1. Pojałtańskie granice w Europie mają coraz słabszych obrońców /dakowski.pl/
2. Prof. Modzelewski gorzko o znaczeniu Polski i Europy na Świecie / PRZEkanał/
Pojałtańskie granice w Europie mają coraz słabszych obrońców
Jeszcze do niedawna słyszeliśmy, że oficjalnym celem naszej polityki wschodniej jest przywrócenie statusu quo ante bellum, czyli „wyzwolenie wszystkich okupowanych przez Rosję terytoriów Ukrainy”; z Krymem włącznie.
***
Nastąpiła zmiana w oficjalnej opowieści o konflikcie rosyjsko-ukraińskim: od 2022 roku toczy się ponoć „pełnoskalowa wojna”, a przedtem – jak można się domyślać – była też wojna „niepełnoskalowa”, mimo że wtedy posługiwano się pojęciem „aneksja”. Jest to zapewne jednym z największych paradoksów naszej polityki ostatnich ponad stu lat: stanęliśmy w obronie granic innego państwa, które to granice arbitralnie na swoim terytorium wyznaczył Związek Radziecki. Kształtowanie się granic „socjalistycznych republik radzieckich”, które wchodziły w skład ZSRR, było procesem skomplikowanym. Zachodnią granicę z Polską („linia Curzona” oraz podział Prus Wschodnich) określiła „Wielka Trójka” jeszcze w 1945 roku, a pokoleniu wychowanemu już w III RP przypomnę, że były to dwa na wskroś „zachodnie” państwa – USA i Wielka Brytania, oraz Związek Radziecki.
Skutkiem tej decyzji było wyrzucenie do kosza Traktatu Ryskiego z 1921 roku, w którym Polska z Bolszewikami i odrębnie z… Ukrainą (w wersji nienacjonalistycznej, lewicowej) ustaliła naszą granicę wschodnią. Nota bene odrębnie w 1922 roku w drodze faktów dokonanych powstała granica polsko-litewska („bunt Żeligowskiego”). Ale takimi szczegółami Wielka Trójka nie przejmowała się: do takich oto „państw związkowych” jak „socjalistyczne: Ukraina, Białoruś i Litwa”, które formalnie były częścią ZSRR, przyłączono wschodnie tereny II RP, nie pytając się o zgodę emigracyjnych władz naszego kraju, z którymi oba zachodnie mocarstwa miały stosunki dyplomatyczne a z Wielką Brytanią łączył nas (jak widać niewiele warty) sojusz wojskowy.
Pozostałe granice (wewnętrzne) tychże państw związkowych, czyli między „socjalistyczną Ukrainą” a jej wewnętrznymi sąsiadami („socjalistyczną Białorusią”, „socjalistyczną Rosją” i równie „socjalistyczną Mołdawią” wyznaczyły władze w Moskwie (pomijam tu mniej istotny dla naszych rozważań wątek granicy między ZSRR a Czechosłowacją, Węgrami i Rumunią). Na korzyść „socjalistycznej Ukrainy” nastąpił w pięćdziesiątych latach zeszłego wieku również podział… „socjalistycznej Rosji”: wtedy to Krym, który nigdy nie miał nic wspólnego z jakimkolwiek tworem państwa ukraińskiego, został podarowany Ukraińcom: czyli ów twór quasi-państwowy powstał również kosztem II RP oraz Rosji. W ten sposób powstała największa w historii wersja państwa ukraińskiego, która po samorozwiązaniu się ZSRR stała się odrębnym i samodzielnym (bytem) państwem. Pomysłodawcą i politycznym patronem tej wersji terytorialnej Ukrainy był Związek Radziecki, ale od 1991 roku tego państwa już nie ma.
Minęło od daty tego rozwiązania już prawie 35 lat, to dużo czasu. Można przyjąć diagnozę, że ani jeden z dwóch pozostałych twórców „wielkiej Ukrainy” nie będzie krwawić w jej obronie. Rosja już od dawna kwestionuje jej granice, w tym proponuje nawet rewizję granicy wschodniej i zachodniej, a USA i Wielka Brytania nie wyślą swoich wojsk na ten „front”.
My za to zaklinamy rzeczywistość i mówimy o jakiejś „bezwzględnej” i „bezwarunkowej” konieczności wsparcia dla „walczącej Ukrainy”. W imię czego? Obrony postradzieckich granic? To mało realne: nie stać nas na taki wysiłek finansowy – to zbyt duży ciężar. Nie stać na to również europejskich państw NATO oraz Unii Europejskiej, które utrzymują władze w Kijowie na kredyt, który ma spłacić… Rosja z wypłaconych kiedyś Ukrainie reparacji, co jest mało prawdopodobne. USA już nie finansują władz w Kijowie: więcej – zapowiadają wycofanie się z tej części świata. Nie będzie również żadnego „Trójmorza” pod patronatem Waszyngtonu.
