Pytanie nie brzmi, czy zmiana nadejdzie. Pytanie brzmi, jaką przybierze formę, ile cierpienia ją poprzedzi i czy będziemy wystarczająco mądrzy, by zbudować coś lepszego po drugiej stronie – czy też po prostu zastąpimy jednych panów innymi, jak to już wielokrotnie bywało. Ten wynik nie jest z góry przesądzony. Zależy od wyborów ludzi, którzy rozumieją, o co toczy się gra i nie chcą zaakceptować, że obecny stan rzeczy jest trwały lub nieunikniony.
◊
Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org
◊
10 lat „nieposiadania niczego i bycia szczęśliwym” – oceń swoje szczęście
Uwagi na temat życia w gospodarce, w której finansujesz spaghetti dłużej, niż je jesz.
Szczególne okrucieństwo przejawia się w tym, gdy ktoś każe ci podnieść się za sznurówki, podczas gdy ktoś inny już ukradł ci buty, a jeszcze większe okrucieństwo w tym, gdy wysłuchujesz wykładów o ciężkiej pracy od pokolenia, które kupowało domy za jedną pensję i przechodziło na emeryturę, podczas gdy ty pracujesz na trzech etatach i śpisz w swoim pokoju z dzieciństwa w wieku dwudziestu sześciu lat.
Według TransUnion, pokolenie Z ma obecnie większe zadłużenie na kartach kredytowych niż pokolenie milenialsów w tym samym wieku, co samo w sobie byłoby wystarczająco niezwykłe, gdyby nie fakt, że ich siła nabywcza spadła o około osiemdziesiąt sześć procent w porównaniu z tym, czym cieszyli się przedstawiciele pokolenia wyżu demograficznego, gdy wkraczali w dorosłość.
Niech ta liczba na chwilę zapadnie wam w pamięć. Osiemdziesiąt sześć procent. To nie jest marginalny spadek. To nie jest zwykłe tarcie cykli gospodarczych. To metodyczne, systematyczne wyrywanie przyszłości całego pokolenia, prowadzone przez dekady przez instytucje, które doskonale rozumiały, co robią, i mimo wszystko to robiły.
Liczba osób kupujących dom po raz pierwszy spadła do najniższego poziomu od prawie pięćdziesięciu lat. Inwestorzy instytucjonalni – bezosobowe skupiska kapitału, które traktują schronienie jako wpis w arkuszu kalkulacyjnym, a nie jako ludzką konieczność – według prognoz będą w ciągu najbliższych czterech lat posiadać ponad czterdzieści procent wszystkich domów jednorodzinnych. Pytanie, które wyłania się z tych statystyk, nie brzmi, czy pokolenie Z spełni amerykański sen, ponieważ marzenie to zostało już przejęte, zlicytowane i przekształcone w nieruchomość pod wynajem zarządzaną przez algorytm BlackRock.
Pytanie brzmi, czy to, co pozostało, można w ogóle nazwać życiem, czy też zostało zredukowane do czegoś, co dokładniej można by określić jako usługę abonamentową — miesięczną opłatę za przywilej istnienia w społeczeństwie, które zamieniło każdy aspekt ludzkiego doświadczenia na pieniądze, nie oferując niczego w zamian poza możliwością dalszego płacenia.
Klasy dobrze sytuowane – te, których bogactwo tak bardzo izoluje je od konsekwencji systemu, którego bronią, że autentycznie nie potrafią pojąć, dlaczego ktokolwiek miałby się z tym zmagać – powiedzą wam z dobrotliwą protekcjonalnością arystokratów objaśniających zasady dobrego wychowania przy stole, że tak właśnie działają rynki. Będą przywoływać świętą liturgię podaży i popytu, jakby recytowali Pismo Święte, klękając przed ołtarzami wydajności i innowacji, twórczej destrukcji i dynamiki gospodarczej. To zaklęcia, rytualne frazy, które mają położyć kres myśleniu, a nie je pobudzić, ekonomiczny odpowiednik „zadumy i modlitw” po strzelaninie w szkole.
