Roszczeniowcy w maseczkach. Entuzjaści paszportów szczepionkowych. Ci, którzy zdawali się czerpać prawdziwą przyjemność z karania innych za nieprzestrzeganie zaleceń. Widziałem, jak wieloletni przyjaciele, a nawet członkowie rodziny, robili rzeczy, do których, mógłbym przysiąc, że nie byliby zdolni. I robili to bez namysłu. To mnie naprawdę dobiło – nie sama zdrada, ale to, jak łatwo im to przyszło. Jak niewiele ich to kosztowało.
◊
Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org
◊
Już nikomu nie ufam
Smutne, ale prawdziwe. Od czasu fiaska z covid-em zobaczyłem prawdziwą naturę ludzi – a przynajmniej tę, którą byli gotowi pokazać, gdy strach się ujawnił i stado ruszyło.
Większość z nich wciąż trwa twardo pod sztandarem owiec, zadowolonych z wypasu, gdziekolwiek im wskażą. Niewielka garstka stoi pod sztandarem „krytycznych myślicieli”. To właśnie im wciąż ufam.
Owieczki? Już im nie ufam. A czy kiedykolwiek ufałem? Serio? Myślałem, że ufam, kiedy byłem młodszy i nadal wierzyłem, że większość ludzi jest w gruncie rzeczy porządna, kiedy sytuacja staje się trudna. Okazuje się, że to był optymizm.
Ostatnio ta utrata zaufania sprawiła, że zacząłem myśleć o amerykańskim Dzikim Zachodzie. Nie o hollywoodzkiej wersji – ale o tym prawdziwym. W tamtych czasach prawie każdy, kto chciał przeżyć, nosił rewolwer u boku. Nie na pokaz. Nigdy nie wiedziałeś, kiedy jakiś podły drań uzna, że twój koń, twoje pieniądze, a może i życie są dla niego więcej warte niż dla ciebie.
Rozsądni pozostawali w gotowości. Obserwowali ludzi. Nie zakładali dobrych intencji tylko dlatego, że ktoś się uśmiechnął i powiedział „cześć”. Zaufanie zdobywało się powoli, zazwyczaj po tym, jak człowiek udowodnił, że cię nie zdradzi, gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja.
Czy więc mieszkańcy tego zakurzonego, twardego kraju ufali swoim sąsiadom? Absolutnie nie. Założę się, że nie. A ci, którzy ufali – żółtodzioby, które przyjeżdżały do miasta, wierząc, że pod spodem wszyscy są dobrzy – zazwyczaj byli ostrzyżeni, zastrzeleni, a czasem jedno i drugie. Owieczki z tamtych czasów zwykle nie potrafiły przetrwać długo.
Ciągle do tego wracam, bo wydaje mi się to niepokojąco bliskie temu, gdzie jesteśmy teraz. Różnica polega na tym, że wilki nie muszą już chować się za bandaną. Noszą białe fartuchy, siedzą w szklanych biurach albo uśmiechają się do ciebie z ekranu telewizora, mówiąc ci, co musisz zrobić dla swojego dobra.
A ci z gatunku owieczek? Nie tylko posłusznie podążali w czasie pandemii. Wielu z nich stało się entuzjastycznymi egzekutorami.
Zgłaszali sąsiadów za zapraszanie zbyt wielu osób na kolację. Odseparowywali członków rodziny, którzy nie chcieli się zaszczepić. Publikowali małe, pełne samozadowolenia memy o tym, jak niezaszczepieni są samolubni i głupi, podczas gdy ich własne dzieci tracą lata nauki, a ich starsi rodzice umierają samotnie w domach opieki. Robili to z czystym sumieniem, ponieważ władze dały im przyzwolenie na okrucieństwo.
To właśnie ta część wciąż tkwi mi w gardle. Nie kłamstwa rządu – rządy zawsze kłamią, kiedy im pasuje. Nawet nie wielkie firmy farmaceutyczne, które robią to, co robią wielkie firmy farmaceutyczne – zarabiają krocie i nie przejmują się, kto na tym ucierpi. To zwykli ludzie, ci, których kiedyś uważałem w większości za nieszkodliwych, okazali się tak skłonni do ataku na każdego, kto wyłamał się z szeregu.