Jest jeden istotny prawny motyw naszego zaangażowania się w obronę postradzieckiej wersji „wielkiej Ukrainy”. Rewizja jej granic prawdopodobnie wywoła efekt domina, bo przecież również nasze granice, w tym polsko-niemiecka, są pomysłem radzieckim, a współczesna Rosja nie musi być patronem (już nie jest?) Polski w wersji sięgającej Odry i Nysy wraz ze Szczecinem i Dolnym Śląskiem. Problem jednak w tym, że gdy przed trzydziestu laty dzielono Jugosławię czy Czechosłowację, nie broniliśmy „granic jałtańskich”: wręcz odwrotnie – polityczne wspieraliśmy likwidację tych państw.
Dlatego porażka polityki wschodniej, bo prawdopodobnie nie obronimy przed podziałem „wielkiej Ukrainy”, będzie kolejnym pretekstem dla dalszej rewizji „granic jałtańskich”. Kto w przyszłości stanie w ich obronie? USA? To mało prawdopodobne.
prof. Witold Modzelewski
Myśl Polska, nr 37-38 (13-20.09.2026)
<> <>
__________________________________________________________
Bardzo trzeźwa ocena.Bardzo.
W odniesieniu do Polski gorącym patriotom z pewnością nie spodoba się passus o Dolnym Śląsku, Szczecinie etc.
Bo wszak wracamy do Lwowa i Wilna, ale Dolnego Śląska i Szczecina nie oddamy.
Pierwszy raz spotkałem się z ujęciem wprost,że zachodnie granice Polski to prezent od Stalina.Można rzec kukułcze jajo.
Najlepiej o tym nie mówić, bo to temat tabu.
W powszechnym mniemaniu to stare ziemie piastowskie, które nam się należały.
Nie z dobrego serca dany tylko jako zarzewie przyszłego konfliktu/problemu na zachodzie Polski.
Bo rozwiązania terytorialne z pozoru godzące zwaśnione strony lub tłumaczone jako rekompensata za straty terytorialne i wojenne ZAWSZE niosą ze sobą ziarno następnych konfliktów.
Bo taki jest plan światowego sanhedrynu.
Jedną wojnę się kończy (z sukcesem mordując miliony ludzi i dorobek materialny/kulturalny wielu pokoleń), a już planuje się następne podobne z reguły większe niż poprzednie.
Ambicje likwidacyjne idą już nie w miliony tylko miliardy, a np. cywilizacja łacińska ma być wymazana, bo jest niesłuszna. Tak twierdzą wieczni, dyżurni mąciciele z cywilizacji żydowskiej.
Jest oczywiście kwestia prawdy historycznej i kulturalnej terytoriów , o których mowa.
Na przykład Dolny Śląsk w zasadzie nigdy nie należał do Polski. Przez jakiś czas należał w części do Czech (Kotlina Kłodzka), ale potem setkami lat należał do Niemiec.
Warto się tym zainteresować zanim zapłonie się świętym oburzeniem na to co piszę i pisałem już kilkadziesiąt lat temu.
Tyle, że już krótka wizyta na Dolnym Śląsku wskaże kto budował tą krainę i że nie byli to Polacy.
Nb. Dolny Śląsk to największe po dolinie Loary skupisko zamków i pałaców w Europie. Po polskiej stronie w większości w stanie ruiny.
Po czeskiej w stanie zadbanym jeśli nie kwitnącym.
Takie obiekty jak zamek w Gorzanowie, Ołdrzychowicach, Krowiarkach i dziesiątkach innych miejsc to dowód na “opiekę” jaką przez dziesiątki lat państwo polskie otaczało historyczne obiekty drwiąco opatrując je tabliczkami “obiekt zabytkowy prawem chroniony”.Robiono to z premedytacją ,bo “przecie nie nasze”.
W istocie. nie były/są to dowody na słuszny “powrót do macierzy” i że to “ziemie odzyskane”.
To co z zabytkami, które w większości przetrwały wojnę nienaruszone, zrobiła dzielna armia radziecka specjalizująca się w niszczeniu, rabunkach , gwałtach i demolce, a co potem dokończyli osiedleni tam w dużym stopniu Ukraińcy i repatrianci ze wschodu woła o pomstę do nieba.
Część ziem zachodnich i północnych należała do Polski za czasów pierwszych Piastów.
Mieszko I i Bolesław Chrobry włączyli do państwa Polan m.in. Pomorze Zachodnie, ziemie Lubuszan czy Śląsk.
Kontrola nad wieloma z tych terenów trwała zaledwie kilka lub kilkanaście lat, po czym uległy one uniezależnieniu lub przeszły w orbitę innych wpływów (np. cesarstwa czy Czech). Dolny Śląsk i częściowo Pomorze były silniej związane z Piastami w kolejnych wiekach, ale np. Prusy czy Warmia nigdy nie wchodziły w skład państwa pierwszych Piastów.
