Czy tak chcemy dojechać do celu?

Oto w moim przekładzie miniatura rosyjskiego literata-emigranta Jurija Drużnikowa z 2001 r. Oryginalny tytuł w brzmieniu „Kompas” zmieniłem na bardziej adekwatny do aktualnej konstytucyjnej idee fixe. Dodałem cztery przypisy. Dla dociekliwych wyjaśniam, iż jest to powtórzenie mojej notki zamieszczonej w początkach stycznia 2025 r. na  innym portalu („SN” – „Kilka podróży do Erewania”), a to z prozaicznego względu, iż jej tekst wydał mi się nadzwyczaj trafnie korespondujący z ostatnią inicjatywą aktualnego Prezydenta RP odnośnie powołania przezeń rady dla przygotowania projektu nowej konstytucji.

Voilà.

************

Wydarzyło się to w czasach, kiedy  Związek Sowiecki jeszcze oddychał, ale dla niektórych uporczywie nieprzystosowa- nych obywateli miejsca w nim już brakowało. Ja również znalazłem się w szeregach takich odmieńców, a nawet w gronie odrębnych również i od nich. Dawali nam tyle, aby egzystować, ale nie tyle, aby żyć – choćbyś na głowie kołki ciosał. Przeganiali, ale wyjechać nie pozwalali – taką obmyślili udrękę. Polecali składać co pół roku podanie o wyjazd, po czym z sadystyczną satysfakcją dawali odmowę. Krótko mówiąc, zdarzyło się, że mnie również wypchnęli już na drogę do Ameryki, ale nadal trzymali na krótkiej smyczy w Moskwie.

Mój przyjaciel, stary pisarz i były łagiernik, ślepy na jedno oko i może dlatego wielki przyjaciel wszelakich bezdomnych kotów, psów i innych zwierząt, podśmiewał się ze mnie z tego powodu. Pewnego razu zaszedłem do niego i zapytałem:
– A ty nie masz chęci stąd wyjechać?
– Dokąd miałbym pojechać  – odrzekł.  – Przecież mnie i tutaj źle. Po czym dodał: – a ty wciąż tylko wyjeżdżasz, wyjeżdżasz i wyjeżdżasz. Mija już dziesięć lat jak tak wyjeżdżasz. Ja zaś nigdzie nie wyjeżdżam, to jaka między nami różnica?
– To może powinienem spróbować uciec??
-Niby jak?
– Zwyczajnie: przeczołgam się nocą przez granicę i …

Stary „zek” przyjrzał mi się uważnie.
(„zek”;  ros. – zakliuczonnyj;  pol. –  pensjonariusz zakładu karnego;  ZK.)
– Spieszy ci się? Jak nie, to siadaj w rogu kanapy. Zaraz przyjdzie taki jeden, co w tej kwestii wszystko ci wyjaśni.
– A skąd on?
– Przecież, że nie z Łubianki! Zabrałem go z podjazdu, gdzie siedział na krawężniku, bo nie ma gdzie przenocować.

Na dzwonek do drzwi gospodarz otworzył je, a wtedy wszedł nieduży chłopina około 35 lat, mizerny i marnie ubrany, ostrzyżony na łyso, który trzymał pod pachą bochenek czarnego chleba. I przedstawił się:
– Iwan Iwanow Iwanycz.
– Żartujesz sobie z nas?
– Mówię prawdę, przysięgam!
I z wprawą człowieka, któremu często zdarzały się podobne sytuacje, pokazał swój paszport, abyśmy mogli stwierdzić prawdziwość  jego personaliów. Następnie  zaczął opowiadać historię swojego życia. Iwanycz pracował jako elektryk. W podmoskiewskich skupiskach dacz wchodził na trakcyjne słupy i naprawiał przewody elektryczne zrywane przez wichury. Razem z partnerem Ormianinem wynajmowali pokój 3 na 4 metry, w którym mieli dwa łóżka i dwie nocne szafki. Kiedy definitywnie zbrzydła mu monotonia pracy i życia, powiedział sobie; „Chcę odmiany swojego losu”. Ormianin opowiedział mu, że trasa pociągu relacji Moskwa – Erewań prowadzi miejscami przy samej granicy z Turcją. Granica jest tam dosłownie na wyciągnięcie ręki, jak też jest doskonale widoczna z okien pociągu i dlatego łatwo znaleźć to miejsce, w którym należy zeń wyskoczyć.