Będą sugerować z pogodną pewnością siebie osób, które nigdy w swoim rozpieszczonym życiu nie zaznały zimnego potu przy sprawdzaniu stanu konta w banku przed zakupami spożywczymi, że gdyby młodzi ludzie po prostu ciężej pracowali, oszczędzali bardziej starannie, nauczyli się programowania, przenieśli się do tańszych miast, zrezygnowali z subskrypcji serwisów streamingowych, zrezygnowali z tostów z awokado i przyjęli odpowiednio pozytywne nastawienie, oni również mogliby osiągnąć dobrobyt, do którego poprzednie pokolenia wpadały z całym impetem upadającej kłody.
Osoba z pokolenia wyżu demograficznego, która w 1978 roku kupiła dom za pensję robotnika fabrycznego, będzie ci wygłaszać wykład o odpowiedzialności finansowej, siedząc w domu, którego wartość wzrosła o 1200 procent, nie wymagając od niego ani jednej dodatkowej godziny pracy. Mężczyzna, którego studia kosztowały pięćset dolarów za semestr, szczerze wyjaśni, że twoje pokolenie po prostu nie rozumie wartości edukacji. Ktoś, kto nigdy nie rywalizował z czterystoma kandydatami o niepłatny staż w rozmowie kwalifikacyjnej prowadzonej przez niesprawną sztuczną inteligencję, będzie się głośno zastanawiał, dlaczego „po prostu nie postawiłeś stopy w drzwiach”.
Rady spływają nieubłaganie, z wątków na Twitterze, stołów w Święto Dziękczynienia i felietonów w gazetach, pisanych przez felietonistów, których początkowa pensja w 1985 roku wystarczyłaby na dom, na który ich wnuków nigdy nie będzie stać: przestańcie jeść na mieście, zrezygnujcie z Netflixa, parzcie kawę w domu, przestańcie co roku kupować nowe telefony. Jakby czterysta tysięczną lukę między zarobkami a cenami nieruchomości dało się zniwelować, przechodząc na kawę rozpuszczalną. Jakby każdy poniżej trzydziestego piątego roku życia mógł co roku kupować nowy telefon, zamiast go kredytować lub oddawać w rozliczeniu, gdy tylko bateria padnie po osiemnastu miesiącach przeciętnego użytkowania.
Mój telefon ma sześć lat i wciąż zastanawiam się, kiedy dokładnie będę mogła sobie pozwolić na dom za moją pensję – a co ważniejsze: gdzie? Ziemia Ognista? Warto o tym pomyśleć w tym momencie. Może mogłabym kupić skromne mieszkanie gdzieś w subarktycznej dziczy, z dala od inwestorów instytucjonalnych i algorytmicznych właścicieli nieruchomości, gdzie jedynymi sąsiadami byłyby pingwiny – które, trzeba przyznać, najwyraźniej wykazały się znacznie większą odwagą niż to rozdęte, samouwielbiające się, samozadowolone, śmiertelnie obojętne społeczeństwo, które spędza czas na wygłaszaniu tonącym wykładów na temat ich techniki pływania.
„Nihilistyczny Pingwin” pójdzie ku pewnej śmierci, zamiast poddać się warunkom, które uważa za nie do zniesienia. Przeciętny Amerykanin wysłucha kolejnego wykładu o kawie ze Starbucksa (nawiasem mówiąc, nigdy w życiu nie wydałam tam ani grosza) od kogoś, czyj cały majątek netto pochodzi z zakupu domu w 1987 roku, uprzejmie skinie głową i w duchu zastanowi się, co jest z nim nie tak. Pingwiny przynajmniej zachowują godność swoich przekonań. Reszta z nas zamieniła swoje na przywilej usłyszenia, że ponieśliśmy porażkę. Ale proszę, powiedz mi więcej o moich rozrzutnych nawykach zakupowych. Jestem pewna, że kolejny wykład o odpowiedzialności finansowej od kogoś, czyja rata kredytu hipotecznego jest niższa niż moja składka na ubezpieczenie zdrowotne, w końcu złamie ten kod.