To tylko tytułem uzupełnienia. Tutaj o “obiektywnej “historii, mocno okrojonej przez demistyfikatorów.
https://wielkahistoria.pl/ziemie-odzyskane-co-komunisci-robili-by-udowodnic-ze-to-rdzennie-polskie-terytoria/
“Na przykład Dolny Śląsk w zasadzie nigdy nie należał do Polski”-argumentów równoważnych (na całym świecie) można znaleźć od groma. Terytorium USA (obecne) należy do USA “w zasadzie” od 200 kilkudziesięciu lat. I to nie całe, bo do unii było przyłączane stopniowo. Wyspy Japońskie to japońska zdobycz na Ainach. Mają zwrócić? Duńczycy utracili na rzecz Szwedów Skanię, na rzecz Niemców Holsztyn. Całe byłe NRD to podbój niemiecki na słowiańszczyźnie, oddać Serbom łużyckim jako najbliższym spadkobiercom. Obwód “kaliningradzki” nigdy nie należał do Rosji, ale teraz już należy. I tak dalej. Dolny Śląsk należy do tego, kto go wywalczył siłą. Takie są realia polityczne świata w którym żyjemy. To jest region który był kolonizowany przez żywioł niemiecki przez setki lat-jako nakładka na miejscowe władztwa słowiańskie. Niemieccy zbrodniarze w trakcie II wojny zrujnowali nam kraj, wymordowali miliony ludzi, ograbili z majątku, pośrednio wepchneli w komunistyczne piekło. To są koszty trudne do oszacowania. Żadnego sensownego odszkodowania nie było. Mamy sobie podać rączki na zgodę i grzecznie “oddać co niemieckie”? Łobuz przyszedł do naszego domu i go zdemolował ale się przeliczył z siłami bo nasi kumple okazali się mocniejsi i wystarczy jak przeprosi? Dolny Śląsk jest i będzie polski na długo. Pod warunkiem, że szumowiny polityczne grabiące aktualnie Polskę pójdą precz i jakimś cudem staniemy się w końcu państwem poważnym. Ruina majątków, “zameczków” itd. na Dolnym Śląsku to dzieło komunistycznej hołoty, nie Polaków-łacinników. Francuzi po podboju Alzacji/Lotaryngii nie unicestwiali tam cywilizacji do gołej ziemi, “by zatrzeć ślady” tylko spokojnie administrowali jak u siebie. Kto poważny dzisiaj wspomina o powrocie rzeczonej Alzacji/Lotaryngi, “zuruck zum Reich”? Niemcy niech się cieszą, że po zbrodniach które mają nas koncie w ogóle istnieją jako państwo i naród. Nie widzę żadnej równowagi pomiędzy zaborem Kresów przez stalinowskie imperium, a okrojeniem Niemiec po tragedii II wojny. Nie na gruncie łacińskim, może z Talmudu da się taką “sprawiedliwość” wykroić.
Ważne uzupełnienie.
Żelazna logika w wywodach prof. Witolda Modzelewskiego.
W tym wszystkim najbardziej żałosne pozostają kukiełki odgrywające role polskich polityków.
Na przykład Dolny Śląsk w zasadzie nigdy nie należał do Polski.
Przecież to jest nieprawda.
Od VI w. tereny obecnego Dolnego Śląska zaludnili tzw. zachodni Słowianie (plemiona Ślężan, Opolan itp.) których od. X w. jednoczyli Piastowie w jedno Księstwo Wrocławskie, ze stolicą we Wrocławiu. Tereny te stały się organiczną częścią Monarchii Wczesnopiastowskiej do XIV w., kiedy to w wyniku wojny polsko-czeskiej o Śląsk, czeski król Karol IV Luksemburski (zresztą półkrwi Polak, syn Elżbiety z rodu Piastów) zajmuje rozdrobnione po śmierci Henryka Pobożnego księstewka piastowskie i włącza je do Rzeszy. Ale już w następnym stuleciu trafiają one pod władzę Węgrów, potem Austrii. Dopiero Fryderyk II w wyniku wojen śląskich, anektuje ten teren do Prus w połowie XVIII w. Do dziś w zakresie wybitniejszego budownictwa, pamiątek pruskich tam prawie nie ma, jest za to masa pięknego renesansu z czasów węgierskich oraz baroku austriackiego i czeskiego klasy światowej.
