„Poruszyć znieczulone sumienia”

Stanisław Michalkiewicz http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=2837

Michalkiewicz

Felieton  •  tygodnik „Najwyższy Czas!”  •  31 maja 2013

21 maja po południu do paryskiej katedry Notre Dame wszedł 78-letni Dominik Venner, wyjął pistolet i na oczach licznych jak zwykle turystów – zastrzelił się. Dominik Venner był pisarzem, historykiem, laureatem prestiżowych nagród, a w przeszłości – również członkiem OAS (Organisation de l’Armee Secrete) utworzonej w 1961 roku przez generała Raula Salana, nazywanego „le plus decore de tous les generaux”, po stłumieniu powstania algierskich Francuzów, wspomaganych przez Arabów tzw.”Harkis”. OAS sprzeciwiała się niepodległości Algierii i uważała generała de Gaulle’a za zdrajcę.

Motywem samobójstwa Dominika Vennera był sprzeciw wobec instytucjonalizowania we Francji par sodomitów, a zwłaszcza – umożliwienia im adoptowania cudzych dzieci. „Z pewnością dziś potrzeba nowych, spektakularnych i symbolicznych gestów, żeby poruszyć znieczulone sumienia i pobudzić pamięć o naszych korzeniach” – napisał w pożegnalnym liście.

Dominik Venner dołączył w ten sposób do grona ideowych samobójców, w osobach Szmula Zygelbojma, Jana Palacha, czy Ryszarda Siwca. Być może, że zwłaszcza dzisiaj potrzeba takich gestów, niewątpliwie „spektakularnych i symbolicznych”. Czy jednak będą one w stanie „poruszyć znieczulone sumienia”? To już nie jest takie pewne , bo po pierwsze – ludzie, a nawet całe środowiska pragnące raz na zawsze zatrzeć pamięć europejskich narodów o własnych korzeniach – nie czynią tego przez roztargnienie, czy mimowolnie. Przeciwnie – zacieranie narodowej pamięci, czy zasypywanie źródeł narodowej tożsamości jest ich przemyślanym celem, bo liczą, że w ten sposób doprowadzą te narody do stanu duchowej, a w perspektywie – również fizycznej bezbronności i w ten sposób przerobią na „ludzi sowieckich”, czyli „nawóz historii”.

Oni nie mają sumień „znieczulonych”, tylko zdeprawowane albo przez szowinizm nakazujący im uważać się za prawdziwy „Herrenvolk” w skali wszechświatowej, albo przez socjalistyczne doktrynerstwo, nakazujące przerabianie normalnych ludzi na „ludzi sowieckich”, którzy od normalnych różnią się tym, że wyrzekli się wolnej woli. Jednym ze sposobów realizacji tego strategicznego celu jest destrukcja cywilizacyjnego porządku spontanicznego w postaci rodziny, religii, własności, rynku, różnorodności i wolności – i zastąpienie go porządkiem zadekretowanym, w którym króluje urawniłowka, ale niektóre zwierzęta są jednak równiejsze od innych. Jest bardzo mało prawdopodobne, by samobójstwo popełnione przez Dominika Vennera właśnie te sumienia poruszyło. Bardziej prawdopodobne jest to, że posiadacze tych sumień zareagują na ten rozpaczliwy gest pogardą i radością na widok skuteczności obranej strategii.

Cóż zatem mogłoby poruszyć ich sumienia? Najlepiej objaśnić to na konkretnym przykładzie. Oto wśród Umiłowanych Przywódców jest pan poseł Roman Kotliński z dziwnie osobliwej trzódki posła Palikota. Pan poseł Kotliński bardzo się angażuje w modernizację naszego mniej wartościowego narodu tubylczego, z niepojętych powodów uważając się za przedstawiciela jakiejś awangardy. Ani kwalifikacje moralne, ani żadne szczególne umiejętności, ani nawet „zalety fizjologiczne”, które tak wychwalał Lech Wałęsa u pana dra Andrzeja Olechowskiego, tego przekonania w jego przypadku nie uzasadniają, więc musimy uznać je za aroganckie uroszczenie. Patrząc na pana posła Romana Kotlińskiego nie podobna nie docenić trafności spostrzeżenia Roberta Penn Warrena, który w powieści „Gubernator” zauważa, że jeśli człowiek politykuje, to jego sumienie także. Czy zatem samobójcza śmierć Dominika Vennera byłaby w stanie poruszyć sumienie pana posła Romana Kotlińskiego?

