Wojna domowa 2.0 już się rozpoczęła, w formie dobrze finansowanego, skrajnie lewicowego powstania, podobnego do tego, które miało miejsce w Rosji w 1917 roku. Brak reakcji konserwatystów był raczej mało imponujący i jestem tu, aby ostrzec: zbliżamy się do punktu, z którego nie ma powrotu.
◊
Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org
◊
Czas zaakceptować, że wojna domowa 2.0 już się rozpoczęła
W lipcu 1917 roku, gdy w Europie szalała I wojna światowa, rosyjski Piotrogród zmagał się ze szczególnym niepokojem w postaci zakrojonej na szeroką skalę rebelii bolszewickiej. Do miasta wkroczyło z całego kraju nawet 500 000 protestujących, agitatorów i prowokatorów, wielu z nich uzbrojonych. Opanowali oni duże połacie metropolii, porwali prywatne pojazdy i skonfiskowali prywatne budynki.
Niektórzy radzieccy przywódcy, w tym Włodzimierz Lenin, nazwali to wydarzenie „przedwczesnym” i nie poparli go publicznie, co mogło być celową próbą uniknięcia bezpośredniej reakcji. Oficjalne historyczne wyjaśnienie jest takie, że powstanie nabrało własnego życia, ale scena była już przygotowana, a komunistyczni agitatorzy osiągnęli dokładnie to, czego chcieli, czego wymagała ich strategia:
Ofiara z ludzi.
Starcia z władzami doprowadziły do śmierci setek protestujących i kilku ofiar wśród policjantów. Władze rosyjskie wysłały siły zbrojne do regionu, aby aresztować bolszewickich przywódców, a ruch musiał się wycofać. Ostatecznie jednak główny cel powstańców został osiągnięty. Niezależnie od tego, czy działania były spontaniczne, czy zaplanowane, celem metodologii komunistycznej jest zawsze wywołanie przemocy ze strony rządu, która następnie może zostać wykorzystana do wywołania społecznego współczucia i wzmocnienia rewolucji.
Większość „normalsów” nie musi przyłączać się do rewolucji, wystarczy ich przekonać, by trzymali się z daleka. I właśnie to w dużej mierze wydarzyło się kilka miesięcy później, w październiku 1917 roku, kiedy rozpoczął się czerwony terror. Nastąpiło pięć lat wojny domowej.
Komuniści, którzy od dawna twierdzili, że są niewinnymi ofiarami carskiego „imperializmu”, rozpoczęli serię morderstw, gdy tylko umocnili swoją władzę polityczną. Ich ideologiczni przeciwnicy byli systematycznie łapani i eliminowani. Nie ma dokładnych danych na temat liczby zabójstw, ponieważ zniszczono dokumentację, ale szacunki wskazują, że rewolucjoniści i tajna policja aresztowali i rozstrzelali około miliona dysydentów politycznych w pierwszych latach rządów komunistycznych.
To ludobójstwo blednie jednak w porównaniu z 10 milionami ofiar rosyjskiej wojny domowej. Nie wspominając o uwięzieniu i masowym mordowaniu milionów chrześcijan przez reżim ateistyczny w ciągu następnych kilkudziesięciu lat.
Historia rzadko się „powtarza”, ale nasza współczesna dynamika polityczna brzmi dość znajomo. Wiele taktyk stosowanych przez lewicowców w Rosji na początku XX wieku jest dziś stosowanych w USA. W rzeczywistości twierdzę, że są one niemal identyczne i że rewolucja w stylu bolszewickim ma miejsce właśnie teraz.
Co ciekawe, bolszewicy stanowili niewielką mniejszość w rosyjskim społeczeństwie. W szczytowym okresie, w 1917 roku, liczyli zaledwie 400 000 „oficjalnych” członków. Politycznie popierało ich około 23% społeczeństwa, ale to wciąż niewielki ruch w porównaniu ze 150 milionami rosyjskich obywateli, którzy z trudem prowadzili codzienne życie.
Gdyby rosyjscy konserwatyści (nacjonaliści, chrześcijanie i obrońcy praw własności prywatnej) zbuntowali się i podjęli masowe działania, by powstrzymać bolszewików na początku 1917 roku, ich społeczeństwo mogłoby uniknąć masowych mordów, które spadły na nie od 1918 roku. Być może nie popierali ówczesnych rządów, ale komunistyczna alternatywa była o wiele gorsza.