Rdzenna ludność Dolnego Śląska aż do XIX wieku posługiwała się głównie archaicznym językiem dolnośląskim, będącym mieszanką polsko-czeską z naleciałościami niemieckimi, który osadnicy pruscy ochrzcili mianem “gwary wodnopolaków” (Wasser-Polnisch). Gwara ta zanikła dopiero w I połowie XX w. ! Ale sto lat wcześniej, jeszcze w latach 20tych XIX w. mowę tę spisał i utworzył kilkutomowy Słownik Oławski nauczyciel dolnośląski Baltazar Działas. Wg. niego np. na nietoperza mówili oni “gancyperz”, na buraka “cervono rzepo”, na motyla “motyrlok” itd.
Z osobistych wspomnień pamiętam opowieść o znanym pisarzu historycznym Antonim Gołubiewie, autorze m.in. 3-tomowej sagi “Bolesław Chrobry”, będącym ojcem chrzestnym jednej z moich powinowatych, który jeszcze w latach 1970. jeździł na Dolny Śląsk do stuletnich sióstr zakonnych z okolic Małoszyc (nazwy zakonu nie pamiętam), które mówiły tym językiem i spisywał ich wyrażenia, wykorzystywane potem w jego powieściach o polskim średniowieczu.
Takie to jest “niemieckie państwo”.
Zaś co do przepięknych rzeczywiście rezydencji niemieckich na terenie Dolnego Śląska, pochodzących zazwyczaj już z czasów pruskich, to Pańskie oskarżenia wobec Polaków, nie dość starających się wg. Pana o ich zachowanie, są krzywdzące. W przeciwieństwie bowiem do polskiej szlachty i arystokracji, która została przez komunistów doszczętnie obrabowana, jeśli nie wymordowana, i nie mogli niczego po wojnie odbudować np. na Kresach choćby chcieli, to stare rody pruskie i niemieckie na Dolnym Śląsku w większości nie ucierpiały wiele od swoich i spokojnie mogłyby wspomóc odbudowę swych gniazd rodowych, jeśli im na tym zależało. Zwłaszcza, że odrestaurowanie tych potężnych siedzib przekraczało możliwości zniszczonego wojną państwa polskiego, nie mogącego poradzić sobie ze swoimi własnymi stratami czasu wojny i do tego przemianowanego na komunistyczne.
Znam dość dobrze Dolny Śląsk, zjeździłem go wzdłuż i wszerz jeszcze w latach stanu wojennego, gdy nie można było jeździć za granicę, więc zwiedzało się Polskę. Pamiętam rozmowy z miejscowymi np. w Gorzanowie, gdzie stoi rzeczywiście zachwycający ogromny pałac, którzy potwierdzali kompletny brak zainteresowania Niemców swymi pamiątkami architektury tu pozostawionymi. Zresztą rabowane i niszczone były one głównie przez czerwonoarmistów, na co nie mieliśmy wpływu. Np. wielki dziedziniec podjazdowy zamku Książ był grubo wysypany od krańca do krańca szczątkami potłuczonej zamkowej porcelany.
Jednak tam, gdzie po wojnie był gospodarz – i to polski, bo niemieckich już też nie było – zabytki przechowały się w znakomitym stanie. Np. wspaniałe dolnośląskie świątynie.
Well said.
Z tym że dla wszystkich diabłów, którzy zabrali się za układanie tych klocków na nowo, to nie ma żadnego znaczenia. Jesteśmy dla nich łupem zdobytym bez jednego wystrzału – najpierw znieczulonym i na bieżąco demoralizowanym, aby można było dokonywać niezakłóconej konsumpcji.
Ogłupiono nas, zantagonizowano i wprowadzono w stan odrętwienia.
Tolerujemy polskojęzycznych zdrajców.
Diagnoza ta jest znana i nikt za bardzo nie wie jak to zmienić. Przyczyną jest brak brak polskich elit i judaizacja Kościoła Polskiego.
należałoby najpierw wyjaśnic co kto rozumie pod określeniem ” należało do Polski”.
Alaska np. kiedyś “należała” do Imperium Rosyjskiego.
To ile to lat ? Siedemset ?
Od XIV wieku Dolny Śląsk należał do Korony Czeskiej, a od 1526 roku wraz z nią wchodził w skład monarchii Habsburgów (Austrii) (z tego co się orientuję obszar niemieckojęzyczny).
W wyniku wojen śląskich w XVIII wieku większą część regionu zdobyły Prusy (też chyba obszar niemieckojęzyczny).
Potem teren ten stał się częścią zjednoczonych Niemiec .
Na Dolnym Śląsku są dwa piękne zabytki z 1657 roku. To Kościoły Pokoju. Jeden w Świdnicy ,drugi w Jaworze.
To ile to lat ? Trzysta siedemdziesiąt ?
Konia z rzędem kto w tych obiektach znajdzie słowo po polsku.
Proponowałbym pokornie trzymać się prawdy w tym prawdy materialnej , w przeciwnym razie ustawimy się w tym samym szeregu co ukraińcy, którzy w chwilach wolnych od zajęć wykopali Morze Czarne, zbudowali Kraków i w ogóle ludzka cywilizacja to ich zasługa. Wynaleźli też koło zresztą stosunkowo niedawno.
