W opublikowanej pod przydługim tytułem „Polskie biesy. Tom 1, XVIII wiek. Wrogie przejęcie i zbrodnie założycielskie” rozmowie z Janem Taturą europoseł Grzegorz Braun dokonuje bezprecedensowej rozprawy z własną grupą społeczną: inteligencją.
Jeżeli nie jest to radykalna próba uwiarygodnienia się w oczach elektoratu, mamy do czynienia z manifestem politycznym katolickiego tradycjonalisty, jakiego w Polsce nie było. Może on doprowadzić do białej gorączki „Gazetę Wyborczą” tak samo jak słuchaczy Radia Maryja oraz wpędzić w popłoch episkopat Polski. To ostatnie akurat nie jest trudne, ponieważ słowo „popłoch” zdaje się charakteryzować sposób reagowania tego szacownego gremium.
Braun uderza w sploty słoneczne oraz w największe świętości polskiego inteligenta. „Polska inteligencja jest specyficznym reliktem przeszłości – ale bez perspektyw na przyszłość innych niż związane z utrzymaniem etatyzmu i klientelizmu. Inteligencja jest de facto chłopstwem pańszczyźnianym – pozbawionym własności, a przywiązanym dzisiaj do etatów i do kredytów. Do etatów, jeśli nie państwowych to korporacyjnych, co na jedno w skutkach wychodzi – mając bowiem wybujałe przeświadczenie o własnej niezależności i przywiązaniu do wolności, inteligencja jest ostoją zniewolenia jako klasa ukonstytuowana i integrująca się na bazie kanonicznych przesądów inteligenckich: demokratyzmu (antymonarchicznego), etatyzmu (socjalistycznego). Modernizmu (religijnego), pacyfizmu (hoplofobicznego), a jednocześnie judeoidealizmu (anty-antysemityzmu) i insurekcjonizmu (dziś przede wszystkim antyrosyjskiego)” (str. 103). Mocniej chyba nie można było zaznaczyć, że inteligencka wolność to jedynie pusta konotacja, pod którą kryje się brak samodzielności i niezależnych źródeł utrzymania.
Kielnie i fartuszki
Tytułowe „wrogie przejęcie” oznacza przechwycenie świadomości narodowej przez nową klasę społeczną, uzurpującą sobie prawo rządu polskich dusz. Okazji dostarczyła wymęczona przez masonów u Klemensa XIV kasata zakonu jezuitów w 1773 roku. Umożliwiła ona uwłaszczanie się Komisji Edukacji Narodowej na zakonnym majątku Towarzystwa Jezusowego i produkcję nowych elit w myśl postępowych haseł. Hasła fabrykowała „jakobińska farma trolli”, czyli kołłątajowska „Kuźnica” finansowana kwotą 60 milionów franków, przeznaczonych według Brauna ze skarbu rewolucyjnej Republiki Francuskiej na „interes Braci Warszawskich”. A interesem tym według słów samego Hugo Kołłątaja było „obalanie tronów i ołtarzy”. Jak bowiem tłumaczy rzecz Braun: „Wielkiej Rewolucji Antyfrancuskiej potrzebna była dywersja na tyłach – przekierowania działań koalicji kontrrewolucyjnej Austrii, Prus i Rosji na inny teatr wojenny. Padło na nas – polscy patrioci, agenci lóż i pożyteczni idioci z największym zapałem zabrali się za realizację tego scenariusza […] I ta operacja udaje się doskonale – w latach 1791 – 1795 trwają nad Wisłą de facto intensywne działania osłonowe rewolucji nad Sekwaną” (str. 248).
