyjaznych” rozszerzeń. Czyli musi istnieć jakiś wyjątkowo ważny powód, dla którego blok północnoatlantycki postanowił przybliżyć się jak najbliżej do granic Federacji Rosyjskiej.  Dlaczego  więc, kiedy na liście kolejnych kandydatów  pojawiły się Ukraina i Gruzja, prezydent W. Putin powiedział – „dosyć tego” – i postawił swoje ultimatum z grudnia 2021 r., czyli żądanie wycofania baz NATO na pozycje status quo  z 1997 r.? Waszyngton i Bruksela nawet nie zechciały na ten temat rozmawiać, odpowiadając że to nie ich problem, ale dążenie chętnych i suwerennych kandydatów. Wówczas zaczęło się odliczanie, a do 24 lutego 2022 r. zostało wtedy  tylko półtora miesiąca, gdyż  na prośbę chińskiego prezydenta Xi Jinpinga prezydent W. Putin wstrzymał  rozpoczęcie operacji zbrojnej do zakończenia zimowych igrzysk olimpijskich w Pekinie.
Amerykański analityk i publicysta Doug Bandow na łamach „The American Conservative” wyraził opinię, iż do chwili rozpoczęcia specjalnej operacji wojskowej na Ukrainie Moskwa miała jeszcze kilka strategicznych możliwości uniknięcia rozpoczęcia działań wojennych. I choć spróbowała tak zrobić (ultimatum Putina jak powyżej), jednak Zachód zignorował te próby, realizując swój  plan wymuszenia działań militarnych. Wg oceny tego publicysty, butni, aroganccy i pełni hipokryzji politycy zachodni z premedytacją prezentują kłamliwe oceny zdarzeń (np. Bucza), jak też demonizują propagandowo znaczenie konfliktu, mając zamiar przekształcenia ograniczonej, regionalnej interwencji w globalny pożar. Głosi on tezę, że operacja wojskowa została celowo sprowokowana przez Zachód. Przypomina także, iż wcześniej przedstawiciele NATO kłamali ostentacyjnie w kwestii braku planów rozszerzenia NATO na wschód, łamiąc obietnice złożone Moskwie w 1991 r. oraz zignorowali obawy tej ostatniej dotyczące jej sfery bezpieczeństwa,
co poskutkowało wystosowaniem  lojalnych ostrzeżeń przez W. Putina. Inne od deklarowanych zamiary polityków Zachodu potwierdzili we własnych  wypowiedziach  b. kanclerz Niemiec A. Merkel, b. prezydent Francji F. Hollande jak też b. prezydent Ukrainy P. Poroszenko. Ww. pochwalili się, że składając podpisy pod porozumieniami mińskimi w 2015 r., nie zamierzali ich dotrzymać, pragnąc natomiast  zapewnić Ukrainie czas na lepsze przygotowanie się do wojny. A przecież nikt na nich nie wymusił siłą tego rodzaju wyznań.

Ich ostentacyjna dwulicowość w sposób zasadniczy wpłynęła na zmianę podejścia Moskwy do  porozumień zawieranych z przedstawicielami krajów NATO. D. Bandow wrócił także uwagę na fałszywość ściśle propagandowej tezy Białego Domu, iż oto na Ukrainie toczy się walka między autokracją a demokracją.  Fałszywą, choćby z uwagi na fakt, że klasyczne liberalne demokracje występują we współczesnym świecie rzadko, choć dość licznie spotykane są tylko nominalne. Między innymi z tego  powodu globalne Południe nie podziela w tej sprawie optyki Białego Domu. Waszyngton nie powiedział złego słowa na temat skrajnie fundamentalistycznej  despotii, jaką jest Królestwo Arabii Saudyjskiej. Również Europejczycy nie mają zamiaru pozostawać w tyle za zaoceanicznymi „demokratycznymi kuzynami” i ochoczo  podejmują dla korzyści współpracę z najbardziej odrażającymi  reżimami, przechodząc do porządku nad brakiem bodaj cienia demokracji w takich państwach. W swoim podsumowaniu ww. analityk napisał, że W. Putin traktował dotychczas USA w kategoriach pragmatyzmu, a nie ideologii. Jednak, z powodu zachowania się administracji Białego Domu oraz polityków i urzędników w Waszyngtonie, zmuszony został do zmiany nastawienia.
(linki/adresy do kilku publikacji Douga Bandowa umieściłem na końcu notki).