Żeby cokolwiek się poruszyło, musi najpierw istnieć. Zatem – czy pan poseł Roman Kotliński ma sumienie? Posiadanie sumienia musi się jakoś manifestować zewnętrznie, a w przypadku pana posła Romana Kotlińskiego takiej zewnętrznej manifestacji sumienia sobie nie przypominam. Nie jest zatem pewne, czy w ogóle ma on sumienie, a w tej sytuacji pytanie, co byłoby w stanie jego sumienie poruszyć może być bezprzedmiotowe. Utrzymuje on, że nie wierzy on nawet w to, że ma duszę, a któż w końcu może takie rzeczy wiedzieć lepiej od niego?

Wobec tego spróbujmy z innej beczki: co mogłoby zrobić na nim wrażenie? Myślę, że na pośle Romanie Kotlińskim wrażenie mogłaby zrobić śmierć, to znaczy – jego własna śmierć. Oczywiście oczekiwanie, że pan poseł Roman Kotliński popełni samobójstwo z pobudek ideowych wydaje się absolutnym niepodobieństwem i to nawet nie tyle z powodu utraty zdolności do ich odczuwania, co zwyczajnie – ze strachu. Wprawdzie pan poseł Roman Kotliński twierdzi, iż utracił wiarę w życie pozagrobowe, ale czego to dzisiaj ludzie nie mówią dla miłego grosza, a już specjalnie – Umiłowani Przywódcy?

Ja w każdym razie w te deklaracje nie wierzę i w tym właśnie upatruję główną przyczynę niechęci pana posła Kotlińskiego do samobójstwa, wszystko jedno z jakich pobudek. Pomyślmy tylko; perspektywa spędzenia wieczności wśród szatanów, nie tylko znacznie inteligentniejszych od pana posła, ale również – stokroć bardziej wyrafinowanych w czynieniu zła również jemu, nie może nie wzbudzać w nim przerażenia. A jeśli dodamy do tego towarzystwo posła Biedronia, który wespół z panem Jackiem Poniedziałkiem będą panu posłowi Kotlińskiemu kilka razy dziennie robili lewatywę ze smoły zmieszanej z dymiącym kwasem azotowym, to nic dziwnego, że podobnie jak wielu innych zwolenników nieubłaganego postępu, również on chciałby żyć przynajmniej długo. Ale co się odwlecze, to przecież nie uciecze – zatem nie ulega wątpliwości, że na panu pośle Romanie Kotlińskim wrażenie mogłaby zrobić perspektywa rychłej śmierci.

Jaka szkoda, że człowiek tak wartościowy, człowiek tak ideowy, jak Dominik Venner nie pomyślał w ten sposób, zanim zastrzelił się w katedrze Notre Dame. Nie umniejszając w niczym wymowy jego gestu, wydaje się oczywiste, że zagrożonej cywilizacji łacińskiej nie uratują przed wrogami samobójstwa jej zwolenników i obrońców. Wrogowie mogą się tylko cieszyć z tego ułatwienia. A przecież zwolennikom i obrońcom łacińskiej cywilizacji chyba nie chodzi o to, by jak najlepiej udelektować jej wrogów. Obrona cywilizacji wymaga skonfrontowania się z jej wrogami, a logika podpowiada, że im mniej tych wrogów będzie, tym mniejsze będzie zagrożenie. Zatem zamiast eliminować siebie spośród żyjących, obrońcy łacińskiej cywilizacji powinni eliminować jej wrogów. Taka perspektywa mogłaby poruszyć ich „znieczulone sumienia”, a gdyby nawet okazało się, że sumień już nie mają, to przynajmniej oddziaływać na instynkt samozachowawczy.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”

O autorze: Jacek