Ta rada byłaby po prostu obraźliwa, gdyby nie stanowiła formy manipulacji [gaslighting], tak wszechstronnej, tak nieustępliwej, tak perfekcyjnie wyważonej, by zmusić ofiarę do zwątpienia w jej własne postrzeganie rzeczywistości, że sprowadza się to do wojny psychologicznej prowadzonej przeciwko całej grupie demograficznej. Kiedy pracujesz sześćdziesiąt godzin tygodniowo i nie stać cię na czynsz, a ktoś mówi ci, że problemem jest twój sposób myślenia, nie oferuje on żadnej rady. Mówi ci, że rzeczywistość nie istnieje, że twoje przeżycia to halucynacja, że but na karku to w rzeczywistości masaż i powinieneś być za niego wdzięczny.
Proszą was o udział w waszym własnym wymazaniu – finansowym i etnicznym – i o zaakceptowanie, że wasza niezdolność do rozwoju w ustawionej grze, w której zawsze będziecie d..kami z powodu samego istnienia, odzwierciedla pewne braki w waszym charakterze, a nie architekturę samej gry. A najokrutniejsze jest to, że niektórzy z was im uwierzą, zinternalizują kłamstwo, spędzą lata zastanawiając się, co jest z wami nie tak, zanim zdadzą sobie sprawę, że jedyne, co z wami jest nie tak, to to, że urodziliście się trzydzieści lat za późno, by skorzystać z umowy społecznej, która już została zrealizowana i spalona.
Prawda jest prostsza i mroczniejsza: każde pokolenie wkraczało w dorosłość w pogarszających się warunkach ekonomicznych, czego najbardziej widocznym odzwierciedleniem jest stały spadek liczby właścicieli domów, ale kumulujący się efekt dekad nieudanej polityki – z których każda koncentrowała się wyłącznie na kolejnym cyklu wyborczym lub kwartale finansowym, a nie na spójnej wizji przyszłości – sprawił, że millenialsi i pokolenie Z muszą udźwignąć cały nagromadzony ciężar systemowego rozkładu. Nie zmagają się z lenistwem, poczuciem wyższości czy niewystarczającą przedsiębiorczością. Zmagają się, ponieważ odziedziczyli gospodarkę, która została systemowo zaprojektowana tak, aby wydobywać z ludzi maksymalną wartość, zapewniając jednocześnie minimalne bezpieczeństwo – gospodarkę, która powróciła do warunków niespotykanych od czasów Wieku Pozłacanego [Gilded Age], ery bezprecedensowych nierówności i dominacji korporacji, której miały zapobiegać przepisy antymonopolowe i przepisy dotyczące ochrony pracowników z XX wieku.
Historia, ten wielki nauczyciel, którego nikt nigdy nie słucha, pokazała nam już, do czego to prowadzi. Pod koniec XIX wieku ponad cztery tysiące amerykańskich firm upadło, przekształcając się w około dwieście pięćdziesiąt, oddając kontrolę nad cenami, siłą roboczą i produkcją w ręce wąskiej elity, której nazwiska wciąż rozbrzmiewają w korytarzach bogactwa: Carnegie, Rockefeller, Morgan, Vanderbilt.
Andrew Carnegie kontrolował około dwadzieścia pięć procent światowej produkcji stali, przewyższając produkcję całych krajów uprzemysłowionych, takich jak Wielka Brytania. Standard Oil Johna D. Rockefellera osiągnął dziewięćdziesięcioprocentowy udział w rynku, a sam Rockefeller posiadał prawie dwa procent całkowitego majątku kraju – liczba ta brzmi niemal staromodnie w porównaniu z koncentracją, jakiej jesteśmy świadkami dzisiaj, kiedy siedem firm technologicznych odpowiada za ponad jedną trzecią całego indeksu S&P 500, co stanowi najbardziej skoncentrowany udział w historii rynku amerykańskiego.