Opinię D. Bandowa podzielił rosyjski dziennikarz i prezenter telewizyjny Władimir Pozner, który uciekł na Zachód po rozpoczęciu operacji wojskowej na Ukrainie i którego nie można posądzać o sympatię do jego imiennika W. Putina. Stwierdził on, między innymi, że „Stany Zjednoczone zdawały sobie świetnie sprawę z oczekiwań i celów Rosji, ale szukały pretekstu do konfliktu, oraz że długo i wytrwale  drażniły niedźwiedzia w nadziei, że podrażniony niedźwiedź zareaguje i wpadnie w pułapkę. A w charakterze takiej pułapki przygotowano dlań Ukrainę”. Zdaniem ww. dziennikarza trwanie tego konfliktu zależy wyłącznie od USA, gdyż to Waszyngton zaaranżował, zainicjował  i podtrzymuje, tzn. finansuje jego kontynuowanie. Czyli, że gdyby Biały Dom tak zadecydował, wówczas reżim Zełenskiego zostałby zmuszony do zawarcia porozumienia z Moskwą,

Pora na  rozwiązanie zagadki, dlaczego w ciemną lutową noc 2022 r. „złowrogi Putin” rozpoczął specjalną operację wojskową (SOW) na Ukrainie.

Jako rodzaj alibi podane zostało  „racjonalizujące” uzasadnienie głoszące, że był to atak prewencyjny, który miał za zadanie  uprzedzenie najazdu na krwawiący od ośmiu lat Donbas zaplanowanego przez stronę ukraińską na dzień  1 marca 2022 r.  Tego rodzaju fabuły utworzone pod presją wydarzeń rzadko kiedy wykazują się wiarogodnością czy logiczną spójnością, zatem także i przytoczona wyżej obarczona jest istotnymi wadami. Przecież aby zapobiec hipotetycznej inwazji ze strony Ukrainy, wystarczyłoby wprowadzenie rosyjskich formacji wojskowych na obszar Ługańskiej oraz Donieckiej Narodowej Republiki, których akcesję w skład Federacji Rosyjskiej Kreml zatwierdził z datą 21 lutego 2022.

„Oficjalnie” podane jako cele SOW, czyli demilitaryzacja i denazyfikacja Ukrainy oraz uwolnienie mieszkańców Donbasu od permanentnego ostrzału cywilnych obiektów, którym od dawna karano „separatystów, zatem niby dlaczego czekano z tym długie osiem lat.  To oznacza, że oficjalnie ogłoszone zadania dla SOW nie stanowiły jej pierwszoplano- wych celów. A zatem głównym celem było coś innego, a mianowicie niedopuszczenie do zainstalowania baz NATO
na Ukrainie, które miały za zadanie stworzyć system obrony przeciwrakietowej. Nawet w Rosji wielu ludzi, a co dopiero poza nią, nie rozumie dlaczego Moskwa z taką determinacją sprzeciwia się utworzeniu tego rodzaju baz na Ukrainie, skoro nie obawia się istniejących już takich baz w krajach bałtyckich, Polsce, Rumunii, Bułgarii, Grecji, Turcji, a także nie wykazuje oznak paniki w związku z pojawieniem się ich ewentualnie w Szwecji i Finlandii.