Ponieważ rząd dusz był przejmowany od katolickiego kleru, dlatego „polskie biesy” musiały się początkowo uwiarygodniać jako duchowni lub świeccy katolicy. „Rewolucja niszcząc istotę starego, tradycyjnego porządku, bardzo skrzętnie stara się zachować jego fasadę. I stąd dążenie do tego, żeby księża nadal nazywali się księżmi, chociaż będą w istocie sprotestantyzowanymi, zmasonizowanymi agitatorami” (str. 28). Bohaterowie na czele z przewodnim czarnym charakterem gawędy i „człowiekiem znikąd” Hugo Kołłątajem, Stanisławem Staszicem, braćmi Ignacym i Michałem Potockimi, Franciszkiem Zabłockim, Wojciechem Bogusławskim, Janem Kilińskim, Tadeuszem Kościuszką, wdrażają spóźniony w Polsce o dobre 200 lat program swoistego protestantyzowania Kościoła polskiego oraz samych Polaków. „Energicznie bez ceregieli i bez skrupułów realizowana ‘protestantyzacja’ dokonuje się w całym szkolnictwie – wystarczy kilka lat, a już wylęgają się na świat kolejne mioty […] tych oświeconych hunwejbinów. To oni będą przeprowadzać rewolucję 3 Maja, będą rozpętywać insurekcję kościuszkowską i będą tworzyć ten raj oświeconych biurokratów, zakładać zręby tej przyszłej idylli urzędników – ze szczególnym uwzględnieniem urzędników podatkowych. Czyli Księstwo Warszawskie i Królestwo Kongresowe – to są właśnie dzieci Komisji Edukacji Narodowej. Więc hasło ‘protestantyzacja’ znajduje w projekcie spełnienie bardzo bliskie zachodniego ideału i oryginału, a niekiedy najzupełniej dosłowne” (str. 134). Takie źródło ma zatem klasa społeczna, którą Braun chce wysłać do wszystkich diabłów.
Późne wnuki
Masońskie tradycje Kuźnicy przejmuje cała XX-wieczna lewica polska, od sanacji, przez PRL, po post-PRL. Ciężko jest znaleźć środowisko zupełnie nie przyznające się do tradycji kołłątajowskich. W II RP symbolem może być Tadeusz Boy – Żeleński i ze swoją misją uświadamiania a w PRL stalinowsko – bierutowska „Kuźnica” z jej reformami nauki i oświaty. „System KEN został w PRL podniesiony do rangi dogmatycznej. Wzorzec kołłątajowskiej ‘reformy’ UJ został zaaplikowany z jeszcze większą mocą – a ukoronowaniem tego dzieła była likwidacja na przełomie lat 40. i 50. XX wieku dwóch zacnych instytucji naukowych o prywatnym i społecznikowskim rodowodzie: Towarzystwa Naukowego Warszawskiego i krakowskiej Polskiej Akademii Umiejętności, z których po upaństwowieniu stworzono jedną instytucję: Polską Akademię Nauk. Otóż PAN […] to jest właśnie ni mniej, ni więcej, kołłątajowsko-stalinowski kołchoz dla profesury. To nie jest krzywdząca kogokolwiek inwektywa, tylko rzeczowe określenie, oddające historyczną genezę i aktualny stan rzeczy, jeśli chodzi o dominujący paradygmat” – jak bezlitośnie podsumuje reformy oświaty i nauki w PRL-u Braun (str. 245). Nie zabraknie również wątku masońskiego. „Jego agendy jak Instytut Badań Literackich – był również niejako etatowym matecznikiem masonerii, która w PRL, mimo formalnych ograniczeń, miała się całkiem nieźle” (tamże). W znajdującym się nota bene w Pałacu Staszica IBN „miała swój matecznik loża Kopernik z […] Janem Józefem Lipskim na czele” (str. 34) a jeden z etatów „przypadał mamie panów Kaczyńskich – co otwiera wdzięczne pole do pogłębionych i poszerzonych badań nad ciągłością i nieciągłością elit państwowych w Polsce” (tamże).
Opisywane przez Brauna procesy skutkowały tym, że inteligencja polska w większej części była i jest niewierząca. „Biskupi i księża polscy byli w ogromnej części chłopskimi synami. To była jedyna naprawdę wierząca warstwa w Polsce. To był kościół ludowy”. („Między Logiką a Wiarą. Z Józefem M. Bocheńskim rozmawia Jan Parys”, 1992, str. 185). Oryginalny polski wkład do katolicyzmu: „Gorzkie żale” i „Godzinki o Niepokalanym Poczęciu NMP” dla inteligencji są najwyżej przejawem folkloru jeśli nie obskurantyzmu. Wytworzony dualizm oświeconych, niereligijnych elit oraz religijnych, nieoświeconych mas, widoczny jest bez problemu w dzisiejszych podziałach politycznych.

Nie kto inny jak Jarosław Kaczyński stwierdził w chwili szczerości, że w gruncie rzeczy utożsamia się z wykształconym elektoratem wielkich miast Platformy Obywatelskiej. Wychowany w „mateczniku loży Kopernik” prezes Prawa i Sprawiedliwości niemalże z obrzydzeniem zagospodarowuje pozostawiony mu, ale obcy jego wrażliwości i światłym poglądom, parafialno – prowincjonalny grajdół. Istniejący obustronny dystans podkreślił swego czasu o. Tadeusz Rydzyk, ostrzegając przed prezydencką rodziną Kaczyńskich słowami: „nie należy mylić szamba z perfumerią”. Czy zatem kogokolwiek może zaskakiwać poziom obłudy masońsko sformatowanych pijarowców PIS-u, obecny w narracji „dobrej zmiany” dla niedorosłego narodu?