Pan przyporządkowuje Dolny Śląsk wedle języka a ja według kultury duchowej. Toteż Dolny Śląsk był przede wszystkim katolicki, czy to będąc pod władaniem Piastów, czy Przemyślidów czeskich czy katolickich Habsburgów. Te 200 lat ostatnich pod butem pruskim było dla nich tak, jak Warmiakom na północy – obcość a nawet wrogość kulturowa. Nie rozumiem, jaki motyw kieruje Panem by negować dolnośląskie fakty historyczne, filozoficzne i duchowe, jak to czynili urzędnicy pruscy za kulturkampfu. Dolny Śląsk to zawsze była przebogata duchem i kultura materialną ziemia, pełna artystów, baroku, poezji, tryumfu katolicyzmu w najlepszej krasie. Do prusaków mógłby ich porównać tylko jakiś ponury ignorancki urzędas.
Dobry Boże !
Nie będę już rozwijał tematu, bo wszystko co miałem do napisania krótko i zgodnie z prawdą materialną już napisałem.
Przypomnę tylko, że jesteśmy pod wątkiem , w którym prof.Modzelewski rzeczowo, konkretnie wskazuje prawdopodobną przyszłość.
Tytuł tego wątku to “Pojałtańskie granice w Europie mają coraz słabszych obrońców”.
I wątpię mocno żeby Niemcy odzyskując te tereny brali pod uwagę te wszystkie uwagi.
EOT
I wątpię mocno żeby Niemcy odzyskując te tereny brali pod uwagę te wszystkie uwagi.
A ja wątpię mocno, żeby w ogóle mieli tę okazję. Ich czas się kończy. Może im zostało jeszcze jedno małe wierzgnięcia ich obłąkańczej pychy panowania nad światem, która tyle krwi niewinnej przelała w Polsce i gdzie indziej.
Mają godnych następców. Jeszcze lepszych.
Wątpię, by inżynierowie i lekarze z buszu – o ile tych następców ma Pan na myśli – zamierzali iść na udry w sprawie praw historycznych do Dolnego Śląska. Pewnie nawet nie wiedzą co to jest. Wystarczą im zasoby wielkich miast niemieckich i stamtąd będą czerpali.
Chodzi niewątpliwie o wschodnią gałąź nowo mianowanej rasy panów: Tyrolczyków Wschodu – Wrocław, i nie tylko Wrocław, jest już praktycznie ich.
Szarańcza nie zna granic ani historii, ale wciąż jest pod ograniczoną kontrolą, nad nią są Niemcy jako historyczni złodzieje i kolonizatorzy mający coś w rodzaju koncesji na Polskę, otrzymaną z góry. Zarządzają sprawnie swoją agenturą w Polsce grając na całkowitą dezintegrację w Polsce, paraliżując struktury i prowadząc działania hybrydowe anihilując wszystko co polskie -historyczne nazwy, symbole w architekturze- herby, godła.
Biorą ogromne pożyczki na “polskiego słupa”, które spłaca polski niewolnik, notabene analogicznie do tych strat:
Główny Urząd Statystyczny policzył, jakie straty poniosła Polska…
/link/
Polskie nieszczęście z Niemcami datuje się jeszcze od czasów Popiela, którego żoną miała być posępna i groźna Gerda. To taka nasza lady Makbet, która namówiła króla by otruł swych zaproszonych stryjów. W ten sposób wygasła dynastia Popiela (wg. Kroniki śląsko-polskiej z Lubiąża z końca XIII w., zwał się on Pompilius) i można było kombinować z podstawianiem kuzynom różnych Niemek za żony i manipulowaniem rodzącym się państwem polskim. Niemcy od zawsze mordowali Słowian. Udało im się prawie całkowicie wytępić Słowian Zachodnich, którzy nie przyjęli chrztu. Przyjęcie Chrztu przez Mieszka I ocaliło Polan i dało początek państwowości. Ale jej kres stanowią także Niemcy – masońsko-niemiecka dynastia Wettinów która za sprawą głupiej i też zmasoniałęj i bezbożnej arystokracji i szlachty polskiej, oblazła tron polski w XVIII w. doprowadzając zgodnie z masońskimi dyrektywami do rozkładu państwowości i całkowitego upadku morale narodowego, a w konsekwencji do rozbiorów Polski.
…i żaden z Panów ani słowa o naszich…?
To być błąd. To być duża błąd.
“Dolny Śląsk należy do tego, kto go wywalczył siłą. Takie są realia polityczne świata w którym żyjemy.”
Dokładnie. Bez sentymentów i “sprawiedliwości dziejowej.”
Proszę nie cytować tendencyjnie wyrwanych zdań. Dalej we wpisie Sarmaty pada inna wypowiedź: “Dolny Śląsk jest i będzie polski na długo”.
