Wbrew powszechnej opinii dziennikarstwo wcale nie jest „wolnym zawodem”/ Jan Martini, „Kurier WNET” nr 88/2021

„Amerykański kapitał” w TVN to w istocie… kapitał rosyjski.

W czerwcu 2016 r. rosyjski Kommersant poinformował, że Ivan Rodionov i Igor Pozhitkov nabyli 80% akcji SNI – właściciela TVN…

Jan Martini

Czwarta władza czy narzędzie?

Dzięki niestrudzonym, 30-letnim wysiłkom środowiska braci Kaczyńskich uzyskaliśmy pewien stopień niezależności energetycznej, natomiast jeśli idzie o suwerenność medialną, pozostajemy ciągle w stadium głębokiego postkolonializmu. Co gorsza, wielka część społeczeństwa wcale nie uważa, że media zagranicznych dysponentów przeznaczone dla Polaków mogą być zagrożeniem dla naszej podmiotowości (zresztą dla wielu z nich podmiotowość Polski w ogóle nie jest istotna).

Józef Stalin twierdził, że „najsilniejszym wojskiem komunizmu są dziennikarze”. Ich rola w ustroju demokratycznym niepomiernie wzrosła, bo wpływ mediów na decyzje wyborcze elektoratu jest oczywisty.

Nie ulega wątpliwości, że „na odcinku” medialnym potężne siły działają przeciw obecnemu rządowi, a przy okazji przeciw Polsce. Wielki wzrost gospodarczy, faktyczna likwidacja ubóstwa, znaczne polepszenie warunków życia – te oczywiste sukcesy rządu nie przekładają się na wzrost poparcia ugrupowania rządzącego, a jest to spowodowane bardzo skutecznym działaniem dominujących „niezależnych” mediów, całkowicie oddanych zwalczaniu obecnej władzy.

Trudno w to uwierzyć, ale tacy dziennikarze jak Jacek Żakowski, Cezary Michalski, Tomasz Wołek, Wojciech Czuchnowski, Andrzej Stankiewicz czy Eliza Michalik zaczynali swoją karierę dziennikarską jako patriotyczni, prawicowo-konserwatywni antykomuniści. Teraz się już nie zorientujemy, czy ich zdumiewająca metamorfoza wynikła z oportunizmu, czy była fragmentem gry operacyjnej wymagającej kamuflażu na etapie uwiarygodniania.

Należy jednak ze zrozumieniem podchodzić do ekwilibrystyki ideowej dziennikarzy w kraju o tak skomplikowanej historii, jak Polska. Nie każdy ma możliwość zmiany zawodu i szukania uczciwej pracy, a każdy ma wydatki, kredyty itp.

W ten sposób rynek wymusza giętkość kręgosłupów wśród dziennikarzy, bo wbrew powszechnej opinii, dziennikarstwo wcale nie jest „wolnym zawodem”.

Wraz z likwidacją cenzury i komunistycznego monopolu na informację wiele niezależnych pism próbowało znaleźć swą szansę na rynku. Ale szybko się okazało, że nie można się utrzymać bez reklam, te zaś są dystrybuowane za pomocą tzw. domów mediowych, kontrolowanych przez ludzi systemu. Za pomocą takiego prostego mechanizmu względny pluralizm medialny wczesnych lat 90. stopniowo przemienił się w monolit medialny, częściowo przełamany dopiero po 2015 r.

Niejeden z dziennikarzy doszedł do wniosku, że przyszłość należy do marksistów i nie chcąc wymrzeć jak dinozaury, przeszedł na stronę, która wydaje się zwyciężająca. Można obserwować proces tego przechodzenia w stadium siedzenia okrakiem na barykadzie w wykonaniu tzw. symetrystów, którzy podejmują działania asekurujące na wypadek krachu „państwa PiS”. Bo los dziennikarzy obecnie „pisowskich” może być straszny w wypadku zwycięstwa opozycji.

Ciągłość idei i tradycje rodzinne

W innej sytuacji są dziennikarze rodzinnie i środowiskowo związani z komunizmem, którzy działania na szkodę ludzi, wśród których przyszło im żyć, wyssali niejako z mlekiem matki.

