Jak długo kultura może przetrwać na tak płytkiej glebie? „Nowy wspaniały świat” Aldousa Huxleya oferuje mrożący krew w żyłach plan. W tej dystopii społeczeństwo kreuje szczęście poprzez uwarunkowania genetyczne, konsumpcjonizm, seks bez zobowiązań, a przede wszystkim somę – idealny środek farmaceutyczny, który zapewnia euforię bez kaca, dysfunkcji fizycznych czy zaburzeń. Soma nie tylko uśmierza ból; niweluje wszelką potrzebę głębi, refleksji czy zmagań.
◊
Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org
◊
Utrata głębi
Co, na litość boską, stało się z naszą młodzieżą? Nie całą, jeszcze nie – ale choroba szybko się rozprzestrzenia. Jakie to zarazy zapanowały?
Mógłbym wymienić kilkanaście, ale ta, która niepokoi mnie najbardziej – i która wypływa ze wszystkich pozostałych – to utrata głębi. Mam na myśli ciche porzucenie jakiegokolwiek prawdziwego dążenia do sensu, zanik celu i powolna śmierć prawdziwej pasji.
Czy jestem tylko alarmistą? Czy większość ludzi by się sprzeciwiła i powiedziała, że przesadzam? Możliwe.
Ludzie prawdopodobnie mówią podobne rzeczy o młodych od wieków – o moim pokoleniu sprzed pięćdziesięciu lat, o poprzednim i tak dalej, sięgając tysiąca lat wstecz, a może i więcej. Być może ten dryf ku duchowej płytkości rozpoczął się pokolenia temu.
Podejrzewam, że ludzkość od dawna podążała bardzo powolną trajektorią ku wewnętrznej pustce, choć schyłek ten nie był stały ani gwałtowny aż do połowy XIX wieku. Od tego czasu, zwłaszcza w związku z zanikiem świadomości duchowej, proces ten dramatycznie przyspieszył.
Przyczyny są splątane i przesadnie zdeterminowane. Trudno zrzucić winę na jakąkolwiek pojedynczą zmianę kulturową – zanik wiary w Boga, moralny rozpad społeczeństwa czy rozkwit smartfonów i mediów społecznościowych. Brzmię jak stary kaznodzieja na mównicy, z Biblią w jednej ręce, grożący pięścią w niebo, głoszący kazanie o ogniu i siarce.
Prawdę mówiąc, pod pewnymi mierzalnymi względami ludzkość się poprawiła. Nie tolerujemy już rutynowych okrucieństw, które kiedyś uważaliśmy za normalne: systemowego podporządkowania kobiet, otwartej akceptacji niewolnictwa, bezmyślnego stosowania tortur jako publicznego widowiska czy brutalnego traktowania dzieci i osób chorych psychicznie.
Średnia długość życia wzrosła, umiejętność czytania i pisania jest powszechna, a podstawowe prawa człowieka zyskały na znaczeniu w wielu częściach świata. Jednak trudno mi pogodzić te korzyści z głębszym rozkładem, który obserwuję.
Może jestem po prostu niepoprawnym pesymistą. A może po pozornym optymizmie po II wojnie światowej – kiedy wydawało się, że w końcu możemy pogodzić się z wiekami brzydoty – sprawy po cichu wymknęły się spod kontroli.
Rozejrzyj się wokół: skandal Epsteina i jego cienie, to, co wielu określa mianem ludobójstwa w Strefie Gazy, eksplozja silnych narkotyków syntetycznych, powszechny handel dziećmi, szerząca się pornografia, która wypaczyła całe pokolenia, niekończące się wojny zagraniczne, normalizacja państw policyjnych i to, co wydaje się lekkomyślną, wręcz bezmyślną próbą zranienia lub zabicia dużej części globalnej populacji poprzez nowatorską interwencję farmaceutyczną forsowaną z bezprecedensowym przymusem. Wygląda na to, że diabeł w końcu zasiadł na tronie, którego pragnął od tysiącleci.
Ale odbiegam od tematu – czy aby na pewno? Wróćmy do młodych i ich pozornego porzucenia celu i poszukiwania sensu. W swojej praktyce spotykam wiele osób między osiemnastym a trzydziestym rokiem życia. Większość wykazuje oznaki tej osobliwej zombi-patii.
Nie zrozumcie mnie źle – według konwencjonalnych, współczesnych standardów, wielu z nich odnosi sukcesy. Gonią za dobrze płatnymi karierami, które obiecują błyszczące zabawki, luksusowe domy, drogie samochody i atrakcyjnych partnerów. Jednak pod powierzchnią ich związki często są dysfunkcyjne, ich własne dzieci zdają się zmierzać w kierunku tej samej pustki, a prawdziwe zadowolenie jest rzadkością.
Tak, terapeuci zajmują się głównie osobami z problemami, więc nie mogę twierdzić, że mam idealną próbkę. Mimo to obserwuję ten sam schemat w życiu osobistym, w mediach społecznościowych, w filmach i telewizji, a także w szerszej kulturze. To jest wszędzie.