Roszczeniowcy w maseczkach. Entuzjaści paszportów szczepionkowych. Ci, którzy zdawali się czerpać prawdziwą przyjemność z karania innych za nieprzestrzeganie zaleceń. Widziałem, jak wieloletni przyjaciele, a nawet członkowie rodziny, robili rzeczy, do których, mógłbym przysiąc, że nie byliby zdolni. I robili to bez namysłu. To mnie naprawdę dobiło – nie sama zdrada, ale to, jak łatwo im to przyszło. Jak niewiele ich to kosztowało.
Reszta z nas zachowywała zimną krew. Zadawaliśmy pytania, gdy opowieść wciąż się zmieniała. Zauważaliśmy, że ciała nie pasowały do narracji. Nie chcieliśmy udawać, że „podążanie za nauką” oznaczało robienie tego, co nakazywali nam ludzie, do których ta nauka należała.
Za to zostaliśmy nazwani niebezpiecznymi, samolubnymi i – to moje ulubione – zabójcami babć. Ironia sytuacji była wręcz zabawna, jeśli miało się wystarczająco czarne poczucie humoru. Prawdziwe zagrożenie pochodziło od ludzi krzyczących najgłośniej, by zapewnić wszystkim bezpieczeństwo.
Nie wiem, czy ta utrata zaufania jest trwała. Może z czasem osłabnie. Ale póki co, czuję się dość pewnie. Nadal mam swoje grono znajomych. To ludzie, z którymi mogę rozmawiać, nie zastanawiając się, czy rozmowa trafi na jakąś rządową listę albo powtórzy się na kolejnym spotkaniu rodzinnym, jako dowód na to, jak bardzo zwariowałem. Przy nich mogę trochę obniżyć gardę. Wspieramy się nawzajem. To się liczy w świecie, w którym większość ludzi wrzuci cię pod autobus, gdy tylko władze dadzą im wystarczająco dobry powód.
A co z pozostałymi?
Będę uprzejmy. Pogadam o niczym. Przytrzymam nawet te cholerne drzwi. Ale nie zaufam znów komuś tylko dlatego, że wydaje się miły, podziela moje poglądy polityczne albo chodził do tej samej szkoły. To bezpowrotnie przepadło gdzieś około 2021 roku i nie sądzę, żeby w najbliższym czasie powróciło. Kiedy widzisz, jak ludzie, na których ci zależało, stają się informatorami i osobnikami wymierzającymi karę, zmienia się sposób, w jaki poruszasz się po świecie. Nie wracasz do starego sposobu postrzegania rzeczy. Nie możesz.
Może to właśnie jest prawdziwa lekcja ukryta w tym całym bałaganie. Dziki Zachód tak naprawdę nigdy się nie skończył. Banici po prostu dostali lepsze kostiumy i znacznie lepszy PR. A owieczki nauczyły się pilnować siebie nawzajem, zamiast czekać na szeryfa. Myśliciele jednak wciąż tu są – z otwartymi oczami, rękami blisko metaforycznej kabury, niezbyt zainteresowani udawaniem, że wszystko jest w porządku, tylko po to, by inni czuli się komfortowo.
Wydaje się, że to wszystko trochę ucichło. Ale nie oszukujmy się. To wciąż tam jest. To teraz najtrudniejsza część – nie można odróżnić kto jest kim. Ale wiesz, że to tam jest. Wciąż od czasu do czasu pojawiają się maski, znak rozpoznawczy, że szemrzący umysł owieczki wciąż bulgocze pod spodem. Nie musimy być niemili dla obcych. Nadal możemy kochać naszych bliźnich, niezależnie od tego, jak bardzo są zagubieni, ale musimy być ostrożni i nie oczekiwać automatycznie pomocy w razie potrzeby.
No i w sumie to tyle. Już nikomu nie ufam tak jak kiedyś. I nie jestem pewien, czy to coś złego. Przynajmniej to rozjaśnia sprawę.