Pora, aby wyjaśnić tę kwestię. Oto, przykładowo, odległość do Moskwy od ukraińskiej mieściny Russka Łozowa, położonej niedaleko na północ od Charkowa i ok. 20 km od granicy z Rosją (i gdzie w dużym kompleksie leśnym skrywa się baza wojskowa), jest mniej więcej taka sama, jak z Tallina w Estonii. Czyli czas dolotu dla rakiet uderzeniowych bloku NATO jest ze wskazanych przykładowo  lokalizacji zbliżony (oczywiście pomijamy przypadek Sankt Petersburga, do którego rzut kamieniem z Talinna). Wychodzi na to, że obawa przed amerykańskimi rakietami  uderzeniowymi nie była tą okolicznością, która zadecydowała o rozpoczęciu SOW. Czyli, że musiał zaistnieć inny powód. I tym właściwym był strach przed rozmieszczeniem amerykańskich systemów przeciwrakietowych oraz radarowych stacji naprowadza-jących, które miały zostać zainstalowane na wschodzie oraz północnym i południowym wschodzie Ukrainy.

Tego rodzaju infrastruktura militarna całkowicie zburzyłaby równowagę sił w segmencie broni jądrowej. Taka równowaga została uzgodniona na mocy traktatu START-3, a mianowicie USA zachowały przewagę w komponentach powietrznym i morskim, podczas gdy Rosja kompensowała to przewagą w lądowych systemach rakietowych. Dążenie do tego, aby rozmieścić własne systemy obrony przeciwrakietowej jak najbliżej rosyjskich granic, a co za tym idzie, jak najbliżej lądowych silosów kryjących wyrzutnie międzykontynentalnych pocisków balistycznych, okazało się priorytetowym celem dla USA.
Jaką zatem rolę pełnią planowane  systemy, że ich rozmieszczenie na Ukrainie wzbudziło na Kremlu tak duży niepokój? Wydawać by się mogło, że niepokój jest przesadny, skoro to nie są rakiety uderzeniowe, więc nie stanowią zbytniego zagrożenia. Przecież USA rozmieściły już podobne w Polsce i Rumunii, oficjalnie nie z obawy przed rakietami z Rosji, ale z Iranu (kto chce niech w to wierzy). Otóż takie przeciwrakiety rozmieszczone w zaplanowanych ukraińskich lokalizacjach  naruszałyby w sposób zasadniczy istniejącą równowagę sił. Wybieg polega na tym, że zneutralizowałyby wówczas rosyjskie balistyczne międzykontynentalne rakiety lądowego bazowania, umieszczone w europejskiej (przeduralskiej) części Rosji, uzyskując możliwość zestrzelenia ich na trajektoriach rozbiegowych niebawem po momencie startu.
A to za tym idzie w najbardziej wrażliwej fazie lotu, kiedy rakieta dopiero zaczyna nabierać prędkości i wysokości, zanim osiągnie  maksymalną prędkość lotu oraz właściwą trajektorię w stratosferze lub w egzosferze. Jeśli w tej wstępnej fazie rakieta nie zostanie zneutralizowana, później  przeciwrakiety nie zdołają jej już dogonić. Wówczas jedyną szansa na przechwycenie pozostaje faza lotu na etapie zbliżania się do celu. Z tego względu USA rozmieściły na Alasce kilka eskadr GBMD (Ground-Based Midcourse Defense), gdzie ukryte w podziemnych bazach pełnią służbę w gotowości bojowej pociski przechwytujące, przeznaczone do taranowania międzykontynentalnych pocisków balistycznych poprzez wprowadzanie przeciwrakiet na kurs kolizyjny.