Dla nich wpisanie się w wojnę informacyjną przeciw polskim współobywatelom jest naturalne. Ci bardzo sprawni pracownicy frontu propagandowego, znakomicie wykształceni, po licznych stypendiach i stażach międzynarodowych, znacznie przewyższają skutecznością propagandystów PRL-u ze stajni Urbana. Właśnie te kadry, a nie imponujące gmachy z betonu i szkła, są najcenniejszym zasobem sił wrogich polskiej podmiotowości. Skuteczność ich pracy przynosi dewastujące efekty.

W pierwszych wolnych wyborach w 1993 r. na postkomunistów głosowało ok. 20% elektoratu; dziś zaś już około połowa ludności nie uważa suwerenności za istotną wartość. Jeszcze w 2008 r. 71% ludzi deklarowało gotowość do oddania życia za Ojczyznę, w 2014 już tylko 19%…

Są to cenne dane dla analityków wojskowych państw trzecich.

Pewne życiorysy niejako wymuszają rodzaj pracy – ze względu na swój życiorys red. Bartosz Węglarczyk musiał zostać redaktorem naczelnym jakiegoś postępowego medium. Jako redaktor naczelny Onetu pierwszy publicznie wezwał do zapłacenia roszczeń żydowskich. Węglarczyk zaprzecza, jakoby dostawał polecenia od zagranicznych przełożonych; on po prostu wyczuwa oczekiwania wydawcy. Z kolei dziennikarze wyczuwają oczekiwania redaktora naczelnego i w ten sposób media kształtują świadomość Polaków tak, jak chce ten, co „płaci i wymaga”.

Stwierdzenie, że takie czołowe media „demokratycznej opozycji”, nieprzejednanie wrogie wobec obecnie rządzących, jak „Polityka”, „Gazeta Wyborcza”, czy TVN są „postkomunistyczne”, wywołałoby oburzenie. Jednak trudno zaprzeczyć personalnej, rodzinnej, ideowej czy materialnej łączności ludzi „trzymających” te media z wpływowymi postaciami czy strukturami władzy poprzedniego systemu.

„Polityka” przeszła „suchą stopą” zawirowania polskiej pierestrojki, co potwierdził jej red. naczelny Jerzy Baczyński, pisząc, że od chwili powstania w 1957 r. pismo „nigdy nie zmieniło swej linii programowej”.

Sztandarowy tygodnik partii komunistycznej w PRL stał się głównym tygodnikiem opinii w III RP, co najlepiej świadczy o ciągłości ideowo-personalnej świata mediów, mimo przemian ustrojowych. W artykule na łamach pisma można przeczytać, że „POLITYKA wyszła z Marca, zachowując twarz”. Rzeczywiście w 1968 r. nie było w niej tekstów o wydźwięku antysemickim, a redaktorzy pochodzenia semickiego nie stracili pracy.

W 1990 r. decyzją komisji likwidacyjnej RSW Prasa Książka Ruch (jej członkiem był młody, lecz „perspektywiczny” D. Tusk) pismo zostało przekazane w ręce załogi i stało się spółdzielnią.

Obecny szef pisma, red. Baczyński (notowany w IPN jako kontakt operacyjny „Bogusław”), w 1981 r. uzyskał stypendium do Francji i jak wynika z raportu ppłk. St. Grudnia, już tam dostał propozycję pracy w „Polityce”.

W raportach SB można znaleźć też informację na temat zmiany nazwiska na bardziej reprezentacyjne dla redaktora.

Red. Baczyński ujawnił, jaka jest rola „Polityki” dziś – „łączy pewną opcję polityczną w odruchu protestu przeciwko polityce obecnego rządu. Mamy wrażenie, że »Polityka« także jest dziś sztandarem pewnego obozu – nazywanego antypisem”.

Jak widać, „Polityka” rości sobie pretensje bycia wiodącym medium „antypisu”. Do tej roli aspirują jednak też „Gazeta Wyborcza” i TVN.

„Gazeta Wyborcza” to owoc okrągłego stołu i zawartego tam historycznego pojednania zwaśnionych frakcji partii komunistycznej – „natolińczyków” i „puławian”. Podczas rozmów porozumieli się „jak Polak z Polakiem” Michnik z Kwaśniewskim i Urban z Geremkiem, a do „negocjacji” zaproszono też 5 przedstawicieli Solidarności, których starannie dobrał gen. Kiszczak spośród swoich ulubionych związkowców (m.in. L. Wałęsa, Wł. Frasyniuk, Zb. Bujak).