Dowiesz się, kto tak naprawdę jest z tobą, gdy presja jest silna. I dowiesz się, kto był jedynie biernym obserwatorem, dopóki nie zrobiło się niewygodnie. A ci, którzy przetrwali? To teraz moi ludzie. Reszta może się iść… paść gdzieś.
________________
I No Longer Trust Anyone, Todd Hayen, Jul 25, 2026
◊
Więcej: Todd Hayen

____________
Przy okazji ponownie zwracam uwagę na zmianę narracji ze ‘służby zdrowia’ na jakąś rzekomą ‘ochronę zdrowia’.
Podłapały to wszystkie media. To nie jest przypadek.
Fragment opis zdarzenia z listopada 2021
Pojechałem do Auchan kupić saszetki z kawą do ekspresu Senseo (11 zł paczka 30 szt). Nie cierpię tego rodzaju magazynów, normalnie robię zakupy we wsiowych sklepikach, ale tam mają ten towar. Mijam człowieka z ochrony, biorę trzy torebki kawy i w kasie samoobsługowej zbieram się do płacenia. Podchodzę do otwartego stanowiska a kobieta pełniąca służbę przy kasach mówi, że bez maseczki nie zostanę obsłużony i blokuje mi kasę, co powoduje mniej więcej taki dialog a w zasadzie monolog.
– Nie noszę maseczki bo nie muszę
– Zgłosił to pan ochronie?
– Nie bo nie muszę się opowiadać z braku szmatki przed tym panem a po pierwsze z medycznego punktu widzenie maseczki są nieuzasadnione i po drugie nie ma podstawy prawnej do noszenia a tym bardziej do ograniczania prawa do zakupu (par. 135 KW).
– Ale bez maseczki pana nie obsłużymy
– Pani działa bezprawnie
– ….
Tu stwierdziłem że nie będę kontynuował rozmowy i pierdyknąłem koszykiem z kawą w jakiś regał. Reakcja stojących zombiaków przy kasach – cisza i unikanie spojrzenia w stronę awanturującego się klienta.
Odchodząc rzuciłem w stronę zamaskowanych: “niech się państwo w domu w wolnej chwili zastanowią nad tym zdarzeniem”.
Jaki wniosek?
Wkroczyliśmy w etap faszyzmu i zamordyzmu.
———————————–
Posłowie PiS nie odpuszczają i zgłaszają w Sejmie projekt ustawy o bezprawnej i antynaukowej segregacji sanitarnej w Polsce który łamie:
Art. 9 RODO,
Art. 40 ustawy o zawodzie lekarza,
Art.13 ustawy o prawach pacjenta,
Art. 32 i 47 Konstytucji RP
To chyba byłby rekord złamanych praw obywatelskich przez jedną ustawę!
Te afery z lekarzami i m.in. z ich zarobkami, które ostatnio rozkręcono służą, wg mnie temu, aby przypomnieć “ochronie zdrowia” skąd im nóżki wyrastają i zdyscyplinować na powrót przed kolejną pandemijką. Była marchewka, czas na patyczki.
A swoją drogą wpis dobrze się czyta, a najbardziej o tych “cholernych drzwiach” :)
W refleksji na tym wszystkim co powyższe -zastanawiam się jak powinien brzmieć przepis chroniący ludzi przed wywaleniem z pracy gdy rządzący tworzą nielegalne przepisy lub z pozycji konferencji prasowych ogłaszają “prawo”. A ta bezczelność idzie w dół w hierarchii pracowniczej. Może tu leży sedno: strach, presja i kredyty.. Ciągle powtarzam, że ochrona istotnych, wolnościowych praw musi być “ufortyfikowana” przepisem mówiącym, że kontr-działanie “jest nieważne z mocy prawa”.
Zapewne byłoby mniej przepychanek z policjantami, którzy nie znają przepisów i tych wszystkich co posmakowali “władzy” od kasjerek po szatniarki i ochroniarzy.