Iwanycz wybrał się do sklepu z papeterią, kupił dziecinny kompas za rubel i dwadzieścia kopiejek oraz mapkę konturową dla trzecioklasistów za siedem kopiejek. Współlokator zaznaczył mu na mapce miejsce, gdzie trasa kolejowa przebiega najbliżej granicy. Udał się Iwanycz na dworzec, nabył bilet do Erewania. Nocą, gdy tylko zamierzał wyskoczyć ze stopnia wagonu w miejscu zaznaczonym na mapce, przytrzymali go za rękaw:
–  Dokąd to?
– Jak to dokąd? zdziwił się Iwanycz. – Do Turcji. Powiedzieli mi, że stąd będzie najbliżej.
– A kto ci tak powiedział?
– Tego wam nie zdradzę!
Pogranicznicy zatrzymali Iwanycza. Na rozprawie sądowej prokurator demonstrował narzędzia, które posłużyły obwinionemu do przestępstwa: dziecięcy kompas za rubel dwadzieścia i mapkę konturową dla trzecioklasistów za siedem kopiejek. Wspólnik Ormianin także był nękany, grozili mu wyrokiem za to, że nie doniósł na Iwana. A darowali mu karę, gdy zgodził się informować o tym, kto go będzie pytał w sprawie przebiegu granicy z Turcją.

Jacy to pomysłowi spryciarze nie siedzieli w łagrze razem z Iwanyczem! Np. jeden z nich wykombinował,  że jeśli zakupi czterysta dwadzieścia baloników i napompuje je helem, to gdy uniosą go w górę, wtedy przy sprzyjającym wietrze przeleci z Batumi do Turcji. Ale akurat w chwili, gdy dolatywał do granicy, wiatr ucichł, pogranicznicy przestrzelili czterysta, zaś pozostałych dwadzieścia  baloników wystarczyło akurat na tyle, aby śmiałka dostarczyć wprost do łagru w Mordowii.
Inny wymyślił podwodny rower: nałożył maskę z rurką do oddychania, a gdy zaczął pedałować, to za chwilę pogranicznicy na wodnym kutrze wyrwali rurkę i śmiałek był zmuszony wypłynąć samodzielnie spod wody. Jeszcze kolejny postanowił wykopać tunel pod Bałtykiem do Szwecji, wprost ze swojego ogródka na Łotwie, ale gdy się zaklinował, to musieli wyciągnąć  go stamtąd za nogawki od spodni. O czwartym nie warto szczegółowo opowiadać, bo i tak nikt nie dałby wiary: ten bowiem chciał siłą woli zamienić się w górskiego orła i dopiero za granicą powrócić do poprzedniej postaci. Wszyscy  ci spryciarze odsiadywali wyroki w mordwińskim łagrze z tego samego paragrafu: zdrada ojczyzny przez zamiar przekroczenia granicy Związku Sowieckiego. Udało się tylko temu czwartemu; górskiego orła zamknięto na oddziale psychiatrycznym. Wciąż tam przebywa, gdzie stojąc przy oknie ciągle powtarza „Lećmy już”  .

Iwanycz, co wieczór leżąc na pryczy, czytał na głos krótki słownik rosyjsko-angielski i z tego powodu bywał bijany przez współwięźniów, którzy nie chcieli słuchać obco brzmiących wyrażeń. Za dobre sprawowanie został zwolniony przedterminowo. Pod koniec terminu odsiadki znał na pamięć angielskie słowa od litery A do E. Po wyjściu z łagru przyjechał do Moskwy i natychmiast skierował się do sklepu z papeterią, gdzie kupił kompas za rubel dwadzieścia oraz konturową mapkę dla trzecioklasistów za siedem kopiejek, po czym niezwłocznie nabył w przedsprzedaży bilet na pociąg do Erewania. Na nowej mapce sam zaznaczył miejsce, gdzie powinien wyskoczyć z pociągu.
– A dokąd to!  – zawołali pogranicznicy.
– Nie wasza sprawa! – odciął się Iwanycz. –  Nic nie powiem, choćbyście mieli język uciąć.

Na pryczy kontynuował naukę na pamięć dalszej części małego słownika rosyjsko-angielskiego, czyli  od litery E do K. Współwięźniowie z celi już go za to nie billi, bo w międzyczasie przywykli.

Recydywista Iwanycz odsiedział swój wyrok w całości, a gdy wyszedł na wolność, pojechał do Moskwy, niezwłocznie skierował się do sklepu z papeterią, w którym kupił kompas za rubel dwadzieścia i mapkę konturową dla trzecioklasistów za siedem kopiejek, potem nabył bilet na pociąg relacji Moskwa  – Erewań i pojechał. Dojechał z powrotem do łagru, który dopiero co opuścił. Pozwoliło mu to wyuczyć się na pamięć  słówek ze słownika od litery K do litery O. Tym razem cały barak razem z nim recytował chórem słówka z pamięci.