I tyle.
Wstyd, że na polskim katolickim portalu trzeba takie prawdy przypominać. W latach 1980-90tych zjeździłem i poznałem Dolny Śląsk pewnie nie gorzej niż inni zabierający tu głos w tej sprawie. Ale widzę, że bodaj tylko ja czuję duszę tej niezwykłej ziemi, wziętej przed 200 laty pod sołdacki pruski but. Ale ona NIE jest pruska, NIE jest niemiecka. Jest u swego dna katolicka: polska, czeska, barokowo-austriacka. Wędrując tam ma się czasem wrażenie przebywania na dawnym polskim Podolu: taka tu bujność, różnorodność, szalone bogactwo świątyń, taka żyzna mieszanka kultur. Nie udało się ani prusactwu ani bolszewii tego do końca zniszczyć. I zgadzam się z tezą Sarmaty, że jeśli “szumowiny polityczne (…) pójdą precz i jakimś cudem staniemy się w końcu państwem poważnym” to pod prawdziwie polską ręką te ziemie będą powracać do swego pradawnego ducha, zwłaszcza że osiedlono tam po wojnie wielu kresowiaków.
Oj tak. Zdecydowanie przekraczało.
Kiedyś trafiłem na opis tego co działo się np. w Kopicach.
Oto fragment:
Podobny jeśli nie identyczny był los setek zabytków na tej ziemi.
Podobny był i często jest do dziś los poniemieckich zwykłych, a niezwykle solidnych domów i zabudowań gospodarczych.
Dziesiątki razy tam jeżdżąc z przerażeniem patrzyłem na zrujnowane kościoły, zapadające się dachy wspaniałych zabudowań bauerów. Dachy były załamane, ale antena satelitarna wystawała.
Hurrapatriotyzm, któremu prawda nie przeszkadza to nie ze mną.
Pan tu ciągle wymachuje widokówkami zniszczonych rezydencji pruskich rodów, jak pałac w Kopicach – gdy ja mówię o duchu tej ziemi, i o wspaniałych zachowanych świątyniach mających polskiego gospodarza, dzięki temu, że są świątyniami. Pałace nie miały tego szczęścia, gospodarze wyjechali, stąd taki ich los. Identyczny, jak los polskich rezydencji magnackich na Ukrainie. Na wileńszczyźnie, gdzie Litwini często utożsamiają się z wieloma polskimi rodami arystokratycznymi, ten los pałaców jest już znacznie lepszy. Pan tego w ogóle nie bierze pod uwagę, jak ważne a nawet decydujące w stosunku do dziedzictwa materialnego jest to podglebie duchowe, to utożsamienie się z duchem czegoś, a nie tylko z cegłą, choćby najpiękniejszą. Wznosi Pan lament nad rezydencjami nie mającymi nic wspólnego z duchem polskim ani polską historią, domagając się niemożliwego: aby Polacy kochali te pamiątki jak własne. Owszem, zdarza się to czasem, np. w Kamieńcu Ząbkowickim gdzie wznosi się gigantyczna i pięknie przez Polaków podniesiona z ruiny rezydencja autorstwa sławnego architekta Karla Schinkela. Jeśli Niemcom zależy na dowodzeniu niemieckości tych ziem, to niech łożą i odbudowują swe pamiątki materialne, nikt im nie broni.
W myśl Pańskiej teorii winniśmy też odbudować każdy kirkut żydowski czy synagogę, porzucone przed laty przez gospodarzy, którzy nie interesują się nimi i mnożą oskarżenia wobec Polaków, ale dolara na odbudowę nie dołożą. Więc teraz ja powtórzę Pana zdanie: nie ze mną te numery, Brunner.
Nie usprawiedliwiam wandali i chuliganów którzy niejeden porzucony zabytek, także polski, doprowadzali do ruiny. Przed paroma laty widziałem szczątki “polskiego Wersalu” czyli rezydencji Sanguszków w Podhorcach na Ukrainie. Kopice przy tym to jeszcze całkiem całkiem. Widziałem też wspaniałe opuszczone rezydencje w Hollywood, przypominające niejeden europejski zamek, np. rodziny Lizy Minelli – jej ojca reżysera i matki śpiewaczki. Framugi okien powyrywane, nietoperze latają, ropuchy skrzeczą w basenie. I nikt nie podnosi wrzasku, że “piękno niszczeje”, bo jest to po prostu piękno porzucone przez gospodarzy i nikt się z jego historią już nie utożsamia. Trzeba to przyjąć do wiadomości, jako kolej rzeczy, wyrok przemijania, a nie mnożyć antypolskie oskarżenia.
Myślę, że na tym zaprzestanę już uczestnictwa w tej interesującej, owszem, ale w sumie jałowej dyskusji, nie prowadzącej do istotnych konkluzji poza sporem o metryki urodzenia.