Zamiast tego konserwatyści czekali, aż agenci Czeka staną u ich progu, a wtedy było już za późno na skuteczną walkę. Jak przygnębiająco zauważył Aleksandr Sołżenicyn w swojej książce „Archipelag Gułag”, większość Rosjan sprzeciwiła się sowieckiej władzy, ale nie miała odwagi chwycić za broń, gdy było to najbardziej potrzebne. W ten sposób będący w mniejszości bojowi komuniści byli w stanie zdominować naród liczący setki milionów. Jak ostrzegał Sołżenicyn:
„Nie kochaliśmy wystarczająco wolności. A co gorsza – nie zdawaliśmy sobie sprawy z prawdziwej sytuacji… Zasłużyliśmy absolutnie na wszystko, co wydarzyło się później”.
Komuniści oczywiście nie osiągnęli takiego sukcesu sami. Jak opisał to uczony Antony Sutton, przedstawiając obszerne dowody w swojej książce „Wall Street And The Bolshevik Revolution”, cieszyli się wsparciem finansowym i logistycznym różnych globalnych elit (od Rockefellerów, przez Morganów, po Harrimanów) w trakcie rewolucji i po dojściu do władzy.
Cel? Stworzenie modelu ateistycznego i relatywistycznego państwa autorytarnego. Systemu, który globaliści zamierzają kiedyś wykorzystać do przejęcia władzy nad całym światem. Ich plan w dużej mierze opiera się na braku działania ze strony patriotów. To może być słabość, ale lewacy mają powody, by ostatnio czuć się ośmieleni.
Wojna domowa 2.0 już się rozpoczęła, w formie dobrze finansowanego, skrajnie lewicowego powstania, podobnego do tego, które miało miejsce w Rosji w 1917 roku. Brak reakcji konserwatystów był raczej mało imponujący i jestem tu, aby ostrzec: zbliżamy się do punktu, z którego nie ma powrotu.
Aktywiści są finansowani przez gigantyczną grę pozorów organizacji pozarządowych, ukrytych za innymi organizacjami pozarządowymi. Koordynują swoje działania za pośrednictwem ukrytych serwerów Discord. Otrzymują rozkazy i wymieniają się informacjami w terenie za pośrednictwem szyfrowanych czatów Signal. Są szkoleni w agitacji i destabilizacji poprzez anonimowe spotkania online prowadzone przez tajnych koordynatorów aktywistów. Dopuścili się brutalnych ataków na agentów ICE setki, jeśli nie tysiące razy, i niewielu z nich kiedykolwiek zostało pociągniętych do odpowiedzialności. To nie jest zachowanie oddolnego ruchu protestacyjnego, to zachowanie armii tajnych agentów ze specjalnymi zabezpieczeniami.
Ważne jest, aby zrozumieć, że „protesty” są w rzeczywistości ściśle skoordynowaną kampanią partyzancką – nie są to szczerzy obywatele korzystający ze swoich praw obywatelskich. Na razie ich deklarowaną motywacją jest powstrzymanie deportacji nielegalnych imigrantów, ale to tylko pretekst do ich powstania. Gdyby ICE zaprzestało działań jutro, opłacani aktywiści po prostu wymyśliliby kolejny pretekst do rozbicia kraju. Ułagodzenie ich niczego nie da.
To wrodzy bojownicy, którzy próbują zapewnić sobie dominację i zwiększyć swoją liczebność poprzez zwracanie na siebie uwagi. Ich celem jest zniszczenie świata zachodniego. Nie można na to pozwolić.
Najprostszym rozwiązaniem byłoby zamknięcie wrogich organizacji pozarządowych przez rząd, jednak instytucje te są chronione przez osobowość prawną i mają takie same prawa konstytucyjne jak poszczególni obywatele. Proces dochodzenia i ścigania ich zajmuje czas – czas, którego nie mamy.
Nawet gdyby Trump wykorzystał ustawę Insurrection Act [1807r., ustawa federalna, która pozwala głowie państwa na użycie wojska i federalizację Gwardii Narodowej na terytorium kraju -AC] i wysłał wojsko, nie ma wystarczającej liczby żołnierzy, aby zamknąć więcej niż kilka amerykańskich miast. Ci, którzy liczą na to, że stan wojenny rozwiąże problem, oszukują samych siebie. W konsekwencji lewicowcy mogą zyskać większe poparcie: stan wojenny byłby dla reszty świata dowodem na to, że administracja jest rzeczywiście „faszystowska”.
Przebieg wojny nie będzie zależał od interwencji rządu, więc nie wstrzymujcie oddechu w oczekiwaniu na skuteczne egzekwowanie prawa. Prawda jest taka, że większość aresztowań aktywistów i tak kończy się ich powrotem na ulicę. Ich aparat wsparcia musi zostać trwale usunięty, albo ONI SAMI muszą zostać trwale usunięci z tego równania.