Z tego względu Federacja Rosyjska zaczęła przezbrajać swój arsenał strategiczny, dotychczas  oparty na sowieckich rakietach R-36M2 „Wojewoda” (wg klasyfikacji NATO SS-18 „Satan”), na nowy kompleks rakietowy piątej generacji oparty na silnikach na paliwo ciekłe, czyli w ciężkie wielostopniowe, międzykontynentalne rakiety balistyczne RS-28 „Sarmat” (wg klasyfikacji NATO SS-X-30 „Satan-2”). Dzięki zmniejszeniu masy głowicy rakiety zwiększona została szybkość jej wylotu z podziemnego silosu, co uczyniło ją w fazie startowej znacznie bardziej odporną na przeciw- działanie systemu obrony przeciwrakietowej. A dzięki podwyższeniu trajektorii lotu na suborbitalną jak też równo-czesnemu zwiększenia zasięgu, głowice MBR mogą być przenoszone za pomocą tej rakiety trasą nie tylko przez biegun północny, ale również przez południowy, co pozwala ominąć systemy przeciwrakietowe rozmieszczone na Alasce i w Kanadzie. Nazwa „Szatan” wydaje się być adekwatna dla oręża o takich parametrach. Jednak należy wziąć pod uwagę okoliczność, iż całkowita  modernizacja Rakietowych Sił Strategicznych (czyli wymiana wszystkich starych rakiet)  nie jest sprawą szybką, zaś USA zainstalowały już na stałe systemy obrony przeciwrakietowej w pobliżu granic Rosji. I w tym właśnie celu,  już w 2001 r., jednostronnie wycofali się z Traktatu o OPR i rozpoczęli  przyjmować do NATO coraz to nowe kraje, szczelnie  otorbiając w ten sposób Federację Rosyjską kordonem swoich baz. Rosja nie obawiała się tego zbytnio, gdyż jej silosy dla lądowych międzykontynentalnych pocisków balistycznych (ICBM) były zlokalizowane względnie daleko na wschodzie i północy. I tak np.:
– 62. Dywizja Rakietowa stacjonowała w  osadzie Sołnecznyj (Użur-4) w Kraju Krasnojarskim;
–  13. Dywizja Rakietowa w miasteczku Jasnyj w obwodzie orenburskim.
Najbliższy ocean lub kraj NATO jest odległy od tych baz o minimum 6 tys. km. To spory kawał drogi.
Także inne rosyjskie dywizje rakietowe znajdują się w głębi rosyjskiego interioru.
Dla  przykładu:
– 14. Dywizja Rakietowa Kijowsko-Żytomierska stacjonuje w republice autonomicznej Mari El (niedaleko miasta Joszkar-Oła), za środkową Wołgą na granicy z Tatarstanem i Czuwasją;
– 8. Dywizja Rakietowa Melitopolsko-Czerwono-Sztandarowa – w obwodzie kirowskim (miejscowość Pierwomajskij mająca status miejscowości zamkniętej – znajdują się tu również zakłady produkcji broni masowego rażenia). Obwód kirowski graniczy od północy z republiką Mari El. Obydwie wyżej wymienione lokalizacje to region  Przeduralja.
– 42. Dywizja Rakietowa Tagilska – w obwodzie swierdłowskim (miejscowość Swobodnyj), region południowo-wschodniego Zauralja;
– 29. Gwardyjska Dywizja Rakietowa Witebska Czerwonego Sztandaru – w  okolicy  Irkucka nad Bajkałem;
– 35. Dywizja Rakietowa Czerwono-Sztandarowa – miejscowość Sybirskij w Kraju Ałtajskim, niedaleko Barnaułu (m. Sybirskij to tzw. strefa zamknięta – „wojskowe miasto”);
– 39. Gwardyjska Głuchowska Dywizja Rakietowa  – przedmieście Nowosybirska (osiedle Gwardyjskie), Zachodnia Syberia;
– 60. rakietowa dywizja Tamańska – w obwodzie saratowskim (miejscowość Swietłyj), rejon dolnego Zawołża.
Jeśli zaś chodzi o pozostałe trzy rakietowe dywizje gwardyjskie, czyli:
–  27. Gwardyjską Witebską, stacjonującą w miejscowości Ozernjy w obwodzie twerskim;
28. Gwardyjską(miasto Kozielsk w obwodzie kałuskim) oraz 54. Gwardyjską (miejsc. Tiukowo
w obwodzie iwanowskim) to ich bazy znajdują się  w zasięgu systemu obrony przeciwrakietowej z krajów bałtyckich (w szczególności z Łotwy). Jeśli takie systemy zostałyby zainstalowane przez NATO w Przybałtyce, wówczas te trzy dywizje musiano by przebazować dalej  na wschód.
Ale w przypadku pojawienia  się na Ukrainie baz systemu obrony przeciwrakietowej nie ma dokąd uciec z rosyjskimi dywizjami rakietowymi., gdyż nie ma dla nich wybudowanych rezerwowych baz. Pozostało jedyne możliwe przeciwdziałanie dla takiej opcji, które prezydent Federacji Rosyjskiej wdrożył 24 lutego 2022 r.