Stan poniemieckich nieruchomości na Dolnym Śląsku jest skrajnie zróżnicowany.
Dolny Śląsk jest nazywany „doliną pałaców”. Największe obiekty ucierpiały najbardziej po 1945 roku w wyniku szabru, działalności PGR-ów i wieloletniego braku zabezpieczeń. Część została uratowana przez prywatny kapitał (m.in. przekształcona w luksusowe hotele).
Większość pałaców przetrwała II wojnę światową bez żadnych zniszczeń. Ich dewastacja rozpoczęła się w momencie wkroczenia wojsk radzieckich. To jest bezsporne. Czerwonoarmiści masowo kradli dzieła sztuki i meble, a potem nierzadko obiekty te podpalali. Potem były zaniedbywane przez wladze.
W ten sposób zniszczono neogotycki pałac w Kopicach (podpalony w 56 r. prawdopodobnie przez dyrektorów w celu ukrycia szabru), o którym Pan pisze. Także pałac w Szczodrem, zwany Śląskim Windsorem.
Większość ocalałych pałaców i folwarków przeszła po wojnie na własność Skarbu Państwa. Obiekty przekazywano najczęściej PGR-om, urzędom lub przeznaczano na szkoły, magazyny etc. Nie konserwowano ich, a gdy nieruchomość nie nadawała się do użytku, porzucano. W latach 90-tych Agencja Własności Rolnej SP pozbywała się tego “dobra”, najczęściej sprzedając za bezcen. Nowi właściciele rzadko mieli środki na odbudowę zgodnie z wymogami konserwatorskimi.
Ale sytuacja się powoli poprawia. Drobny przykład: XVIII-wieczny pałac w Lubiechowej (pow. złotoryjski) w którym odbywało się ostatnio jedno ze spotkań SLW.
W latach powojennych w pałacu mieścił się ośrodek kolonijny PKP, a następnie obiekt przeszedł pod zarząd gminy popadając w całkowitą ruinę. Ruinę odkupił zamożny rolnik Józef Żałobniak i odbudowywał ją z własnych środków przez ok. 8 lat. Wydał na to ok. 5 mln zł. Dzisiaj mieści się tutaj elegancki hotel z restauracją i SPA.
https://www.palac-lubiechowa.pl/
Czy Pan nie widzi, że strzela sobie w stopę ?
No to jest polski ten Dolny Śląsk czy nie jest ?
Stosunek do zabytków vel dóbr kultury jest jest jednym z wyznaczników tego do jakiej cywilizacji należymy vulgo
czy jesteśmy barbarzyńcami czy nie.
Sowieci to barbarzyńcy ze sfery acywilizacyjnej (sowieci to całość bez względu na to czy północni aktualnie źli czy południowi aktualnie dobrzy).
Niemcom (bizancjum) też niewiele brakuje.
Polacy natomiast , przynajmniej w części tej nie zbolszewizowanej, identyfikują się z resztkami cywilizacji łacińskiej, a to do czegoś zobowiązuje.
Tak czy inaczej jestem BARDZO kontent , że ten temat przy okazji granicznych niepewności jałtańskich wypłynął.
Może nawet zrobię nieduży serwis na moim dysku google żeby udostępnić trochę z własnych zbiorów fotograficznych tamtego regionu.
Czy Pan nie widzi, że strzela sobie w stopę ?
No to jest polski ten Dolny Śląsk czy nie jest ?
Pisze Pan jakby nie rozróżniał tego, co ja od początku wyraźnie punktuję. Że jest owszem, niemiecko-pruska warstwa okrywająca region od ok. 200 lat, odkąd Fryderyk II zagarnął Dolny Śląsk. Ale przedtem była i jest nadal zachowana całkiem inna, ta przedpruska, “nasza” katolicka, czeska, polska, węgierska, austriacka dusza Dolnego Śląska. Aż mi się nie chce tego ponownie pisać.
“Jesteśmy dla nich łupem zdobytym bez jednego wystrzału – najpierw znieczulonym i na bieżąco demoralizowanym, aby można było dokonywać niezakłóconej konsumpcji.
Ogłupiono nas, zantagonizowano i wprowadzono w stan odrętwienia.
Tolerujemy polskojęzycznych zdrajców.
Diagnoza ta jest znana i nikt za bardzo nie wie jak to zmienić. Przyczyną jest brak brak polskich elit i judaizacja Kościoła Polskiego”.
Takie widzenie przyczyny prowadzi do użalania się i zapicia się na śmierć, czy też wejścia w dowolną inną formę samozatracenia.
Najpierw pytanie “jakich elit”?
Przede wszystkim elit ducha. – Najpierw elit ducha ludzkiego i wspólnotowego, najpierw kształtującego kulturę człowieczeństwa z rozumieniem człowieka jako wspólnoty wspólnoty ducha, duszy i ciała z podziałem ról, trwającej w jedności.