Z jednej strony „katolikawe” masy, pozbawione intelektualnego kierownictwa, podatne są na wszelkie suflowane im w narodowym lub ledwo „narodawym” opakowaniu agendy. Z drugiej strony elity nie przyswajające sobie katolickiego światopoglądu, w tym metafizycznej relacji celów i środków, otwierają się na implementację dowolnych światopoglądów, czyli po prostu na wpływy obcych ośrodków politycznych. Elita, która nie potrafi zdefiniować interesu własnego państwa, jako dobra wspólnego, nie ma podstaw odróżniać go od interesów obcych. „Jeśli więc polskich patriotów słusznie niepokoi, że niektórzy sygnatariusze Targowicy zbyt często i zbyt długo bywali w Petersburgu, to dlaczego w ogóle nie przejmuje ich, że niektórzy spośród liderów Klubu Przyjaciół Konstytucji 3 Maja całkiem sporo czasu spędzali w Berlinie, Dreźnie, Londynie, Wiedniu czy Paryżu – nieprawdaż?” (str. 273). Retoryczne pytanie Brauna wskazuje na tytułowe „wrogie przejęcie” przez europejski obóz rewolucji, do którego bezwiednie zapisuje się każde kolejne pokolenie polskiej inteligencji, bo tak już ma.
Trony i ołtarze
Braun prowadzi swoją historyczną wiwisekcję z egzotycznego dla Polaka punktu widzenia tradycjonalisty katolickiego. Lepiej zrozumiemy jego perspektywę, uświadomiwszy sobie, że cywilizacja katolicka (łacińska) inteligencji jako klasy społecznej nie zna. Jest w niej bowiem tylko kler oraz świeccy. Kler nie jest autorytetem w każdej dziedzinie, lecz tylko w zakresie wiary i moralności. I to właśnie odróżnia go od świeckich. Nie chodzi przy tym o nominalną przynależność, zgodnie z którą obecny episkopat Polski należy do kleru, choć ze świecą w nim szukać heroiczności cnót przywiązanej do stanu biskupiego. Idzie o udzielanie sakramentów, nauczanie i życie zgodnie z przypisanymi przez Magisterium Kościoła regułami. Kler wpaja zatem ludziom cel (zbawienie dusz) oraz realizującą go moralność, która steruje zachowaniem i współpracą jednostek, ucząc odróżniania celów od środków.
Moralność poza kilkoma zasadami tworzącymi cywilizację łacińską, jak dozgonna monogamia, rozróżnienie na władzę świecką i duchowną oraz na prawo prywatne i publiczne – zostawia jednostkom szerokie pole do samodzielnej aplikacji wyuczonych sprawności w codziennym życiu. Świeccy są kompetentni w swoich dziedzinach i nie mają ambicji kierowania społeczeństwem lub państwem, jeżeli akurat nie są jego monarchami (tj. specjalistami w dziedzinie rządzenia państwem). Laikat nie dąży zatem w państwie katolickim do sprawowania funkcji powszechnego autorytetu, bo taki poza samym Bogiem, nie istnieje. Taką właśnie „boską” funkcję uzurpowały sobie nowe elity i dlatego musiały zwalczać kler katolicki, który samym swoim istnieniem zaprzeczał wyłączności świeckiego autorytetu. Stąd też kołłątajowski paradygmat zniszczenia „tronów i ołtarzy”, powtarzający zresztą wezwania do „zniszczenia bezeceństwa” (tj. chrześcijaństwa), jakimi Wolter zwykł był kończyć adresowane do towarzyszy z lóż oraz koronowanych głów listy.
Konsekwencją odrzucenia katolickiej organizacji społeczeństwa jest totalitaryzm wyrażony w protestanckim haśle „czyja władza tego religia”. Władysław Gomułka wyjaśniał go Stanisławowi Mikołajczykowi jesienią 1944 roku: „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”. Znane są też późniejsze słowa Cyrankiewicza, grożące odcięciem ręki podniesionej na bezalternatywną władzę ludową. „Przedmiotem ich troski nie jest bowiem ani państwo, ani naród w aktualnej, realnej postaci – tak są odległe od ich rewolucyjnych ideałów, że właściwie nie ma czego żałować, kiedy to wszystko szlag trafia, pod jakąś Białą Górą czy Maciejowicami. Notabene, jakże to charakterystyczne, że obrazy klęski maciejowickiej cyrkulują później w drukach propagandowych z hasłem: „Finis Poloniae!” – własną przegraną, sromotną klęskę frakcji rewolucyjnej przedstawia się jako koniec Polski w ogóle” (str. 214).