Rdzeń „Gazety” stanowiły „stalinięta” – grupa dość jednolita pod względem światopoglądowo-towarzysko-etnicznym. Te dzieci funkcjonariuszy komunistycznego aparatu władzy, brylując na Zachodzie, postrzegane były jako „demokratyczna opozycja”, a często także jako ofiary polskiego antysemityzmu.

„Gazeta Wyborcza” – tzw. „pierwsza niekomunistyczna gazeta od Łaby do Władywostoku” – odniosła gigantyczny sukces rynkowy i natychmiast przystąpiła do ocieplania wizerunku komunistów.

Wówczas nie wiedzieliśmy, że powstała z błogosławieństwem ludzi „starego układu”, którzy właśnie „oddali władzę”, ale przezornie zapewnili gazecie lokal, przydział papieru, telefony itp. Dzięki takiej symbiozie GW zawładnęła duszami Polaków na 30 lat. Do dziś zresztą mózgi wielu rodaków pozostają w jej medialnym matriksie. W zamian za opiekę ze strony kolegów gen. Kiszczaka i życzliwość zaprzyjaźnionych sądów, redaktor Michnik zapewniał medialny parasol nad komunistami.

„Negatywne treści na temat red. Michnika i wydawnictwa Agory są sprzeczne z zasadami współżycia społecznego” – tak napisała, uzasadniając wyrok wydany „w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej”, sędzia Agnieszka Matlak.

Dopiero niedawno nastąpił historyczny moment i Adam Michnik przegrał pierwszy proces. Dziś „Gazeta Wyborcza” „jest prześladowana” i przeżywa okres niemal katakumbowy, bo „państwo PiS”, niszcząc „wolną prasę”, ograniczyło prenumeraty w ministerstwach i instytucjach państwowych. Straty z tego tytułu natychmiast pokrył zaprzyjaźniony z „Gazetą” filantrop Soros. Równocześnie wzrastające koszty obsługi toczących się 55 procesów sądowych zostały wyrównane przez „stypendium” („grant”) od Media Freedom Rapid Response – organizacji „szybkiego reagowania”, która monitoruje „zagrożenia dla wolności mediów” w krajach Unii Europejskiej.

Jak widać, „Gazeta Wyborcza” ma licznych przyjaciół, a także wielu krewnych i znajomych. Dzięki temu stała się właściwie jedynym źródłem wiedzy o Polsce dla polityków i światowych kręgów opiniotwórczych.

Czytelnicy wiodących światowych gazet nie zdają sobie sprawy, że negatywne treści o państwie polskim zawsze pochodzą z jednego źródła – od dziennikarzy „Gazety Wyborczej”.

Renomowany amerykański think tank „Freedom House wymienia Polskę jako państwo, w którym demokracja jest poważnie zagrożona i które „znajduje się na kursie autorytarnym”. Amerykanie, sami nie badają sytuacji w odległym kraju, zwracają się do ludzi najlepiej poinformowanych, czyli do dziennikarzy związanych z „Gazetą Wyborczą”. Ci zaś wystawili Polsce taką laurkę:

„W Polsce rządząca partia PiS prowadzi wojnę przeciwko sądownictwu, próbując przekształcić je w elastyczne narzędzie polityczne. Po poświęceniu pierwszych lat urzędowania na nielegalne przejęcie krajowego Trybunału Konstytucyjnego i KRS odpowiedzialnej za mianowanie sędziów, rząd PiS zaczął prześladować poszczególnych sędziów”. Ani słowa o próbach dekomunizacji tego filaru komunistycznego aparatu represji, którym było sądownictwo!

Jeśli więc czytamy, że „w rankingu wolności prasy Polska spadła z miejsca 16 na 86”, to możemy być pewni, że w roli międzynarodowych ekspertów układających takie rankingi wystąpili ludzie „Gazety Wyborczej”.

TVN – od sprzedaży kaset do koncernu medialnego

Jeszcze niedawno ambasador Izraela pani Azari bez skrępowania wysuwała żądania pod adresem rządu RP, mówiąc: „polski rząd powinien naprzód konsultować projekty ustaw ze mną”, a rząd Niemiec swoim przedsiębiorcom pozwalał odpisywać od podatków sumy przeznaczone na korumpowanie polskich urzędników. Dziś Polska próbuje wyrwać się z upokarzającego statusu postkolonialnego i dlatego procedowana jest ustawa nazwana przez opozycję „lex TVN”.