Druga refleksja to fakt, że przepisów jest za dużo, to Bizancjum prawne – ludziska nie są w stanie ogarnąć tyle chłamu prawnego, w tym prawnicy. Że to jest celowe działanie nie trzeba nikogo przekonywać. Na tym “pojechał” morawiecki i jego szajka “naukofców” kowidowych. Jeśli byłyby spełnione te dwie przesłanki (“ufortyfikowanie’ i “bizancjum prawne”) to zapewne byłoby więcej asertywnych jednostek, którzy w kupie pociągnęli by za sobą strachliwych, co zaklinowałoby durnych, przekupnych, szantażowanych polityków. No i jeszcze procesy karne za łamanie prawa dla polityków, czyli żądanie odpowiedzialności.
Wbrew pozorom to wcale nie takie niemożliwe.
Służę opowieścią o bliźniaczym zdarzeniu, które przytrafiło mi się w aptece, jeszcze na początku 2023 r. Tu bohaterką jest mała czarna, dość jeszcze młoda i wielce wzburzona pani magister. Też ostrymi słowy odmówiła obsłużenia mnie z powodu braku brudnej ścierki przed nosem i gdybym nawet w tej chwili słaniał się wskutek ostrej niewydolności serca, to swego zdania pewnie by nie zmieniła. Uważam, że to co spotyka obecnie tzw. służbę zdrowia jest wielce zasłużone przez nich samych. Wprawdzie znam niejednego wspaniałego i ofiarnego lekarza, ale nawet ci wspaniali, jak okazuje się po chwili, są już zazwyczaj sami zaszprycowani i namawiają innych. Pewien znany w Warszawie kardiolog, tak się składa, że mój znajomy, dowiedziawszy się że nie zamierzam brać szprycy, nawet do mnie zadzwonił ze słowami: Proszę cię, przyjacielu, zaklinam, zaszczep się, nie ryzykuj!
A ulubienicą moją jest niezwykle ofiarna w walce z “łajdactwami Platformy” pani poseł Sroka, która była ministrem zdrowia w ostatnich miesiącach władzy PiSu. Ten sam płomień szlachetnego wzburzenia, który dziś płonie w jej oczach kiedy grzmi z trybuny sejmowej o jakiejś aferze – że “są przecież granice łajdactwa!” – pamiętam z czasu gdy podobnie grzmiała do kamer obejmując swój ministerialny stołek (na który wywlókł ją z jakiejś przychodni w Wielkopolsce niezawodny łowca talentów, Jaroś) – że pierwsze co wprowadzi, to obowiązek szczepienia dla obywateli. Z tego to powodu – i przez podobieństwo swej nawet przystojnej zimnej twarzy pod blond kokiem na głowie do pewnej obozowej kapo czasu wojny, jakiejś Helgi czy Grety znanej z okrucieństwa – zdążyła w sieci zyskać przydomek Doktor Mengele. Na szczęście PiS wyślizgano wcześniej, nim zdołała wprowadzić swe zamiary i za to dziękujmy Bogu. Przynajmniej w tej jednej sprawie tfusek na coś się przydał (jak kupa śmieci kotu, bo wydłubał sobie stamtąd karalucha).
Sójka, nie Sroka, choć i to ptaszek i to ptaszyna :), poza tym wszystko się zgadza :)
Racja, pomyliłem ze sobą dwa poczciwe ptaszki… Jak mawiał profesor Tatarkiewicz, czy to Chruszczow czy Chruścik wszystko jedno, nie warto tych mian zapamiętywać. Ale “sójka” o tyle jest ważna, że na forach rozgorzała wtedy dyskusja, czy ona przypadkiem nie nosi polskiego tłumaczenia swego nazwiska, nie pamiętam jakie brzmienie przytaczano po niemiecku, ale wychodziło na to, że też “sójka”. Wprawdzie powinowactwa polsko-niemieckie na tych ziemiach nie są niczym rzadkim, ale niekoniecznie z obozowym kapo. Bo na nieszczęście, podobne są z jedną z tych Helg noszących szwabskie “sójkopodobne” miano, jak dwa kurze bzyknięcia spod ogona (oba zdjęcia obficie publikowano w sieci). Tyle przypuszczeń. A fakty są takie, że ma troje czy czworo dzieci z poprzednim mężem, z którym nosili dwa różne nazwiska (według miejscowych), teraz żyje z milionerem (może już wzięli ślub) niejakim Aksamskim, wielkopolskim “królem drobiu”. Oto kolejna w pisie wzorowa katolicka biografia, jak przystało na partię “prawicową”. https://next.gazeta.pl/next/7,151003,30066296,katarzyna-sojka-ma-partnera-ktory-jest-krolem-drobiu-i-bialy.html
Wybrała się za morze z tymi obowiązkowymi szczepieniami. Ale kto wie, czy w państwie Wielkomorawskim nie dokończy swej podróży?