Baronowie-rozbójnicy zrozumieli coś, co na nowo odkryli ich współcześni następcy: gdy gospodarka staje się zależna od skoncentrowanej władzy, apele o poprawę płac i warunków pracy można zbagatelizować jako zagrożenie dla samego postępu gospodarczego. Retoryka ta praktycznie nie zmieniła się od stu czterdziestu lat. W epoce Wieku Pozłacanego żądania ochrony podstawowej godności ludzkiej zostały przerobione na niebezpieczną komunistyczną propagandę, zagraniczną agitację zagrażającą amerykańskiemu stylowi życia.
Dziś każda sugestia, że korporacje powinny płacić godziwe płace, że opieka zdrowotna nie powinna doprowadzać chorych do bankructwa, albo że mieszkania powinny być dostępne dla ludzi, którzy faktycznie w nich mieszkają, spotyka się z oskarżeniami o socjalizm, walkę klas, analfabetyzm ekonomiczny lub odwieczny faworyt zamożnych: zazdrość. Robotnicy Wieku Pozłacanego musieli zmagać się nie tylko z bezprecedensową władzą korporacji i skorumpowaną polityką, ale także ze społecznymi pochlebcami, którzy bronili systemu, który ich zmiażdżył – zwykłymi ludźmi tak przesiąkniętymi nachalną propagandą, że wierzyli w swoje własne zubożenie jako naturalne, nieuniknione, a może nawet zasłużone.
Najbardziej druzgocącym przykładem tego zjawiska był sprzeciw wobec reformy dotyczącej pracy dzieci, który nie pochodził głównie od elit przemysłowych czy polityków, lecz od rodziców z klasy robotniczej, których płace spadły tak nisko, że przetrwanie rodziny zależało od dochodów ich dzieci. System stworzył tak brutalne warunki, że wyzysk stał się samonapędzający, a same ofiary broniły niszczących je praktyk, ponieważ nie potrafiły wyobrazić sobie alternatywy. Na tym właśnie polega geniusz wszechstronnego przejęcia ekonomicznego: nie tylko narzuca cierpienie, ale wręcz zmusza cierpiących do obrony źródeł swojego bólu.
Historia jednak również rejestruje to, co się dzieje, gdy nierówności pogłębiają się poza granice tolerancji. W miarę jak niepokoje narastały w całym kraju, strajki przeradzały się w przemoc, a sprzeciw opinii publicznej stawał się niemożliwy do zignorowania, przywódcy polityczni byli coraz bardziej zmuszeni reagować nie na biernych amerykańskich wyborców, zadowolonych z tego, co oferował rynek, ale na siłę roboczą, która odkryła swoją kolektywną siłę poprzez gorzkie doświadczenia. Uchwalenie ustawy antymonopolowej Shermana z 1890 roku stanowiło wczesną próbę zapobieżenia całkowitemu zdominowaniu systemu demokratycznego przez władzę prywatną, ustanawiając precedens, że konsolidacja nie była naturalnym punktem końcowym, który Amerykanie byli zobowiązani zaakceptować. Era Progresywna (tak, używam tego okropnego słowa w kontekście nieobraźliwym!) rozszerzyła te zabezpieczenia poprzez przepisy prasowe, regulacje pracownicze i stopniowe uznawanie, że gospodarka istnieje po to, by służyć ludziom, a nie odwrotnie.
I przez jakiś czas – krótki, świetlany okres, o którym klasy zamożne teraz udają, że nigdy nie istniał – to podejście działało. Nie tak dawno temu kraj wyszedł z Wieku Pozłacanego w okres, w którym mocny uścisk dłoni i chęć do pracy mogły zagwarantować karierę na całe życie. Gdzie pracownik zarabiający najniższą krajową zaledwie siedemdziesiąt pięć centów za godzinę mógł sobie pozwolić na opłacenie czynszu za cały miesiąc, pracując na pełen etat przez mniej niż półtora tygodnia. Gdzie prawie sześćdziesiąt procent amerykańskich pracowników posiadało domy w cenach odpowiadających dzisiejszej medianie około stu dwudziestu ośmiu tysięcy dolarów. Gdzie blisko czterdzieści pięć procent Cichego Pokolenia [Silent Generation] posiadało domy w wieku dwudziestu pięciu lat – nie dzięki pomocy rodziców czy odziedziczonemu majątkowi, ale dzięki prostemu mechanizmowi płac, które faktycznie odpowiadały kosztom utrzymania.