Ci młodzi ludzie skupiają się na zarabianiu jak największej ilości pieniędzy przy jak najmniejszym wysiłku, noszą najlepsze ubrania, na jakie ich stać, mają największy dom i najmodniejszy samochód oraz chcą znaleźć najbardziej atrakcyjnego partnera, jakiego można znaleźć.
Niewielu interesuje się głębszym mechanizmem świata, w którym żyją – poza wygodnymi obiektami oburzenia (Trump, rzecz jasna, i niemal wszystko, co się z nim wiąże). Hobby rzadko wykraczają poza treningi na siłowni. Nauka dla samej nauki, podróże jako autentyczna eksploracja, a może jakiekolwiek poważne zaangażowanie w religię lub duchowość dla wewnętrznego rozwoju? Prawie nie istnieją. Świadome poszukiwanie sensu i celu po prostu nie wchodzi w grę.
Czy są szczęśliwi? Nie sądzę. Niektórzy wmawiają sobie, że są, dopóki strumień natychmiastowej gratyfikacji materialnej płynie. Przez krótkie chwile dopływy dopaminy udają szczęście. Ale to uczucie szybko zanika, pozostawiając ich jeszcze bardziej pustymi niż wcześniej.
Jak długo kultura może przetrwać na tak płytkiej glebie? „Nowy wspaniały świat” Aldousa Huxleya oferuje mrożący krew w żyłach plan. W tej dystopii społeczeństwo kreuje szczęście poprzez uwarunkowania genetyczne, konsumpcjonizm, seks bez zobowiązań, a przede wszystkim somę – idealny środek farmaceutyczny, który zapewnia euforię bez kaca, dysfunkcji fizycznych czy zaburzeń. Soma nie tylko uśmierza ból; niweluje wszelką potrzebę głębi, refleksji czy zmagań.
Obywatele pozostają spokojni i produktywni właśnie dlatego, że nigdy nie konfrontują się z dyskomfortem, stratą ani wielkimi pytaniami egzystencji. „Szczęście”, które ono zapewnia, jest stabilne i nieskończone – dopóki rzadki Dzikus spoza systemu nie wniesie prawdziwego uczucia, w którym to momencie krucha iluzja pęka.
W naszym świecie współczesne odpowiedniki somy (niekończące się przewijanie [scrolling], konsumpcja, farmaceutyki i starannie wyselekcjonowane oburzenie) zdają się działać w podobny sposób: utrzymują zombi-równowagę znacznie dłużej, niż można by się spodziewać, właśnie dlatego, że pozbawiają duszę wszystkiego, co prawdziwe.
Mimo to istnieją jaskrawe wyjątki. Nie każdy młody człowiek w pełni poddał się schematowi narzuconemu przez panującą agendę. Wielu, którzy zajmują się poważną sztuką lub muzyką, kieruje się zupełnie innym paradygmatem – takim, który ceni twórczość, piękno i wewnętrzną eksplorację bardziej niż zewnętrzne kryteria.
To samo często dotyczy tych, których pociąga kunszt rzemieślniczy, głębokie dociekania filozoficzne, autentyczna służba społeczna zakorzeniona we współczuciu lub jakakolwiek zdyscyplinowana ścieżka duchowa wymagająca konfrontacji z samym sobą. Są też jednak te rzadkie dusze, które z jakiegoś tajemniczego powodu po prostu nigdy nie połknęły tej trucizny – być może chronione przez rodzinę, temperament lub po prostu upór i łaskę.
Jednak trend ten jest wyraźny i przyspiesza.
Społeczeństwo, które traci głębię wśród młodych, ostatecznie traci swoją przyszłość. Bez celu, pasji i woli zmagania się z sensem, dryfujemy w stronę huxleyowskiego zastoju – wygodnego, wydajnego i głęboko pustego.
Prawdziwe pytanie nie brzmi, czy ta utrata rzeczywiście ma miejsce. Pytanie brzmi, czy wystarczająco dużo z nas wciąż pamięta, jak odczuwa się głębię, i czy potrafimy ją wystarczająco mocno modelować, aby ci, którzy przyjdą po nas, rozpoznali jej brak – i zaczęli na nowo jej szukać.
_________________
Loss of Depth, Todd Hayen, Jun 27, 2026
◊
Więcej: Todd Hayen

_______________
Nie chcę nikogo drażnić w ten upalny wieczór, ale mógłbym wskazać pewnego znanego kapłana, który wprost mówił: ‘żadna pasja, żadne życiowe sprawy, tylko Bóg‘. To po co nam talenty?
Kiedyś pewien dziennikarz z prawicowego kanału YT zaprosił śp. K. Karonia i prawił historie o ‘kontemplacyjnym chrześcijaństwie’, na co Gość odpowiedział krótko: ‘dopóki nie dojdziemy do kwestii, kto ma uszyć buty‘.
Nie do końca. Dawniej ludzie też wiedzieli, że każde pokolenie jest trochę inne od poprzedniego i to następujące po nim też będzie inne. Ale potem przyszły lata 90te zeszłego wieku i zdemolowały ten zręb, który pomimo różnic łączył poprzednie generacje.
Wtedy też pojawił się na scenie Fryderyk i Karol, ze dwie Międzynarodówki, Manifest i Kapitał.