Konsekwencją braku podziału na władzę duchową i władzę świecką jest, że od dekretów jednej władzy nie można się odwołać do drugiej. „Rewolucje eliminują kluczową dla naszej cywilizacji zasadę rozdzielenia władz, wynikająca wprost z dyrektywy ewangelicznej: Bogu, co Boskie, cesarzowi, co cesarskie. Rewolucja protestancka czyni to pod pretekstem walki o ‘czystą Ewangelię’, a rewolucja masońska – pod hasłem walki z ‘ciemnotą i zabobonem’ o ‘oświecenie ludzkości’. Efekt jest ten sam: wyrugowanie dualizmu władzy świeckiej i duchownej skutkuje wyeliminowaniem zbawiennej dla poddanych konkurencji i równowagi wpływów – w świecie łacińskim od decyzji księcia zawsze można odwołać się do biskupa, od decyzji cesarza – do papieża i odwrotnie. Rewolucja protestancka gwarantuje monopol władzy świeckiej ze wszystkimi tego konsekwencjami” (str. 98). W konsekwencji państwo staje się totalitarne także w sensie zakresu rządzenia. Stara się bowiem objąć swoją kompetencją wszystko. Rewolucyjna zasada jedności władzy, obowiązująca także w prawosławiu, protestantyzmie, czy islamie logicznie prowadzi do faszyzmu (wszystko w państwie) oraz globalizmu (wszystko państwem).
Powszechna religia człowieka
Nic lepiej nie oddaje atrakcji tkwiącej w rewolucyjnej mentalności niż bluźniercza filozofia Georga Wilhelma Friedricha Hegla (1770-1831). Widzi ona w państwie (z typowym brakiem logiki przede wszystkim w państwie pruskim) samopoznającego się Boga. Boska samoświadomość jest przy tym per procura udziałem państwowych elit, bo przecież nie samego, pozbawionego świadomości państwa, jako takiego. To oznacza faktyczne ubóstwienie człowieka, co jest – przyznajmy – bardziej atrakcyjne niż wypominane przez Brauna bycie płatnym propagandystą na państwowym wikcie.
Przed taką samodeifikacją człowieka Kościół katolicki bronił się do II Soboru Watykańskiego. Kapitulację wyraził dobitnie papież Paweł VI w przemówieniu na zakończenie soboru. „Świecki humanizm, w swoim okropnym antyklerykalnym wcieleniu, w pewnym sensie rzucił wyzwanie soborowi. Religia Boga, który stał się człowiekiem spotkała się z religią (bo takową jest) człowieka, który czyni siebie Bogiem. I co się wydarzyło? Czy było starcie, bitwa, klątwa? Mogło tak być – lecz tak się nie stało. […] Uczucie bezgranicznej sympatii do człowieka bez reszty zawładnęło soborem. Uwaga naszego soboru skupiła się na odkrywaniu potrzeb człowieka (a potrzeby te rosną stosownie do rangi, jaką syn ziemi sobie nadaje). Wzywamy was nowocześni humaniści, którzy odrzuciliście nadprzyrodzoną wartość rzeczy wyższych, doceńcie sobór choć za to i uznajcie nasz nowy rodzaj humanizmu: istotnie, my także, bardziej niż ktokolwiek inny, jesteśmy czcicielami człowieka” (podkr. W.K.).
Wraz z religią humanizmu do Kościoła wlało się wyżej wspomniane totalitarne rozumienie władzy. Za jej przejaw można uznać niedawne ekskomuniki dla tradycjonalistów z Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X za wyświecenie biskupów bez zgody papieża. Ich szerokie uznanie w Kościele świadczy o tym, że katolicy nie odróżniają już władzy administracyjno – prawnej od władzy nauczania (Magisterium). Zasada, że wszystkie rozkazy papieża są nieomylne, nawet jeśli wzajemnie sobie przeczą, jest typowo rewolucyjna. Czyja władza, tego religia.