Roczne koszty opieki zdrowotnej dla przeciętnej rodziny wymagały zaledwie około dwóch do czterech tygodni pracy. Ponieważ około trzydzieści procent siły roboczej było zrzeszonych w związkach zawodowych, pracownicy mieli realną siłę nacisku, aby negocjować wyższe płace, emerytury i świadczenia. Mobilność społeczna nie była inspirującym hasłem na plakatach ani banałem z wykładów TED – była strukturalnie dostępna, wbudowana w architekturę ekonomiczną poprzez przemyślane decyzje polityczne, które traktowały pracowników jako istoty ludzkie, a nie jednorazowy nakład. System nie był idealny, w żadnym wypadku. Jednak podstawowa umowa obowiązywała: jeśli ciężko pracujesz i przestrzegasz zasad, możesz zbudować godne życie. Ta umowa została systemowo zerwana, mimo że tak wielu z tych, którzy mieli szansę skorzystać z jej dobrodziejstw, radośnie ignoruje tę rzeczywistość.
W kolejnych dekadach dewaluacja waluty osłabiła siłę nabywczą płac, podczas gdy ceny aktywów gwałtownie rosły, wzbogacając tych, którzy już posiadali majątek, a jednocześnie czyniąc posiadanie go coraz bardziej niemożliwym dla tych, którzy go nie posiadali. Niekończące się wojny pochłaniały biliony dolarów, które mogłyby zostać przeznaczone na finansowanie infrastruktury, edukacji, opieki zdrowotnej, budownictwa mieszkaniowego – wszystkiego, co mogłoby poprawić życie zwykłych obywateli, a nie marż zysku producentów zbrojeniowych. Przejęcie regulacji przekształciło agencje mające chronić interesy publiczne w lobbingowe ramiona branż, które miały nadzorować. A mimo to obietnica ekonomii skapywania zapewniła ideologiczne uzasadnienie dla tego, co w praktyce było masową redystrybucją bogactwa i władzy w górę w ręce nielicznych.
Wraz ze spadkiem egzekwowania prawa i przyspieszeniem konsolidacji, siła robocza traciła wpływy, własność ustępowała miejsca dostępowi, a bodźce ze strony kierownictwa ponownie nagradzały tłumienie związków zawodowych. Społeczni pochlebcy powrócili, a ich argumenty zostały zaktualizowane do ery cyfrowej, ale zasadniczo niezmienione od czasów ich poprzedników z Wieku Pozłacanego: tak właśnie działają rynki, regulacje niszczą miejsca pracy, związki zawodowe to przeżytek epoki przemysłowej, jeśli nie podobają ci się warunki pracy, możesz znaleźć inną. Nieważne, że dostępne miejsca pracy oferują te same lub gorsze warunki. Nieważne, że „wolność” wyboru między wyzyskiem a bezdomnością nie jest żadną wolnością. Nieważne, że całe ramy prawne zakładają indywidualne rozwiązania problemów systemowych, przerzucając ciężar dostosowania się do zepsutego systemu wyłącznie na tych, którzy są najmniej przygotowani do jego udźwignięcia.
Pokolenie Z wkroczyło w gospodarkę, która pod wieloma względami jest o krok od pamiętnych warunków z Wieku Pozłacanego, którym pierwotnie miały zapobiegać przepisy antymonopolowe i przepisy regulujące pracę. Nigdzie ten powrót nie stał się bardziej szkodliwy niż w sektorze mieszkaniowym – tej najbardziej fundamentalnej ludzkiej potrzebie, która obecnie przekształciła się w spekulacyjną klasę aktywów, której głównym celem jest generowanie zysków dla inwestorów, a nie zapewnienie schronienia ludziom.