O wszystkim zadecydują zwykli konserwatyści. Jeśli zorganizują się licznie, jeśli stworzą mechanizm finansowania umożliwiający szybkie przemieszczanie ludzi i zaopatrzenia po kraju, i jeśli opracują odpowiednie wytyczne dotyczące przywództwa i szkolenia, to istnieje szansa na pokój, po prostu prezentując potężny środek odstraszający. Jeśli nie, przynajmniej będą dostępne środki do stłumienia rebelii.
Jeśli konserwatyści zostaną w domu i odmówią ochrony jakiegokolwiek skrawka terytorium za swoją bramą, stracą wszystko. To nieuniknione. Strona, która chce wygrać, zawsze będzie miała przewagę nad stroną, która „chce po prostu by zostawiono ich w spokoju”.
Protesty będą się rozprzestrzeniać na inne miasta, podobnie jak ostatnio w Minneapolis. Organizacje pozarządowe będą próbowały sprowokować kolejne przypadki śmierci aktywistów z rąk agentów federalnych. Im bardziej społeczeństwo nie będzie kontrolowało aktywistów, tym bardziej będą się ośmielać i tym bardziej będą się oni liczyć w przekonaniu, że stanowią większość.
Jeśli protesty utkną w martwym punkcie, ale organizacje nie zostaną zmiażdżone, aktywiści powrócą do zamachów i ataków terrorystycznych w stylu Weather Underground, dopóki nie zdemoralizują społeczeństwa i nie odzyskają sił. Wniosek? Jeśli lewica polityczna naprawdę nie zacznie się BAĆ konsekwencji, to nie zaprzestanie, dopóki nie przeprowadzi własnej czystki „Czerwonego Terroru”.
Efektem końcowym nie będzie „bałkanizacja”. Pomysł ten mógł się sprawdzić podczas pandemii, ale na tym etapie jest już za późno na ‘rozwód’ w całym kraju. Lewicowcy nigdy nie pozwolą konserwatystom żyć w pokoju w stanach republikańskich. Pozwolenie, by miasta Demokratów rządziły całymi stanami, w których przeważają hrabstwa republikańskie, jedynie legitymizowałoby postępowych ekstremistów i zaszkodziłoby sprawie konserwatystów. Ta walka toczy się o cały kraj, a nie o jego fragmenty.
Nie będzie to też wojna „frakcji”. To bzdura w stylu teorii SHTF preppersów. Granice nie mogłyby być bardziej wyraźne. „Fałszywy paradygmat lewicy/prawicy” to martwy relikt ery Rona Paula. Już nie istnieje, przynajmniej nie w odniesieniu do podstawy piramidy. Zdecydowana większość postępowców i Demokratów popiera ekstremizm „przebudzonych” [woke]. Popierają czystkę. Są lojalnymi żołnierzami globalizmu. Jedność z nimi oznacza zniewolenie.
Lewicowcy, globaliści i ich sojusznicy nie będą rozróżniać między MAGA, libertarianami a centrystami. Ostatecznie potraktują każdego jako wroga zasługującego na eliminację. Nie będą też dzielić i walczyć w zwarciu, jak przewidują niektórzy konserwatyści, przynajmniej dopóki najpierw nas się nie pozbędą.
Ostatecznie los Stanów Zjednoczonych i cywilizacji zachodniej spoczywa na kruchych barkach ruchu konserwatywnego, który ma środki do walki, ale niekoniecznie wolę. Wiecznie czekają na idealny scenariusz rodem z Hollywood, w którym będą mogli bronić się z czystym sumieniem w uczciwej walce, będąc ewidentnym i niezaprzeczalnym tym „dobrym facetem”. Wiecznie czekają na idealny moment, by się zbuntować – moment, który nigdy nie nadejdzie.
Patrioci również planowali i trenowali przez dekady pod pretekstem, że konserwatyści będą powstańcami, a nie kontrrewoltą. Kontrrewolta jest o wiele trudniejsza i wymaga znacznie większych zasobów. Ale wiecie co? Nie zawsze wybieracie wojny, w których walczycie. Czasami wojna wybiera was i musicie się dostosować.
Z pewnością są osoby, które zrobią, co w ich mocy. Ja będę wśród nich, podobnie jak wielu moich znajomych. Ale wielkim pytaniem, wielką niewiadomą, nieprzewidywalnym czynnikiem jest to, czy przeciętni Amerykanie masowo wyjdą z domów i dadzą jasny sygnał, że nie będą dłużej tolerować chaosu.
_________________
It’s Time To Accept That Civil War 2.0 Has Already Started, Brandon Smith, February 2, 2026
◊
Więcej: Brandon Smith

Dodaj komentarz