Słowa o tym, że II Sobór Watykański był „rewolucją francuską w Kościele”, wypowiedział z ogromnym entuzjazmem, celebrując triumf nowej teologii nad dotychczasowym porządkiem kardynał Léon-Joseph Suenens, arcybiskup Brukseli i jeden z głównych liderów liberalnego (progresywnego) skrzydła na soborze. W literaturze przedmiotu ten sam fakt zidentyfikował i potwierdził kardynał Joseph Ratzinger (późniejszy papież Benedykt XVI). W swojej głośnej książce „Raport o stanie wiary” (1985) określił on soborową konstytucję „Gaudium et spes” mianem „Anty-Syllabusa”. Ratzinger napisał wprost, że dokument ten stanowił próbę urzędowego pogodzenia Kościoła z zasadami roku 1789, czyli z dziedzictwem Oświecenia i Rewolucji Francuskiej, które wcześniej Pius IX w „Syllabus Errorum” oraz kolejni papieże jednoznacznie potępiali.
Z cybernetycznego i historycznego punktu widzenia te porównania są trafne – soborowy zwrot oznaczał wdrożenie do wewnątrzkościelnej matrycy haseł rewolucji 1789 roku (wolność, równość, braterstwo) pod pojęciami wolności religijnej, kolegializmu i ekumenizmu, nad którymi bezlitośnie znęca się Grzegorz Braun. Kolejne tomy braunowskiej gawendy: tom 2, XIX wiek „Wielka gra i zwycięstwa prowokacji” oraz tom 3, 1877-1920 „Widma komunizmu i cuda nad Wisłą” zapowiadają dalszy ciąg historycznego śledztwa w sprawie polskiej drogi do religii światowej, drogi na której kościół polski ze względu na swoją specyfikę, okazał się prekursorem II Soboru Watykańskiego.
Włodzimierz Kowalik
Myśl Polska, nr 37-38 (13-20.09.2026)

„Ponieważ rząd dusz był przejmowany od katolickiego kleru, dlatego „polskie biesy” musiały się początkowo uwiarygodniać jako duchowni lub świeccy katolicy. „Rewolucja niszcząc istotę starego, tradycyjnego porządku, bardzo skrzętnie stara się zachować jego fasadę”.
– Oczywiście chodzi o fasadę autorytetu księdza i biskupa uzurpującego sobie autorytet Głowy Kościoła – Jezusa Chrystusa.
Tu historia sięga dalej. – Historia księdza Skargi – pokazuje że hierarchia w jego zakonie Jezuitów już w XVI wieku była nieprzychylna jego ideowości, a wiec najwyraźniej sprotestantyzowana i zainteresowana swoją pozycją fasadową.
– A dlaczego fasada dba o rząd dusz, a nie dba o władzę ducha? – Przecież Jezus nauczał z pozycji Tego, który ma władzę duchową, a więc i wszelką.
Bo władza ducha to najpierw odpowiedzialność za dobra wspólne ludzkiej wspólnoty ducha jako dóbr koniecznych całej wspólnocie w sensie miedzypokoleniowym, a rzad dusz już podzielił wspólnotę na grupy interesu i osoby, i odwołuje się do nich, a zwłaszcza do ich indywidualizmu i konsumpcjonizmu.
– A takie odwoływanie się do indywidualizmu czy kolektywizmu, to nic innego jak dzielenie żeby rządzić podzielonymi i skupionymi na “swoim”, w tym na “swoich prawach” realizowanych bez względu na cokolwiek, nawet w dobrach istniejących, a co mowa posiadanych na wyłączność przez “dawcę”, czy obiecującego;
– nawet nie mających podstawy w prawach istniejących, bo sprzeczne z istotą prawa jako takiego – zwłaszcza “prawo do zysku”, czy “prawo do lichwy”, prawo do zachowania korzyści z kłamstwa, oszustwa, przestępstwa czy zbrodni, w tym zdrady, czy korupcji, do socjalu, czy do łaski, przywileju, czy wybrania, do miłości, zaufania, czy przebaczenia…
Bo władza ducha to i odpowiedzialność za trwałość ludzkich wspólnot międzypokoleniowych realzowana z pozycji moralności poprzez dobre wychowanie młodzieży i ich sumień, ale i przez napominanie grzeszników i pilnowanie moralnego ładu życia publicznego na codzień, w tym niedopuszczanie do zgorszenia maluczkich. To i przekazywanie odpowiedzialności dorastających młodych pokoleń dóbr wspólnych narodu – zawsze najpierw duchowych, ale i organizacyjnych i materialnych z przykazaniem, aby dotarły do przyszłych pokoleń w stanie możliwie nienaruszonym, a z pewnością nie pogorszonych względem stanu w jakim przejmowało je pokolenie odchodzące, w tym państwa – jednego z tych dóbr wspólnych.