Jednym z jej skutków może być konieczność dopasowania statusu TVN do obowiązującego w Polsce prawa, gdyż obecnie stacja funkcjonuje w oparciu o kruczek prawny zazwyczaj stosowany przez aferzystów gospodarczych – jest zarejestrowana „na terenie UE” na fikcyjną firmę – „słupa”. Nawet gdyby obecni właściciele zostali zmuszeni do odsprzedania części udziałów zaprzyjaźnionym kupcom, nie ma szansy na zmianę linii programowej stacji.

Telewizja TVN już 3 razy zmieniała właścicieli, nie zmieniając ani o milimetr swoich preferencji politycznych.

Ustawa stała się jednak pretekstem do ataków na nasz kraj pod hasłem obrony wolności mediów. W wiadomościach TVN były pokazywane plansze z artykułami na temat „zagrożonej wolności słowa” z wielu najważniejszych gazet świata, łącznie ze szczególnie przywiązanym do wolności słowa rosyjskim Kommersantem.

Ale szczytem bezczelnej manipulacji była wiadomość „na pasku” w BBC, gdzie napisano, że polska ustawa jest wymierzona w „OSTATNIĄ dużą stację telewizyjną, która CZĘSTO jest krytyczna wobec rządu”. Sugerowano, że inne stacje krytyczne już zostały zlikwidowane.

Początków TVN można dopatrywać się w propozycji, jaką złożył gen. Kiszczakowi naczelny propagandysta komunistów, długoletni redaktor „Polityki” – Jerzy Urban: „Proponuję utworzenie w MSW oddzielnego pionu (służby) propagandowej (…) Niezbędny jest poważny, instytucjonalny instrument umożliwiający bezpośrednie oddziaływanie na społeczeństwo w pożądanym kierunku. (…) Służba propagandowa MSW powinna mieć możliwość dawania do TV, radia i prasy gotowych programów do druku albo też dostarczania TV, radiu i prasie półproduktów, którym ostateczny kształt nadadzą redakcje. (…) Trudno jednak znaleźć dobrych dziennikarzy, którzy zdecydują się przejść do MSW”.

Na szefa proponowanej służby Urban wskazał towarzysza Mariusza Waltera, który „wykazuje obfitość pomysłów programowych i zmysł organizacyjny”. Zdolny dziennikarz był gen. Kiszczakowi znany z racji współpracy z resortem jako TW „Mewa”.

Bynajmniej nie był to autorski pomysł Urbana – bezpośrednie powiązanie mediów z tajnymi służbami funkcjonowało już w ZSRR, gdzie istniało jedyne na świecie „ministerstwo dezinformacji” – dział „D” KGB z szefem w randze ministra. Jemu podlegała agencja „Nowosti”, a pośrednio wszyscy dziennikarze.

Propozycja musiała wydawać się kusząca, bo Kiszczak zwołał naradę swych najlepszych generałów, ale ci odrzucili ofertę. Może doszli do wniosku, że nie warto odbudowywać frakcji „puławian” pokonanej w 1968 r.? Jednak nawet połączone siły generałów nie były w stanie zapobiec odtworzeniu wpływów tej frakcji partii komunistycznej, która swą siłę czerpała z kontaktów międzynarodowych. Po transformacji ustrojowej 1989 r. spadkobiercy „puławian”, już w kostiumach opozycji demokratycznej walczącej z komuną, dzięki wsparciu wpływowych kół zagranicznych stali się dominującą siłą polityczną kraju.

Nie da się mówić o genezie TVN, nie wspominając o aferze Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, która była niejako aferą założycielską III RP i początkiem ogromnego rabunku Polaków podczas tzw. transformacji ustrojowej.

W założeniu FOZZ miał w sposób tajny skupywać na rynku wtórnym zadłużenie PRL, ale długów skupiono tylko za 69 mln $, mimo wydania 1,7 miliarda dolarów… Różnica gdzieś się zawieruszyła, a przy okazji ujawniło się wiele talentów biznesowych wśród ludzi związanych z komunistycznymi służbami.

Smykałkę do interesów niewątpliwie mieli: protegowany Urbana Mariusz Walter i nie mniej zdolny polonijny biznesmen Jan Wejchert (TW „Konarski”), od lat współpracujący z wywiadem wojskowym. Założyli oni w 1984 r. spółkę ITI Corporation, która zajmowała się m. in. handlem kasetami wideo i sprzedażą czipsów. Fachowcy twierdzą, że była to firma przykrywkowa – „krzak”, która pozwalała wytworzyć legendę o zdolnych przedsiębiorcach, twórcach najpotężniejszego w Polsce koncernu medialnego.