Może teraz stało się bardziej jasne, dlaczego wszyscy  prezydenci USA począwszy od Busha juniora i Obamy, a skończywszy na Trumpie i Bidenie, konsekwentnie przesuwali bazy NATO na wschód. Im bliżej systemów obrony przeciwrakietowej znajdują się szyby, w których stacjonują rosyjskie międzykontynentalne pociski balistyczne, tym krótszy jest czas dolotu przeciwrakiet, czyli  tym większe są szanse na zestrzelenie tych rakiet znajdujących się na trajektorii rozbiegowej, krótko po opuszczeniu podziemnego szybu. Liczy się tam każda sekunda, a spóźnienie o bodaj minutę, nie wspominając że o  dwie, skutkuje brakiem możliwości dopadnięcia takiej rakiety. Wtedy wypada poczekać na nią aż pojawi się nad Alaską, i liczyć na to, że się poszczęści operatorom tamtejszych baterii antyrakiet . Lecz gdy atakująca strona  przeciąży amerykański system obrony powietrznej i przeciwrakietowej rakietami-wabikami, to  któraś z międzykontynentalnych rakiet balistycznych przedrze się przez istniejące zapory. A taka rakieta zazwyczaj przenosi kilkanaście oddzielnie naprowadzanych głowic (np. pól megatonowych). Po to właśnie takie rakiety są duże, ciężkie, ale także  szybkie i o dużym zasięgu.

Czyli uzasadnienie dla SWO nie należy do kategorii subiektywnych, skoro stawka dla Rosji została podniesiona na poziom bezpieczeństwa strategicznego. A pilnowanie bezpieczeństwa własnego kraju zajmuje  pierwsze miejsce na liście  priorytetów  dla każdego prezydenta.

Pozostaje do rozstrzygnięcia kwestia, czy bezpieczeństwo USA powinno być budowane kosztem naruszania bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej lub innych krajów.  Okazało się, że może być ono budowane kosztem np. Ukrainy.

Stało się bardziej jasne, dlaczego Putin nie obawiał się baz NATO w krajach bałtyckich, w Polsce czy w  Rumunii, ale starał się nie dopuścić do ich utworzenia na Ukrainie. Zadecydował o tym czas dolotu dla amerykańskich przeciwrakiet, który  im będzie krótszy, tym większe będą szanse na unieszkodliwienie rosyjskich międzykontynentalnych pocisków balistycznych tuż po ich starcie, co oznacza zniwelowanie do zera istniejącej równowagi sił.  A po realizacji takiego planu można zacząć rozmawiać z Federacją Rosyjską z pozycji siły.
Ale czy jest  sens demonizować intencje  Amerykanów, skoro ich systemy obrony przeciwrakietowej nie są bronią ofensywną. Czyli są to  jedynie łowcy międzykontynentalnych pocisków balistycznych.

Jeśli więc zainstalowane zostaną gdzieś na północnym wschodzie obwodu charkowskiego Ukrainy, wszystko pozostaje w porządku, bo wszak jest to działanie prewencyjne w intencji zabezpieczenia pokoju na całym świecie. A że skutkiem tego Rosjanie utracą równowagę sił, to już nie jest  problemem USA. Dlatego, kiedy w 2001 r. prezydent Bush junior wycofał się z traktatu o obronie przeciwrakietowej, uznano, iż to było wyłącznie podejście biznesowe. Obecnie, gdy prezydent W. Putin, wycofał się z traktatu START-3, to również nic osobistego, a jedynie zwyczajny biznes.