– Bo żaden uzurpator czy uroszczeniowiec takiej władzy nie udźwignie, ani nie zechce, bo ona wymaga i miłości, i ofiar, i poświęceń osobistych.
bluźniercza filozofia Georga Wilhelma Friedricha Hegla (1770-1831) widzi w państwie (z typowym brakiem logiki przede wszystkim w państwie pruskim) samopoznającego się Boga. Boska samoświadomość jest przy tym per procura udziałem państwowych elit, bo przecież nie samego, pozbawionego świadomości państwa, jako takiego. To oznacza faktyczne ubóstwienie człowieka, co jest – przyznajmy – bardziej atrakcyjne niż wypominane przez Brauna bycie płatnym propagandystą na państwowym wikcie.
Państwo jest dobrem wspólnym narodu i jednocześnie jego własnością niepodzielną i niezbywalną – w tym niepodzielną z władzami państwowymi, a tym bardziej nie podlegającą zbyciu na rzecz tych władz czy ludzi tytułujących się elitami, ale faktycznie nimi nie będącymi, bo to wymaga najpierw bycia elitami ducha ludzkiego i wspólnotowego.
„Przed taką samodeifikacją człowieka Kościół katolicki bronił się do II Soboru Watykańskiego. Kapitulację wyraził dobitnie papież Paweł VI w przemówieniu na zakończenie soboru. „Świecki humanizm, w swoim okropnym antyklerykalnym wcieleniu, w pewnym sensie rzucił wyzwanie soborowi. Religia Boga, który stał się człowiekiem spotkała się z religią (bo takową jest) człowieka, który czyni siebie Bogiem. I co się wydarzyło? Czy było starcie, bitwa, klątwa? Mogło tak być – lecz tak się nie stało. […] Uczucie bezgranicznej sympatii do człowieka bez reszty zawładnęło soborem.”.
– Dlaczego tu mówi się o religii, a nie o wierze?
– Przecież papież na wzór świętego Piotra to Skała jako strażnik wiary. – Wiary Kościoła – najpierw rozumianego jako wspólnota duchowa wiernych.
Przecież religia to tylko sposób wykonawczy wyznawania wiary.
Wytłumaczenie jest proste – ludzki duch, w tym wiara i uczucia i rozum są świadome, zaś fasady, autorytety i religia, są uznaniowe i zwykle bezkarne dokąd nie kontrolowane przez władzę zwierzchnią ducha ludzkiego;
– są podlegające wprost emocji i duszy funkcjonujących w człowieku autonomicznie poza świadomością władz duchowych jako zwierzchnich i odpowiedzialnych za dobre skutki dokonywanych wyborów i podejmowanych decyzji. Są podlegające różnym wpływom, w tym hipnozie i technikom docierającym do duszy bezpośrednio technikami podprogowymi dla świadomości a więc i dla samokontroli człowieka sprawowanej przez jego ducha, który funkcjonuje w świadomości.
– A wyłączenie świadomości jest wygodne dla wszelkich oszustów i manipulatorów, a więc i dla władz wykonawczych dokonujących wrogich przejęć.
Przykładowo Kościół synodalny to taki typowy „kwiatek” władzy wykonawczej wrogo względem podwładnych uwłaszczającej się i na powierzonej sobie władzy, i nawet na suwerennej z natury władzy nie tylko wspólnoty duchowej wiernych, a także i władzy suwerennej i zwierzchniej wobec władz ludzkich władzy Ducha Bożego, w tym Ducha Świętego.
– Bo ubóstwienie człowieka to autorytarna, zafasadowo wykreowana fikcja – obiecanka-cacanka a głupiemu radość. – Bo to tylko te faktyczne, fałszywe, zafasadowe „autorytety”sobie przypisują atrybuty boskości, zwłaszcza pozycję „władzy” (której nie oddadzą nigdy), i tych co są poza wszelką kontrolą (dokąd mają władzę).
Najgorsze, że ten “świecki humanizm” jest satanizmem.