Raczej nieprzypadkowo rok wcześniej (1983) powstała w Panamie firma o podobnej nazwie – ITI Panama, którą prowadził szczycący się dobrymi kontaktami z rządem Izraela Hermann Tauber – polski Żyd żonaty z byłą tłumaczką ministra spraw zagranicznych ZSRR Andrieja Gromyki. Równie ustosunkowani byli nasi biznesmeni – znane jest zdjęcie pana Wejcherta z młodym Władimirem Putinem.

Może dlatego, że późniejszy główny oskarżony w procesie FOZZ – Grzegorz Żemek urzędował w Luksemburgu, właśnie tam, a nie w Szwajcarii pewna szwajcarska sekretarka założyła w 1988 r. spółkę ITI Holdings SA, która natychmiast odniosła ogromny sukces rynkowy. Założona 5 lat wcześniej w Panamie firma stała się… filią tej młodszej z Luksemburga. W latach 1989–1992 z filii do centrali wpłynęły ogromne sumy pieniędzy. Przypadkowo zbiegło to się z czasem rozkwitu działalności FOZZ. Dopiero po wstępnym przepraniu pieniędzy z Panamy pojawiły się we władzach spółki nazwiska Waltera i Wejcherta.

Grupa ITI poczuła się głęboko dotknięta „pomówieniami” Antoniego Macierewicza na temat udziału komunistycznych służb w tworzeniu TVN i pochodzenia jej kapitału założycielskiego, i skierowała sprawę do sądu. Macierewicz jako szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego dysponował jednak dobrą dokumentacją i proces wygrał.

Po wstępnej akumulacji kapitału spółka Waltera i Wejcherta o nazwie ITI Corporation przystąpiła do tworzenia stacji telewizyjnej. Dzięki poparciu życzliwych ludzi, w 1997 r. rozpoczęła nadawanie ogólnopolska telewizja TVN. Mariusz Walter wspominał: „Gdyby nie pan Ronald Lauder i jego determinacja, mam poważne wątpliwości, czy TVN zaistniałaby tak szybko i silnie”. Obecny szef Światowego Kongresu Żydów Lauder stał się właścicielem 33% udziałów spółki TVN. Fundacja Ronalda Laudera wspiera odrodzenia życia żydowskiego w naszej części Europy, stąd jego inwestycje w media krajów postkomunistycznych.

Choć afera FOZZ została wykryta w 1990 r., śledztwo trwało aż 10 lat, a ITI Panama taktownie zniknęła z rejestru spółek na krótko przed początkiem procesu FOZZ w Polsce.

Strony wyraźnie grały na przedawnienie. Zarówno prokurator, jak i obrońcy żądali ciągle nowych dowodów, ekspertyz, świadkowie nie zgłaszali się na przesłuchania, a w kluczowym momencie sędzia Piwnik została powołana przez premiera Millera (SLD) na ministra sprawiedliwości, przez co trzeba było przeprowadzić wszystkie procedury na nowo.

Ponieważ większość zarzutów się przedawniła, zdołano skazać tylko 3 osoby z kierownictwa funduszu. Gwiazda TVN Justyna Pochanke mówiła, że w FOZZ pracowały też uczciwe osoby, mając pewnie na myśli swoją matkę – bliską współpracownicę skazanej Janiny Chim.

Nerwowe czasy nastały w TVN wraz ze zdobyciem władzy przez PiS w 2005 r. – jednego dnia zrezygnowali z kierowniczych stanowisk w TVN Wejchert i Walter, gdyż nazajutrz miała zacząć obowiązywać ustawa lustracyjna… W 2006 r. po kontroli ABW na Wiertniczej rozpoczęto śledztwo, ale w 2007 r. nastąpiła zmiana polityczna i władzę objęła koalicja PO/PSL. Śledztwo umorzono dokładnie w dniu rozpoczęcia pracy nowego ministra sprawiedliwości – Zbigniewa Ćwiąkalskiego. Nic dziwnego, że powrót do władzy postkomunistycznych liberałów wywołał w TVN entuzjazm.

Gdy w 2015 r. groźba ponownego objęcia rządów przez PiS stała się realna, nauczeni doświadczeniem kłopotów „za pierwszego PiS-u” ludzie sterujący stacją TVN postanowili stać się firmą „amerykańską”.