Po odsiedzeniu trzeciego wyroku Iwanycz przyjechał do Moskwy, co sił w nogach pomknął do sklepu z papeterią i kupił wiadomo co. Po wyjściu ze sklepu chciał udać się na dworzec, ale nie zdążył, bo zatrzymali go, łapiąc pod łokcie, jacyś nieznajomi. Przy rewizji osobistej znaleźli kompas za rubel dwadzieścia i mapkę konturową dla trzecioklasistów za siedem kopiejek. Tym razem nie trafił pod sąd, ale załadowali go do czarnej „Wołgi”, którą powieźli go w nieznane.

W piwnicy Łubianki położyli przed nim czarny garnitur, mocno znoszony, białą koszulę, choć nie pierwszej świeżości oraz krawat nieokreślonego koloru w niebieskie ciapki z gumką i haczykiem (dla tych, którzy nie potrafią zawiązywać węzła). Kazano mu podpisać, że zobowiązuje się w komplecie i w stanie nienaruszonym zwrócić własność państwową, a następnie zakomunikowano, że chce się z nim widzieć i szczerze porozmawiać pewien towarzysz, а konkretnie towarzysz Andropow. I to osobiście. Dlatego ma nie zrobić żadnych głupstw!  Bo inaczej to … i pociągnęli palcem w poprzek jego gardła.
(Jurij Andropow – szef KGB w latach 1967 -1982;)

Doprowadzili Iwanycza do gabinetu, w którym przy długim stole siedzieli generałowie. Zostawili go przed nimi i polecili czekać. Zza tajnych drzwi wyszedł tow. Andropow. Wszyscy generałowie powstali, ten zaś nie oglądając się na boki, usiadł i zaczął łyżeczką mieszać herbatę. Upił łyk, potem podniósł jedną ręką kompas, drugą mapkę konturową i po przyjacielsku zwrócił się do Iwanycza:
– Powiedz mi, Iwanycz, co to takiego?
– Jak to co?- zdziwił się Iwanycz. – No przecież to kompas i mapka konturowa.
– Wiem! Ale pytam, co to za brewerie wyczyniasz?! Dlaczego psujesz piękny wizerunek naszego kraju, w którym wszyscy, poza tobą, skutecznie się reedukują. I co ty chcesz zobaczyć za granicą? Weź przykład choćby ze mnie; nigdy tam nie byłem i nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby tam uciekać.
Andropow zwrócił się do stojących wzdłuż stołu generałów:
–  A wy, towarzysze, chcecie uciekać za granicę?
– Ależ skąd! Nigdy! W żadnym wypadku! –  zabuczeli generałowie.
– Nо widzisz! Doceń to, Iwanow, bo wcześniej takich jak ty rozstrzeliwali za zdradę ojczyzny. Obecnie zaś działamy prewencyjnie. Chcemy, abyś stał się pełnowartościowym obywatelem w humanitarnym systemie sowieckim. Rozumiesz!?
– Czego tu nie rozumieć? – przytaknął ochoczo Iwanycz i poprawił przekrzywiony krawat. Zrozumiałem.
– Odbyliśmy naradę na wasz temat i postanowiliśmy darować wam winę. Jesteś świadomy wagi tego gestu?
– Jestem, dlaczego miałbym nie być.
– Otóż to! Teraz możesz odejść.
Wychodząc Iwanycz niespodzianie przystanął w drzwiach i zapytał::
– Obywatelu naczelniku, to jest towarzyszu Andropow – gdzie tu jest najbliższy sklep z papeterią?
Usłyszawszy to, Andropow splunął do herbaty, rzucił w Iwanycza kompasem, zgniótł konturową mapkę i posłał ją w ślad. Zatupał towarzysz Andropow tak, że aż portret towarzysza Dzierżyńskiego zakołysał się na ścianie, i wykrzyknął:
– Zabierzcie go natychmiast! Zróbcie z nim co chcecie, ale tak żebym o nim już więcej nie słyszał! Pozamykać wszystkie sklepy i magazyny z papeterią, skonfiskować wszystkie kompasy i mapki konturowe, od Moskwy po Władywostok! Za trzy dni zameldować o wykonaniu polecenia!