– Bo to co ludzkie – człowieczeństwo podmienia w świadomości odbiorców tego przekazu propagandowego na humanizm, a więc na ideologię dotyczącą humanitarnego traktowanie każdego człowieka (z czasem i wybranych zwierząt), przy czym to co „humanitarne” jest opisane językiem prawa, czy raczej „praw należnych”, czerpanych faktycznie od mocodawców ONZ i zmiennych;
– praw wynoszonych nie tylko nad samą istotę człowieczeństwa dojrzałego, ale i nad każdą z ludzkich wartości duchowych i ich system, spójny, jednoznaczny, zgodnie rozumiany i powszechnie praktykowany tak samo w takich samych sytuacjach, w który podejmowane decyzje i dokonywane wybory. – System, który ze swojej natury jest źródłem jedności duchowej członków ludzkich wspólnot.
Humanizm nie ma nic wspólnego z człowieczeństwem. – To ideologia wydumana, wyfilozofowana na bandycki użytek niektórych, a kosztem ogółu, w tym kosztem zbrodni wobec ogółu ludzkości.
– Jest satanizmem właśnie poprzez wyniesienie prawa, które normalnie jest wartością polityczną, a więc wartością niższego rzędu jak wartości ludzkie i wspólnotowe. – Wyniesienie nad te wartości wyższego rzędu – a więc i robi w ich systemie satanistyczną odwrotkę budującą podstawy pod antyczłowieczeństwo (inna nazwa na satanizm), realizowane przez satanistów w praktyce wykonywania tego prawa (co ciekawe to unikającego nazwy „prawo”).
Takie „prawo” może wspierać cokolwiek, ale na pewno nie będzie wspierać człowieka w jego powołaniach i celach, oraz wartościach duchowych ludzkich i wspólnotowych i realizowanych przez niego wobec innych ludzi, ani w osiąganiu i doskonaleniu jego człowieczeństwa dojrzałego.
– Przeciwnie – będzie wspierać wszystko co antyludzkie faktycznie i zwłaszcza co jest nieodpowiedzialne i krótkowzrocznie, i to najpierw destrukcyjne dla wspólnot ducha ludzkiego, i dla ich członków.
Stąd i w dalszym tekście pojawiają się nie ludzkie „powołania”, czy „konieczności”, a „potrzeby” człowieka?
– bo nimi już jest łatwo manipulować, czyli podstępnie nakłaniać ludzi, aby sami nie tylko szkodzili sobie, wchodzili w wynaturzenie, a wiec i grzech, oraz podejmowali postawy samozatraceńcze, w tym nawet nie kontrolowali „dobroczyńców” i „filantropów”, czy korporacji produkujących „potrzebne im dobra”, i jeszcze cieszyli się z „wolności” , „wolności”, czyli „praw” do tych „wolności” krótkowzrocznych i nieodpowiedzialnych, nawet nie ograniczających się ze względu na „równość i braterstwo wewnątrzwspólnotowe”.
„soborowy zwrot oznaczał wdrożenie do wewnątrzkościelnej matrycy haseł rewolucji 1789 roku (wolność, równość, braterstwo) pod pojęciami wolności religijnej, kolegializmu i ekumenizmu”
Do kompletu tych haseł związanych z grupą wartości ludzkich i wspólnotowych (wolność, równość, braterstwo) brakuje zapisania i ogłoszenia odpowiedzialności, oraz zastrzeżenia o konieczności używania ich razem i we wzajemnych ograniczeniach, i służebności ich wszystkich powołaniom i celom wartościom ludzkim i wspólnotowym widzianym dalekowzrocznie.
Bez tego już muszą pełnić funkcję ideologii, a więc i siać anarchię, spustoszenie, destrukcję, rozpasanie i samozatracenie zwykłych ludzi jako ofiar, oraz redukcję pozycji ludzkich wartości z rangi wartości, którym należy się służebność do rangi „praw”.
– Tak więc wolność zostaje znaczeniowo zredukowana do rangi tylko prawa, a to już może stanowić, że inne prawo jest ważniejsze
(np. ideologiczne „prawa reprodukcyjne” ważniejsze jak „prawo do życia”, które tym samym staje się fikcją. Nawiasem mówiąc z tym idiotyzmem praw piętrowych mamy do czynienia i w przypadku „prawa” unijnego).
– A tu wszystko stoi nie tak, jak powinno – nie na prawdzie jedynej, a na satanistycznych odwrotkach. – A te już nie mają żadnej spójności, żadnej jednoznaczności czy powtarzalności, ani żadnej wizji przyszłości.
Kto za tym pójdzie czy zostanie biernym, ten już jest stracony. – Kto niezłomnie wytrwa do końca, ten będzie zbawiony.