Lincz?
Ktoś niedawno wspominał, że jedną z pierwszych reform państwa musi być wywalenie ok. 90% przepisów.
Ależ oni sami twierdzą, że są w każdej chwili gotowi ponieść odpowiedzialność. Z tym, że ‘polityczną’. :)
Podobnie, tyle tylko, że młodzieniec był na tyle butny, że nie zwracał uwagi, iż jego koleżanka obsługuje klientów bez maseczki, a sam założył swoją już po zwróceniu mi uwagi. Wyszedłem. Do następnej miałem dwa kroki. A uratowała go obecność małych dzieci, które przyszły tam z ojcem.
Tak, tak i jeszcze raz tak.
Kiedyś wszedłem do gabinetu okulisty. Powitał mnie starszy, siwy mężczyzna. Wstał, podszedł, podał mi rękę i zapraszając bym usiadł spytał co mnie do niego sprowadza. Ubrany był w białą koszulę, muszkę [sic!] i nieskazitelny, biały, wyprasowany fartuch. Ale to było kilka dekad temu, gdy potrzebowałem zaświadczenia do prawa jazdy. Spokój, kultura osobista, umiejętność słuchania. Dawne czasy.
Sójka (zwyczajna) – der Eichelhäher
Chyba, że chodzi o coś innego.
___________
Tak przy okazji, nie mogę sobie przypomnieć, który to ptaszek swojego czasu ryczał: ‘wyszczepić to, jak psy na wsi’? :)
Owszem, jest Eichelhäher ale mówi się też Häher i jakoś tak nazywała się ta kapo.
A co do psów, to też pomysł pani eks-minister. I odpowiednia dla niej (jak i dla kapo) stylistyka: “wyłapywać ludzi i szczepić jak psy” https://www.facebook.com/rychlik2018/posts/ktokolwiek-widzia%C5%82-ktokolwiek-wie/1328604955746739/
+
W usa epidemia jakiejś “cyklosporozy” ( jakoby inwazja pierwotniaków-pasożytów w organizmie- biegunki ) niby z powodu meksykanskiej sałaty (o tym np Amerykanska Agencja d/s spraw żywności i leków)…Czy nie brzmi jakoś znajomo/”swojsko”…. 2019/20 r niby dzikie nietoperze na targu Wu-han , czy cuś i z tego potem “swiatowy celebryta c-19″…A w tym Wu-han, to po prostu nat-owskie laborat czapeczek/cia…Zresztą później w styczniu 2026 r w Davos delgacja rzadowa usa w raz z Trumpem oznajmiła ,że ta “palandemia c-19” , była miilitarną operacją przeciw ludom.swiat (przećwiczenie wprowadzania masonskiego/czapeczkowego zamordyzmu.swiat)……No i teraz prof. Damian Galeron m.in np: o nowym -kolejnym “celebrycie” ,który po piłce kopanej 2026r rozkręcają na “globci” (no i przy okazji, czyż np: nie zgodnie z zapowiedzią na okładkce masońskiego pisma “The Economist” ze stycznia 2026 r)…..Pytanie , co prędzej zmajstrują (Ap. Nt)? Czy konia pomoru, czy może wojny, czy głody/plankryzysy…a może wszystkie naraz ? Od 16 – tej minuty https://youtu.be/Fx9bhh2UGss