Po kryzysie finansowym z 2008 roku – będącym konsekwencją deregulacji i inżynierii finansowej, która wzbogaciła architektów upadku, jednocześnie rujnując zwykłych właścicieli domów – dziesiątki tysięcy małych i regionalnych firm budowlanych zbankrutowało lub zostało przejętych przez większych konkurentów. Kryzys, który zniszczył tak wiele rodzinnych firm i osobistych oszczędności, stał się dla tych z dużym kapitałem bezprecedensową okazją do zakupu. Nowe inwestycje budowlane w coraz większym stopniu znajdowały się pod kontrolą garstki firm, a dziś dziesięciu największych deweloperów kontroluje prawie 45% wszystkich nowych domów jednorodzinnych, co stanowi najwyższy odsetek w historii. Tylko dwie firmy, DR Horton i Lennar, samodzielnie kontrolują ponad 20% rynku.
Badania Luisa Quintero z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa pokazują, co ta koncentracja oznacza w praktyce: te dominujące firmy mogą teraz kontrolować harmonogram, wielkość i ceny nowych inwestycji bez obawy przed konkurencją z zewnątrz. Zmniejszyły one roczną podaż mieszkań o około sto pięćdziesiąt tysięcy jednostek rocznie, czyli prawie 2,6 miliona domów od czasu recesji, jednocześnie zwiększając zmienność cen o ponad pięćdziesiąt procent. Po co budować mieszkania w przystępnej cenie dla rodzin z klasy średniej, skoro luksusowe i wysokomarżowe projekty są o wiele bardziej rentowne? Według Redfin, rynek mieszkań luksusowych rozwijał się trzy razy szybciej niż rynek głównego nurtu. Pod koniec 2024 roku w całym kraju w budowie było zaledwie 6700 tańszych mieszkań na wynajem, w porównaniu z prawie pół milionem mieszkań wyższej klasy.
W rezultacie rynek staje się coraz bardziej oderwany od dochodów gospodarstw domowych. Według danych Centrum Studiów nad Mieszkalnictwem Uniwersytetu Harvarda, około połowa wszystkich gospodarstw domowych wynajmujących mieszkania wydaje obecnie ponad trzydzieści procent swoich dochodów na mieszkanie – tradycyjny próg, powyżej którego koszty mieszkania stają się uciążliwe. Rekordowa liczba 12,1 miliona gospodarstw domowych wydaje ponad pięćdziesiąt procent tylko po to, by utrzymać dach nad głową. To nie są ludzie podejmujący złe decyzje finansowe. To ludzie uwięzieni na rynku, który został celowo ukształtowany w celu wyłudzenia maksymalnego czynszu od najemców, którzy nie mają dokąd się udać.
A gdy już budownictwo mieszkaniowe będzie projektowane tak, aby służyć temu, kto da najwięcej, a nie przeciętnemu gospodarstwu domowemu, przyciągnie kapitał, który będzie traktował domy nie jako miejsca do życia, ale jako aktywa generujące dochód, którymi będą zarządzać algorytmy i firmy zarządzające nieruchomościami, które nigdy nie spotkały i nigdy nie spotkają najemców, których życie zależy od ich decyzji.
Tylko w 2021 roku około dwadzieścia osiem procent wszystkich domów sprzedanych w Teksasie trafiło do inwestorów instytucjonalnych. W całym regionie Sun Belt ponad jedna trzecia zakupów domów jednorodzinnych jest obecnie powiązana z funduszami private equity i dużymi operatorami wynajmu. Nie są to osoby prywatne budujące osiedla, lecz podmioty finansowe, które czerpią wartość z ludzkich potrzeb, podnosząc medianę cen domów powyżej czterystu piętnastu tysięcy dolarów i pozostawiając millenialsów i pokolenie Z w obliczu wskaźnika ceny do dochodu na poziomie 10.5, czyli ponad dwukrotnie wyższym niż w przypadku poprzednich pokoleń.