Tu od razu uwaga, że takie rozumienie człowieczeństwa pozwoli traktować nadmierne indywidualizmy i kolektywizmy, oraz związane z nimi ideologie jako patologie i wykluczyć je z życia publicznego.
Dalej idzie o duchową kulturę ludzka i kulturę polską jako jej część, a dopiero później politykę jako moralną moralnością Narodu Polskiego. – Dopiero dalej cywilizację w rozumieniu łacińskim, służebną kulturze chrześcijańskiej, aby mogła kształtować tak tą cywilizację, jak i politykę jako moralną, a więc robiącą to co konieczne, służącą życiu i przyszłości dalekowzrocznie i międzypokoleniowo widzianej.
– Dopiero wtedy zaczyna się przestrzeń budowy elit politycznych jako moralnych, czyli prawdziwie politycznych.
Co do Kościoła to ma on dwa wymiary – wspólnota ducha, jaką jest wspólnota wiary, zachowująca jedność duchową i mająca system wartości wynikający z nauczania Jezusa Chrystusa. – Z papieżem jako strażnikiem wiary jako fundamentu Kościoła.
Drugi wymiar, to Kościół jako organizacja religijna, z władzą wykonawczą i jej elitami jako wykonawczymi, a nie władzy, w tym z “papieżem” jako “władzą”.
– I ten drugi wymiar ma mieć rolę służebną względem pierwszego, tak jak cywilizacja ma mieć rolę służebną względem kultury.
W obu przypadkach dopóki nasz ludzki i wspólnotowy duch nie idzie przodem, to i Duch Boży nie idzie przodem i nigdzie nas nie prowadzi, więc idziemy w rozsypkę i patologie.
– A uznać za pierwszego Boga to już sprawa ludzkich powołań i celów, zwłaszcza wychowania potomstwa i ukształtowania jego sumienia, przekazania mu duchowego systemu wartości naszych Przodków, aby stał się systemem wartości przyszłych pokoleń jako ich duchowe dobro wspólne.
– Systemu spójnego, jednoznacznie rozumianego i zgodnie praktykowanego w takich samych sytuacjach podczas podejmowania decyzji, dokonywania wyborów, oraz okresowych korekt postępowania tak własnego, jak osób którym powierzamy jakieś funkcje, czy z którymi współpracujemy.
– Systemu, którego naturalną rolą jest też byciem źródłem prawa państwowego, i to od razu jako spójnego, jednoznacznego dającego się zgodnie rozumieć praktykować, ale i użytecznego do kontroli władz powierzonych, czy kontroli wykonywania umów.
Dopóki mamy ten system, odtworzenie elit ducha, czy to ludzkiego, czy narodowego czy wiary nie powinno stanowić problemu. – Bo to on jest gwarantem, np. że “Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy”.
tak w ogóle to wielu tutaj może się przerazić skalą potrzeb … i “zapić się…”, czy próbować ustawić tak żeby jeszcze pożyć choć trochę dłużej jak sąsiad. – Wzorcowo takimi są globaliści czy państwowe władze typu namiestniczego.
Najgorsze, że tutaj trzeba zaczynać od siebie;
– w tym najtrudniejsze jest zaprzestanie użalania się nad sobą i zaprzestanie ulegania dysonansowi poznawczemu, bierności, czy czekania, że “”skądś” wezmą się elity ducha, które przedstawią gotowy program działania i pójdą przodem, albo i od razu wywalczą dla nas to, czego potrzebujemy”.
Prawdziwa diagnoza przyczyny tragicznej sytuacji w jakiej znaleźliśmy się jako Naród i Kościół jest w tym że niewielu robi wszystko, aby stać się tymi koniecznymi Narodowi i Państwu a docelowo i im samym, elitami ducha.
– A przecież mieliśmy i męczenników, których każda kropla przelanej krwi powinna wzbudzać tłumy kontynuatorów ich dzieła.
Trzeba też widzieć, że bez najpierw bycia elitami ducha, wszelkie tytuły “elit” są fałszywe i uzurpatorskie. – Są z tytułu spisków i zmów z podobnymi sobie na zasadzie mentalności bandytów ulicznych: “my nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych”.
Dotyczy to i elit naukowych, gdzie niewyobrażalnym jest żeby naukowiec, zwłaszcza profesor nie był najpierw elitą ducha ludzkiego i wspólnotowego, i np. prawdę badań ustalał na zasadzie konsensusu w ramach odpowiednio dobranej grupy “naukowców”, czy na inne sposoby “postępował nikczemnie”.
Dziękuję za korektę mego wpisu i pogłębienie tej tematyki.
Bezbłędna analiza z Pańskiej strony w kwestii “elit ducha”.
Jeszcze raz dziękuję.