Zatem które z państw będzie kolejnym po Ukrainie, gdzie USA zechcą zainstalować swoje bazy pod szyldem wciągnięcia tego kraju do NATO?  Najbardziej obiecującym kandydatem jawi się Kazachstan, którego długość granicy z Federacją Rosyjską mierzy 7600 km (najdłuższa w świecie nieprzerwana granica lądowa) i z którym sąsiaduje rosyjski obwód orenburski (a stamtąd do syberyjskich Irkucka i Krasnojarska tylko rzut beretem). W zasięgu instalacji militarnych  zlokalizowanych na północy Kazachstanu terytorium Rosji znalazłoby się prawie w całości.

Jeśli po przeczytaniu dotychczasowego tekstu ktoś nadal nie rozumie, dlaczego prezydent Putin rozpoczął operację wojskową, niech spróbuje odpowiedzieć na pytanie o to,  co zrobiłyby USA, gdyby przy ich granicach pojawiły się rosyjskie bazy przeciwrakietowe? Np. w Meksyku, żeby nie wskazywać na Kanadę (to wersja s-f). Warto również  przypomnieć, co wydarzyło się w Wenezueli, niedługo po tym, gdy w jej stolicy wylądowały, w ramach przyjacielskiej wizyty, dwa rosyjskie bombowce strategiczne Tu-160. Miało to miejsce za czasów pierwszej  kadencji Donalda Trumpa, w grudniu 2018 r. I choć bombowce nie przenosiły pod kadłubem pocisków manewrujących  z głowicami jądrowymi, wywołało to w USA potężny szok, a prezydent Trump jeszcze dotychczas nie pozbył się doznanej wówczas traumy. Wizyta rosyjskich bombowców w eskorcie ciężkiego transportowca wojskowego An-124 i dalekodystansowego Il-62  w stolicy Wenezueli skończyła się wówczas dla prezydenta Nicolása Maduro zaaranżowanym przez USA kryzysem rządowym. Polityczny najemnik i awanturnik Juan Guaidó, który 5 stycznia 2019 r. stanął na czele Zgromadzenia Narodowego (tamtejszy parlament), już 11 stycznia oświadczył, że konstytucja kraju pozwala mu pełnić obowiązki głowy państwa, a kolejne 12 dni później, 23 stycznia, podczas wiecu ogłosił się pełniącym obowiązki prezydenta kraju, składając stosowną przysięgę. Nie minęło kilka godzin, a samozwańca uznał prezydent Trump, a w ślad za suwerenem kolejne 50  krajów  o statusie wasalnym wobec USA.

Przywódcy ukraińscy powinni jednak pamiętać, jak  postępowały USA ze wszystkimi swoimi wasalami, począwszy od Wietnamu Południowego i ewakuacji amerykańskiej ambasady w Sajgonie, poprzez prezydenta Egiptu Hosni Mubaraka, który przez 30 lat wiernie służył Waszyngtonowi i zmarł na pryczy więziennego szpitala, a kończąc na Afganistanie i lokalnych kolaborantach, czepiających się podwozia transportowych „Herkulesów” amerykańskich sił powietrznych, startujących z lotniska w Kabulu. Zatem nie można wykluczyć kolejnych zaskakujących zwrotów akcji, gdyż tak zwykle bywa wówczas, gdy sponsorzy podliczą straty i zakończą finansowanie projektu, .

Linki:

Ukrainian Disinformation

Base American Policy in Ukraine on American Interests 

The Credibility Mirage

America’s Ukraine Problem

Containing America’s Proxy War

Russia’s Crawling Neighbor


https://archive.is/39a8w

 

O autorze: stan orda

lecturi te salutamus