Z politykami spotykamy się w dziwnej sytuacji. Są (a przynajmniej większość ludzi tak myśli) ważni, a mimo to ich osobowość i sposób prezentacji są całkowicie nastawione na wywoływanie „wrażeń” u wyborców, którzy dokonują wyboru. Najczęściej chcą, aby to wrażenie przeważało nad obiektywnymi faktami. W tę szaradę włożono wiele wysiłku. Wiele osób może się zgodzić, że to gra, ale większość i tak daje się nabrać na ten podstęp.
◊
Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org
◊
Czy naprawdę możemy ufać swoim uczuciom?
Jasne, o ile jesteśmy świadomi ich prawdziwego pochodzenia. A nawet jeśli nie, to czasami możemy im zaufać, a czasami nie. Uczucia bywają dziwne. Mogą pojawić się znikąd lub być bardzo przypadkowe – jak przypływ skrajnego strachu, gdy niedźwiedź agresywnie wyskakuje zza drzewa. Mogą też być tajemniczymi „przeczuciami”.
Zazwyczaj do pewnego stopnia zdajemy sobie sprawę z ich ukrytych fundamentów. Wyczuwamy, czy uczucie jest silną „intuicją”, czymś „niepokojącym”, czy po prostu „dobrym” – na przykład: „Po prostu lubiłem tego faceta; było w nim coś, co sprawiało, że czułem się komfortowo i ufałem mu”.
Ale… i to jest wielkie „ale”, wiemy, że musimy być ostrożni. Facet lub dziewczyna, którzy powalą nas z nóg na pierwszej randce, potrzebują dokładniejszej analizy. Wszyscy kiedyś wpadliśmy w tę otchłań, prawda? To głęboka, mroczna otchłań, z której zazwyczaj bardzo trudno się wydostać. Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego w dawnych czasach zaręczyny często trwały wieczność? Istniało wiele społecznych i kulturowych uwarunkowań, ale jednym z głównych powodów było po prostu przezwyciężenie syndromu „powalenia z nóg” – uświadomienie sobie tego, co w dużej mierze było nieświadome.
O co więc chodzi? Jeśli nasze wrażenia na temat rzeczy i ludzi opierają się zbyt mocno na uczuciach – zwłaszcza gdy nie jesteśmy świadomi ich pochodzenia – możemy wpaść w poważne tarapaty. W większości przypadków nie ma znaczenia, jakie mamy odczucia wobec innych ludzi. Widzimy aktora, którego lubimy, albo spotykamy w sklepie spożywczym kogoś, kogo od razu nie lubimy. Aktorzy nie mają większego znaczenia w naszym codziennym życiu; całe ich rzemiosło opiera się na kreowaniu wrażeń opartych na bezpodstawnych uczuciach.
Większość nieznajomych, których spotykamy, również nie ma większego znaczenia. Ale ludzie tacy jak nasz prawnik, lekarz czy ukochany/-a – już tak. Z wyjątkiem tych ostatnich, zazwyczaj mamy obiektywne podstawy do naszych ocen – jakie mają kwalifikacje? Jaką mają reputację? Czy państwo wydało im licencję? (w tym miejscu odchrząkuję). Możemy nadal mieć przeczucie, które pozostaje ważne ze względu na ich rolę w naszym życiu, ale łagodzimy reakcję emocjonalną przynajmniej przez obiektywną ocenę.
Z politykami spotykamy się w dziwnej sytuacji. Są (a przynajmniej większość ludzi tak myśli) ważni, a mimo to ich osobowość i sposób prezentacji są całkowicie nastawione na wywoływanie „wrażeń” u wyborców, którzy dokonują wyboru. Najczęściej chcą, aby to wrażenie przeważało nad obiektywnymi faktami. W tę szaradę włożono wiele wysiłku. Wiele osób może się zgodzić, że to gra, ale większość i tak daje się nabrać na ten podstęp.
Często widzę to również u celebrytów. Ludzie czczą gwiazdy filmowe lub sportowców, niezależnie od tego, czy są porządnymi ludźmi czy nie. Szybko osiągają oni status kultowy. Gwiazdy sportu muszą mieć przynajmniej wyjątkowe umiejętności fizyczne. I, co dziwne, większość całkowicie pozbawionych talentu aktorów rzadko zostaje celebrytami. Nienawiść do tych postaci (aktorów i sportowców) jest rzadsza, ale kiedy ktoś jest narażony na nienawiść z jakiegokolwiek powodu, wtedy przychodzi to bez trudu.
Zgadnijcie, kogo użyję jako przykładu tego rodzaju nienawiści? Donalda J. Trumpa, oczywiście. Jest on prawdopodobnie najbardziej znienawidzonym człowiekiem współczesności, zaraz po Adolfie Hitlerze (można by wymienić innych, takich jak Józef Stalin, Pol Pot czy Saddam Husajn, ale Trump jest najbardziej aktualny). Czy został stworzony do nienawiści? Zdecydowanie, choć nie do końca. Bywa dość nikczemny, przez co łatwo go nie lubić. Dodajcie do jego formuły odrobinę medialnej soli, a otrzymacie jeden z najbardziej chwytliwych celów dla projekcji nienawiści, jakie można sobie wyobrazić.