I choć około trzydziestu procent przedstawicieli pokolenia Z teoretycznie zdołało kupić dom do dwudziestego piątego roku życia, prawie siedemdziesiąt osiem procent wymagało w tym celu pomocy rodziców – to najwyższy odsetek w historii. Amerykański sen ma teraz przypiętą gwiazdkę: jest dostępny tylko dla tych, których rodzice mogą sobie na niego pozwolić. Ponad pięćdziesiąt dwa procent przedstawicieli pokolenia Z nadal mieszka z rodzicami, całkowicie pozbawionych możliwości posiadania domu, z odroczonym w czasie osiągnięciem niezależności w oczekiwaniu na korektę rynku, która może nigdy nie nadejść, lub na odziedziczenie zdewaluowanego majątku po pokoleniu, którego polityka w ogóle stworzyła te warunki.
Ta sama konsolidacja, która przekształciła rynek mieszkaniowy, objęła również cały system żywnościowy, choć klasy zamożne, robiące zakupy w Whole Foods i często odwiedzające restauracje oferujące dania z farmy na stół, rzadko to zauważają. Na początku XX wieku Kongres uznał ogromną władzę dominujących zakładów mięsnych i uchwalił ustawę o zakładach mięsnych i rzeźniach z 1921 roku, aby przełamać ich kontrolę nad dostawami żywności. Jednak w ciągu ostatnich czterech dekad słabe egzekwowanie przepisów antymonopolowych i agresywne fuzje korporacyjne pozwoliły, aby ta władza powróciła ze zdwojoną siłą.
Obecnie ponad dziewięćdziesiąt procent wszystkich kurczaków brojlerów jest hodowanych w ramach systemów kontraktowych, w których rolnicy nie są właścicielami ptactwa, paszy ani praw do przetwórstwa. Posiadają jedynie długi zaciągnięte na budowę obiektów wymaganych przez integratorów oraz pracę włożoną w hodowlę zwierząt zgodnie ze specyfikacjami ustalonymi przez korporacje, które mogą w każdej chwili zerwać umowy. Zaledwie cztery firmy – Tyson, JBS, Perdue i Sanderson – kontrolują około sześćdziesięciu procent amerykańskiej produkcji kurczaków, likwidując miliony małych, mieszanych stad, które istniały na początku XIX wieku, i redukując liczbę niezależnych producentów do zaledwie dwudziestu pięciu do trzydziestu tysięcy hodowców kontraktowych, w porównaniu z setkami tysięcy, które działały w połowie XX wieku.
W sektorze wołowiny cztery największe firmy kontrolują obecnie około osiemdziesiąt pięć procent amerykańskiego przetwórstwa, w porównaniu z zaledwie trzydziestoma sześcioma procentami w 1980 roku. W sektorze wieprzowiny cztery firmy wytwarzają około siedemdziesiąt procent całej produkcji. Oskarżenia o zmowy cenowe na tych silnie skoncentrowanych rynkach ujawniły, że firmy koordynują cięcia dostaw, podnosząc ceny hurtowe, dodając setki dolarów rocznie do rachunku za żywność przeciętnej rodziny, jednocześnie pozwalając korporacjom na zwiększanie marż. Wszystko to skrywane za nagłówkami o inflacji, jakby rosnące ceny były jakimś tajemniczym zjawiskiem naturalnym, a nie przewidywalną konsekwencją pozwolenia garstce firm na kontrolowanie podaży i cen podstawowych towarów.
Koncentracja umożliwiła tym firmom standaryzację produkcji wokół najtańszych i najbardziej nieludzkich metod, jakie są możliwe. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent zwierząt hodowlanych w Stanach Zjednoczonych jest obecnie hodowanych w warunkach farm przemysłowych, pomimo że trzy czwarte amerykańskiego społeczeństwa sprzeciwia się takim warunkom. Jednak opinia publiczna nic nie znaczy, gdy rynek jest kontrolowany przez podmioty na tyle duże, że mogą ją ignorować. Ta sama dynamika występuje w każdym sektorze: konsolidacja tworzy władzę, władza umożliwia wyzysk, a wyzyskiwani nie mają żadnych realnych możliwości, ponieważ rynek nie oferuje alternatyw.