Jeszcze odniesienie do zamierzanej przez masonów i satanistów “religii światowej”
W środkowej części swojego powyższego komentarza zadałem pytanie”
– Dlaczego tu mówi się o religii, a nie o wierze?
– Przecież papież na wzór świętego Piotra to Skała jako strażnik wiary. – Wiary Kościoła – najpierw rozumianego jako wspólnota duchowa wiernych.
Przecież religia to tylko sposób wykonawczy wyznawania wiary.
Otóż to, w co wierzymy jest naszym przekonaniem, a więc nie podlega dyskusji, wpływom interesów, handli czy kompromisów a zwłaszcza dodawania do nich nic co by nie było spójne w całym systemie przekonań odnośnie wartości duchowych.
– Do tego aby dyskutować, trzeba najpierw ustalić język dyskusji w tym definicje używanych pojęć, słów i zwrotów, bo wszystko musi być przez dyskutantów jednoznacznie rozumiane i musi zbudować wspólną świadomość tego o czym się dyskutuje (przekonania to nie poglądy o których dyskutować można).
To by było wręcz niemożliwe, bo dla przykładu mamy taką wiarę, że w niej dobrem jest to, co jest dobre dla wierzącego. – A więc jak w kwestii dobra nic nie można ustalić, to już i w żadnej. – Mało tego – taki ktoś sam się wyklucza z naszych społeczności, w tym ze społeczności dyskutantów, więc i zostaje nam uznać go za wykluczonego, zaś gdyby nie opuścił grona dyskutantów to go z niego wykluczyć z tytułu niemożności tolerowania kogoś takiego.
Poza tym taki ktoś pozostawiony w dyskusji zaraz by się poczuł nie tylko tolerowanym, ale i równouprawnionym z prawem głosu i żądaniami żeby jego głos był równouprawniony. – To oczywiście skutkowałoby walką, czy wręcz wojną, bo nikt normalny by się nie zgodził z jego twierdzeniami, będącymi wyraźnymi szowinistycznymi uroszczeniami i uzurpacjami względem tych co inaczej rozumieją dobro, a nadto i jego cele.
Gdyby mimo wszystko chcieć go zostawić w dyskusji to ta “dyskusja/wojna” skończyłaby się tym iż ustalono by że wszystko co dobre pozostało by przy tym “wierzącym”, a reszcie zostałoby to co złe. Opisał to profesor Koneczny odnośnie wojny cywilizacyjnej.
na tym zresztą by się nie skończyło bo swoje uroszczenia i uzurpacje miałby i w wielu innych dziedzinach, a reszta dyskutantów szybko by traciła swoje możliwości obrony.
Dlatego masoni i sataniści planującą Rewolucję Francuską postawili nie na wiarę a na religię.
Bo niezależnie od zasad wiary, można zbliżać do siebie sposoby jej praktykowania, a więc religie.
– Nie tylko modlitwy i rytuały podczas nabożeństw, ale nawet samu dział uczestników nabożeństw.
– I od SV II o wszystko miesza się nam i w naszym Kościele, a może i głównie w naszym Kościele.
Obrazek wprowadzający do notki doskonale obrazuje to co nas czeka jeżeli pozwolimy, aby to dalej trwało.
Przypominam, że przed rozbiorami w Warszawie zbudowano specjalną świątynię szatanowi.
Dr Stanisław Krajski: Józef I. Kraszewski – prekursor katolickiego modernizmu. Jak powstawała judeopolonia
https://marekowczarz.pl/wp-content/uploads/2026/03/gorce-32-768×1024.jpg
17 IX 1953 r. pod Turbaczem “ks. Karol Wojtyła odprawił swoim przyjaciołom i studentom po raz pierwszy Mszę zwrócony twarzą do wiernych”.
A oni w 2003 r. ufundowali pamiątkową tablicę (a to jest dowód na coś strasznego).
Instaurare omnia in Christo, Rege Poloniae.
To nie tylko tragedia, to zapaść intelektualna i moralna polskich(?) elit(?) Katolickich(?) W Polsce.
Dlatego nie dziwi już nic…
To doprawdy niezwykle wydarzenie. Jeszcze wtedy nikt nawet nie śmial pomyslec zeby
odprawiac Mszę swiętą stojac tylem do ołtarza.! Wyglada wiec na to,ze wówczas Karol
Wojtyła musial coś tam wiedziec o nadchodzących czasach. Po prostu wiedzieć. I to
z jakim wyprzedzeniem. Doprawdy – niezwykly czlowiek.