Operacja przebiegała w dwóch etapach. Gdy zbliżały się wybory prezydenckie, w których mógł wygrać Andrzej Duda, sprzedano większościowy pakiet akcji, a już 3 dni po wygranych przez PiS wyborach parlamentarnych amerykańska firma Scripps Networks Interactive skupiła wszystkie pozostałe akcje, zostając tym samym właścicielem 100 procent akcji TVN. Stało się to z jaskrawym naruszeniem obowiązującego w Polsce prawa, które nie pozwala na pełne przejęcie żadnej telewizji czy radia przez podmiot spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego.

Jednak nielegalna transakcja została zaakceptowana zarówno przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, jak i Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Przewodniczący KRRiT Jan Dworak, który dzielnie opierał się przez 2 lata przed udzieleniem koncesji Telewizji Trwam, tym razem dał się szybko przekonać.

Ponieważ „pecunia non olet”, amerykańskim nabywcom nie przeszkadzało wątpliwe pochodzenia kapitału spółki ITI. W 2018 r. firmę Scripps Networks Interactive przejęła firma Discovery.

Zgodę na transakcję wydał amerykański Departament Stanu. Transakcję „przyklepała” też Komisja Europejska, jednak wykluczono z procesu decyzyjnego polski UOKiK.

Teraz ludzie TVN mają pewność, że do biur nie wtargnie już ABW, gdyż właścicielem stacji stał się David Zaslav – szef Fundacji Pamięci o Shoah, członek Światowego Kongresu Żydów i człowiek niezmiernie wpływowy. Może to on sprawił, że ambasadorem USA w Polsce stała się jego znajoma, pani Mosbacher, której jednym z zadań było pilnowanie, by stacji TVN nie stała się krzywda ze strony „nacjonalistów i populistów z PiS”.

W grudniu 2016 r. podczas próby puczu stacja TVN otwarcie wspierała puczystów i nadawała kłamliwe informacje. Rada Etyki Mediów ukarała stację karą 1,6 mln zł. Kara została uchylona wskutek interwencji ambasady USA, broniącej „niezależności mediów”. Pamiętamy także organizowane przez dziennikarzy TVN „urodziny Hitlera”. Prowokacja była szyta tak grubymi nićmi, że ze względu na poziom absurdu, w Polsce nie mogła funkcjonować propagandowo. Ale wiadomość o wydarzeniu obiegła cały świat jako ilustracja tezy, że pod rządami PiS w Polsce rodzi się faszyzm.

Wielu ludzi w Polsce zadawało sobie pytanie, dlaczego amerykańska firma tak bardzo stara się o usunięcie demokratycznie wybranego, najbardziej proamerykańskiego rządu?

Ameryka ma wiele twarzy, a jedna z nich – bezwzględnie wroga Polsce – traktuje nasz kraj jak swoje „tereny łowieckie”. TVN jest potrzebna tym środowiskom jako narzędzie do wpływania na świadomość Polaków. W tle jest oczywiście te 300 mld $, które ich zdaniem Polacy powinni zapłacić Organizacji Restytucji Mienia Żydowskiego.

W opinii opozycji, obecnie procedowana ustawa medialna to nie tylko zamach na wolność słowa, ale także uderzenie w amerykańską firmę, a „Amerykanie swej własności bronią zbrojnie”. Na szczęście ze względu na płycizny w Cieśninach Duńskich nie istnieje obawa wprowadzenia lotniskowca na Bałtyk, a ten „amerykański kapitał” w TVN to w istocie… kapitał rosyjski. W czerwcu 2016 r. rosyjski Kommersant poinformował, że Ivan Rodionov i Igor Pozhitkov, nabyli 80% akcji SNI – właściciela TVN…

Prawne uregulowania porządkujące sytuację w mediach są konieczne, gdyż ich obecny sposób funkcjonowania zagraża naszej suwerenności.

Trudno określić media zagranicznych właścicieli nieprzejednanie wrogie obecnemu rządowi jako opozycyjne – są to raczej ośrodki dywersji ideologicznej, gdyż uderzają nie tyle w swoich przeciwników politycznych, co godzą wręcz w naszą państwowość.

Artykuł Jana Martiniego pt. „Czwarta władza czy narzędzie?” znajduje się na s. 8 październikowego „Kuriera WNET” nr 88/2021.

O autorze: JAM