Historie równoległe i skośne

Od dłuższego czasu w dyskursie publicznym przewija się nieśmiała nadzieja, że uda się napisać historię synkretyczną, która raz na zawsze pogodziłaby różne grupy społeczne  i narodowe.  W swoim słynnym eseju „ Koniec historii” z 1989 roku Francis Fukuyama formułuje tezę, iż proces historyczny zakończył się wraz z upadkiem komunizmu (czyli tzw. realnego socjalizmu) i z przyjęciem przez większość krajów systemu liberalnej demokracji, która wraz z rynkowym porządkiem gospodarczym miałyby być najdoskonalszymi z możliwych do urzeczywistnienia systemów politycznych i gospodarczych. Przeświadczeniu o końcu historii towarzyszyło równie utopijne przeświadczenie, że w erze globalizacji przestanie odgrywać jakąkolwiek rolę narodowość i państwo narodowe. Pamiętamy głoszoną z uporem tezę, że kapitał nie ma narodowości.  Teza ta okazała się być zupełnie fałszywa, co bez żenady przyznają obecnie nawet gorliwi ideolodzy globalizacji. Czy możliwa jest jednak wspólna historia? Czy możliwa jest wspólna  wersja takich wydarzeń historycznych jak II Wojna Światowa. Czy na temat Rzezi Wołyńskiej kiedykolwiek zechcą mówić jednym głosem Ukraińcy i Polacy? Czy wreszcie możliwa jest wspólna opowieść na temat ostatnich 70 lat w naszym kraju?


Za czasów komuny czyli realnego socjalizmu byliśmy My i byli Oni. Takie były również tytuły wydanych w 1985 roku słynnych wywiadów Teresy Torańskiej z budowniczymi PRL oraz z solidarnościową opozycją. Znamienne, że w 2015 roku ukazał się bez większego rozgłosu Aneks tej samej zmarłej dwa lata wcześniej autorki stawiający równie utopijną co fałszywą  tezę ”My to Oni”.
Nasze historie są przecież zupełnie nieprzystające.  Ich bohaterką jest Ida – naszą Inka, ich oddziały to Gwardia Ludowa-  nasze to Armia Krajowa, oni świętowali 1 maja i 22 lipca, my 3 maja i 11 listopada. Spotykaliśmy się z nimi w kazamatach bezpieki ale to oni strzelali nam w tył głowy. Naszymi bohaterami są akowcy ginący w tych kazamatach a ich bohaterami bezpieczniacy, którzy tych akowców torturowali. Ich tragedią było oskarżenie o prawicowe odchylenie albo o trockizm, naszą tragedią, że musieliśmy przez tyle lat cierpieć ich rządy,  ich metamorfozy mentalne, ich podziały na Chamów i Żydów ich ekonomię i naukę w ich wydaniu. To się nie skończyło, teraz musimy cierpieć wybryki ich progenitury biologicznej i mentalnej, ich marsze w obronie niezawisłości sądów oraz niezawisłości kobiecych narządów. Walka o tak zwaną niezawisłość sadów to walka o pełną samowolę tych sądów, nagminnie orzekających o niewinności ewidentnych agentów, skazujących dziennikarza  według znanego im tylko klucza na pół miliona za niewinny żart na temat chorobliwie otyłej kobiety, wydających oszustom skradzione nieruchomości i wypuszczających na wolność gangsterów. Walka o niezawisłość kobiecych narządów oznacza walkę o prawo do swobodnego mordowania nienarodzonych dzieci. Można przecież jeszcze walczyć o prawo kornika do swobodnego zeżarcia Puszczy Białowieskiej, o prawa złodziei do ukradzionych nieruchomości czy o prawa dewiantów. A przede wszystkim walczyć o to żeby było jak było jak to raczyła sformułować niezastąpiona Agnieszka Holland. Również o to żeby wraz z akowcami zakopanymi w dołach na łączce albo na cmentarzu służewieckim zakopać raz na zawsze naszą wersję historii i pozostawić tylko wersję napisaną przez Onych ale przymusowo zaakceptowaną przez wszystkich i do powszechnego wierzenia podaną.
Tymczasem nasze historie wymijają się jak proste skośne w przestrzeni Euklidesa, które nie przecinają się i nie są równoległe gdyż nie leża w jednej płaszczyźnie, nasze historie oddalają się jak szalone wagoniki kolejki rollercoaster które poruszają się po skośnych torach, a próby zbudowania naszego wspólnego synkretycznego mitu założycielskiego rozsypują się jak szkiełka w rozbitym kalejdoskopie.


Komunizm nie doczekał się swojej Norymbergii i dlatego możliwe jest, że taka Monika Jaruzelska bez żenady publikuje autobiografię pod znamiennym  tytułem „ Towarzyszka panienka”. Szkoda, że nie „Towarzyszka jaśnie-panienka”. Niezależnie od tego co sobie w duchu myślą pogrobowcy hitleryzmu nie możemy sobie wyobrazić, że córka jakiegoś hitlerowca śmiało publikuje w Niemczech autobiografię zatytułowaną „ Panienka esesmanka”. Marcin Meller kontynuuje tradycje swej rodziny nawołując do obrażania naszych bohaterów, żołnierzy wyklętych. Czy możemy sobie wyobrazić, że córka Rudolfa Hössa Brigitte, która razem z całą rodziną wędrowała z jednego obozu koncentracyjnego do drugiego, a  w Auschwitz była od 7do 11roku życia pisze wspomnienia z rozkosznego dzieciństwa w cieniu krematoriów?  W latach 1940-44 rodzina Hössów mieszkała w dwupiętrowej willi na obrzeżach Oświęcimia (zrabowanej oczywiście Polakom) tak blisko obozu, że z okna było widać bloki więźniów i stare krematorium. Matka Brigitte nazywała to miejsce “rajem”. Rodzina żyła w domu urządzonym meblami i dziełami sztuki zrabowanymi ludziom wysłanym do komór gazowych. Mieli kucharzy, nianie, ogrodników, szoferów, szwaczki, fryzjerów i sprzątaczki, wśród których zdarzali się więźniowie. A jednak po wojnie Brygitte mieszkając w USA przez wiele lat ukrywała swą przeszłość a jej dzieciom nie przyszło do głowy szczycić się wyczynami dziadka.
Wyobraźmy sobie jak zareagowałaby opinia publiczna gdyby syn Brigitte a wnuk Hössa napisał: „ olewać tych wszystkich zagazowanych Żydów i wszystkie duchy  przeszłości”. Choć można zrozumieć, że bliżej mu było do dziadka niż do żydowskich pracodawców matki w Stanach, u których czuła się poniżona i sponiewierana nigdy nie odważyłby się zaprezentować swoich resentymentów. Hitlerowska koncepcja organizacji świata przegrała bezpowrotnie i pogrobowcy hitlerowców musieli to zaakceptować. Komunistyczna koncepcja organizacji świata jako wielkiego obozu koncentracyjnego też przegrała bezpowrotnie, a jednak pogrobowcy stalinizmu nie chcą tego zaakceptować.
Wydaje im się niesłusznie, że trzecie pokolenie akowców jest słabsze niż trzecie pokolenie ubeków.

Tekst drukowany w Warszawskiej Gazecie

O autorze: izabela brodacka falzmann