W piwnicy Łubianki zdjęli z Iwanycza garnitur, białą koszulę i krawat i polecili podpisać dokument potwierdzający ich zwrot. Na powrót założył swoją starą kurtkę i obozowe spodnie. W celu profilaktycznym pieniądze przeznaczone na zakup biletu do Erewania ulotniły się z kieszeni w spodniach. Ledwie udało mu się ocalić kompas i zmiętą mapkę konturową, które złapał w gabinecie towarzysza Andropowa i  niepostrzeżenie przekładał z kieszeni do kieszeni. To w łagrze nabył tak bardzo przydatnych umiejętności, czyli nie siedział tam po próżnicy. I zawieźli go znowu w nieznane mu miejsce. Prowadzili długo, aż doprowadzili. W gabinecie siedział pułkownik.
– Sprawa wygląda następująco – pogładził dłonią pękatą teczkę i po chwili mocno ją przycisnął.
– Wyjedziesz do Izraela.
– Do tego potrzebne jest zaproszenie, a ja nie mam tam żadnych krewnych. I tak się składa, że nie jestem Żydem.
– Krewnych już ci dobraliśmy. I nawet już dzisiaj przysłali zaproszenie. To twoja ciotka w trzecim pokoleniu. Bierz!
Pułkownik wyjął z teczki kopertę i wyekspediował ją kierunku Iwanycza po szklanym blacie stołu.
– O, nie! – odpowiedział Iwanycz i odesłał kopertę tą samą drogą. – W łagrze opowiadali mi, że w Izraelu gorąco. Ja zdecydowałem się na Amerykę.
– Bierz, bierz – zmęczonym głosem powiedział pułkownik – Nie ty pierwszy i nie ostatni. Potruchtaj w OWIR,  ja do nich przedzwonię. Jak by nie patrzeć, Izrael lepszy od Erewania, do którego ty nigdy nie dotrzesz. Pułkownik wykazywał spore poczucie humoru.
(ОВИР /OWIR  – Oddział Wiz i Rejestracji;)
Iwanycz odebrał zaproszenie i udał się do OWIR, tam w kolejce odczekał co swoje i w okienku podał zaproszenie. Po czym usłyszał:
– Biegusiem przynieście siedemset rubli, bo tyle należy się za odebranie obywatelstwa.
–  A niby skąd wytrzasnę tyle pieniędzy?  – zdumiał się Iwanycz. – Ostatni rubel i dwadzieścia siedem kopiejek wydałem na kompas i mapkę konturową.
-To wasz problem, usłyszał w odpowiedzi. I dodali  – Idźcie tam skąd was tu przysłali.
Dziwne, ale Iwanycza zaprowadzili znów do pułkownika.
– Skąd mam wziąć taką sumę – pożalił się Iwanycz – skoro na kompas i mapkę konturową wydałem ostatni  rubel i dwadzieścia siedem kopiejek? Wyjął kompas, rozprostował na stole zmiętą mapkę i wywrócił kieszenie na dowód, że niczego więcej w nich nie ma. Pułkownik po cichu zabrał kompas i mapkę i schował je do biurka. Może i on miał chęć  pojechać do Erewania? Na zaproszeniu zaś napisał:  „Pozbawić nieodpłatnie obywatelstwa obywatela Iwanycza I.I.. Pułkownik ….”. I złożył niewyraźny podpis.

Z powodu takiego zakrętu losu Iwanycz nie zdążył nauczyć się na pamięć krótkiego słownika rosyjsko-angielskiego poza literę O. Gdy o tym opowiadał mi wówczas w Moskwie, pokazał bilet. Tym razem nie do Erewania, ale do Wiednia. I to na koszt KGB. A niektórzy nadal  nie chcą uwierzyć, że to jest solidna, troszcząca się o ludzi instytucja.

W tej historii ani jedno słowo nie zostało zmyślone. Jeśli ktoś wątpi, mam na to świadka.

Jakiś czas temu spotkałem Iwana Iwanycza w  Brighton Beach, w Nowym Jorku. Przebywał tu już od dwudziestu lat. Po angielsku znał słówka tylko w kolejności alfabetycznej od litery A do O. Mieszkańcy Brighton Beach proszą go, aby mówił po rosyjsku, bo sami nie znają zbyt wielu słów angielskich. Nawiasem mówiąc, nie jest im to do niczego potrzebne.
(Brighton Beach; nowojorska dzielnica skupiająca emigrantów ze Związku Sowieckiego i  terenu byłych republik sowieckich. Tzw. „mała Odessa”)

Iwan Iwanycz pracuje jako elektryk, W skupiskach dacz na obrzeżach Long Island wchodzi na trakcyjne słupy i naprawia przewody elektryczne pozrywane przez wichury. Razem z partnerem z Filipin wynajmują po pokoju, 3 na 4 metry, a w każdym stalowe łóżko i nocna szafka. Iwanycz  podsumował: – Haruję, haruję, i co? Zbrzydła mi taka monotonna praca i życie. Chcę odmiany swojego losu.

O autorze: stan orda

lecturi te salutamus