Po pierwsze, Trump nie ma typowo sympatycznej osobowości. Wydaje się arogancki, impulsywny, chełpliwy, pozbawiony ugodowości i stabilności emocjonalnej – cechy takie jak nieuprzejmość, megalomania i brak empatii, które wielu odpychają. Jest bezpośredni, niegrzeczny i często wulgarny w sposób, który narusza tradycyjne normy polityczne. Nie ma w nim nic, co mogłoby przyciągnąć szerokie grono odbiorców.
Jednak niektóre z tych bezczelnych cech są dokładnie tym, co uwielbiają jego zwolennicy. Jego niekonwencjonalne, bezkompromisowe podejście – wyrażanie własnych poglądów bez żadnych filtrów, odrzucanie poprawności politycznej i walka z establishmentem – głęboko rezonuje. Zwolennicy cenią jego autentyczność, pragmatyzm i gotowość do wstrząsania systemem, zamiast grania w wypolerowaną grę insiderów. To, co krytycy nazywają arogancją lub zastraszaniem, fani widzą jako siłę, zdecydowanie i orzeźwiającą szczerość. Jaki zestaw cech twoim zdaniem czyni lepszego przywódcę? Niestety, prawdopodobnie te paskudne.
A co z „prawdziwymi” zaletami i wadami? Hejterzy rzadko skupiają się na istotnych wadach prezydenta. Zamiast tego atakują jego osobowość: jest wredny, brzydki, wyśmiewa ludzi, ma dziwaczne włosy, jest gruby i ma brzydkie usta.
Określają go mianem mizogina, rasisty i przestępcy. Obrońcy zauważają, że wiele oskarżeń wynika z wybiórczego oburzenia, wojny prawnej postrzeganej jako prześladowanie polityczne lub przeinaczenia jego dotychczasowych osiągnięć w kwestiach takich jak reforma wymiaru sprawiedliwości (ustawa First Step Act), strefy możliwości dla mniejszości oraz silne poparcie ze strony różnych grup w wyborach.
Zwolennicy twierdzą, że jego dosadny styl przekręca się w „-izmy”, ignorując jednocześnie rezultaty polityczne czy kontekst. Oczywiście, w chwili pisania tego tekstu, hejterzy Trumpa prawdopodobnie mają bardziej istotne powody, by go nienawidzić, ale na początku kampanii nienawiści – nie było tego aż tak wiele. To, co mówię o „uczuciach”, nie ogranicza się do fenomenu Trumpa.
Wielu hejterów Trumpa uwielbia takie postacie jak Biden, Harris, Obama, czy (dla Kanadyjczyków) Carney. Dlaczego? Z tych samych, powierzchownych powodów – osobowości, wyglądu, wizerunku medialnego – a nie z głębszych treści. Powiedziano im, żeby kochali te postacie i nienawidzili Trumpa (i jego ekipę). Chociaż osobowość i wygląd odgrywają rolę, to media napędzają większość z nich. Większość ludzi nie patrzy dalej.
Traktują więc polityków jak gwiazdy filmowe czy sportowców. Intuicja podpowiada im jedno, wygląd i osobowość drugie, a prasa uzupełnia resztę. Potem wycofują się do swoich baniek informacyjnych, gdzie ich stronniczość jest bez końca potwierdzana przez media społecznościowe, znajomych, rodzinę, psa – i może kota czy dwa (koty są głównie liberalne).
Uczucia mają swoje miejsce. Silny instynkt może nas chronić lub prowadzić ku temu, co wydaje się słuszne. Ale kiedy w grę wchodzą decyzje o wysokiej stawce – zwłaszcza dotyczące liderów, którzy kształtują prawo, gospodarkę i społeczeństwa – powinniśmy sami dla siebie zgłębić temat. Analizujmy dane, politykę i wyniki, a także atmosferę. Świadome postrzeganie tego, skąd pochodzą nasze uczucia, przekształca surowe emocje w świadomy osąd. Bez tego jesteśmy tylko kolejnym widzem pochłoniętym przez przedstawienie.
Gdy wracam do tej koncepcji w naszych współczesnych czasach, podział ten wydaje się jeszcze bardziej dotkliwy. Polityka „oparta na uczuciach” nie osłabła; wręcz przeciwnie, wręcz się nasiliła. Trump pozostaje piorunochronem – kochany lub znienawidzony głównie ze względu na emocje i medialne preparowanie, a nie na spokojną analizę (choć to nieco się zmieniło od czasu konfliktu z Iranem). Lekcja pozostaje aktualna: kwestionuj źródła swoich uczuć, zwłaszcza gdy stawka jest tak wysoka. Zachowajmy wszyscy czujność, zachowując równowagę między sercem a rozumem.
__________________

Dodaj komentarz