Aby zrozumieć systemowy rozkład rynku pracy, ekonomiści mierzą koncentrację za pomocą indeksu Herfindahla-Hirschmana (HHI), który śledzi, jak duża część kontroli jest skupiona w rękach kilku firm. Historycznie rzecz biorąc, wartość powyżej 2500 sygnalizuje wysoce skoncentrowany rynek, zdolny do zachowań antykonkurencyjnych – próg ten został od tego czasu obniżony do 1800.
Badania ekonomistów specjalizujących się w prawie antymonopolowym, José Azara i Ioany Marinescu, pokazują, że średni wskaźnik HHI rynku pracy wynosi obecnie około 4378. Na wielu rynkach lokalnych i branżowych pracownicy de facto wybierają między zaledwie dwoma dominującymi pracodawcami. Ten poziom koncentracji skutkuje średnio dwudziestoprocentową obniżką płac, mniejszą liczbą dostępnych miejsc pracy i osłabieniem siły przetargowej, ponieważ przewaga pozostaje w rękach pracodawców, którzy nie muszą już konkurować o pracowników, ponieważ podzielili między siebie rynek.
Nigdzie nie jest to bardziej widoczne niż w branży technologicznej. Według raportu Instytutu Samowystarczalności Lokalnej z 2021 roku, ekspansja Amazona przyczyniła się do zniknięcia około czterdziestu procent małych producentów odzieży, zabawek i artykułów sportowych, a także prawie jednej trzeciej małych wydawnictw książkowych. Amazon odegrał kluczową rolę w upadku dużych pracodawców, takich jak Borders i Toys R Us, które łącznie zatrudniały około dziewięćdziesięciu tysięcy pracowników. Firma została przyłapana na wykorzystywaniu swojego funduszu venture capital do inwestowania w startupy, a następnie kopiowania ich pomysłów i wprowadzania na rynek konkurencyjnych produktów, w niektórych przypadkach celowo rujnując firmy, które wspierała.
Amazon nie jest w tym odosobniony. Podczas gdy Federalna Komisja Handlu [FTC] i Departament Sprawiedliwości (DOJ) okazjonalnie blokują głośne fuzje, bardziej powszechną taktyką jest inwestowanie przez dominujące firmy w startupy, zabezpieczanie miejsc w zarządach i ciche wpływanie na ich kierunek – strategia znana jako „kooptacja zakłóceń” [co-opting disruption], czyli odwodzenie przyszłych konkurentów od innowacji, które mogłyby realnie zagrozić ugruntowanej pozycji rynkowej. Kiedy Nvidia, Microsoft, Apple, Amazon, Google, Meta i Tesla stanowią obecnie ponad jedną trzecią całego indeksu S&P 500 – najbardziej skoncentrowany udział w historii rynku amerykańskiego – znajdujemy się w gospodarce, w której dobrobyt kraju zależy od wyników nielicznych firm, których interesy prawdopodobnie nie idą w parze z dobrobytem zwykłych obywateli.
To uzależnienie sprawia, że Pokolenie Z musi zmierzyć się z masowym outsourcingiem amerykańskich miejsc pracy, zwolnieniami podszywającymi się pod optymalizację AI, zbliżającą się automatyzacją całych zawodów, fałszywymi ofertami pracy zalewającymi platformy rekrutacyjne, mającymi stworzyć iluzję możliwości, których nie ma, oraz z najgorszymi warunkami na rynku pracy, z jakimi absolwenci muszą się zmierzyć od ponad dekady.
Dzisiaj siedemdziesiąt dwa procent pokolenia Z żyje od wypłaty do wypłaty, podczas gdy prawie połowa pracuje na trzech lub więcej etatach, żeby przeżyć. Nie po to, by budować majątek. Nie po to, by rozwijać karierę. Po prostu po to, by przetrwać – zapłacić czynsz, kupić artykuły spożywcze, spłacić minimalne raty zadłużenia na karcie kredytowej, które zgromadzili, próbując sfinansować edukację, która miała być ich przepustką do lepszego życia.
A kiedy garstka firm w istocie kontroluje rynek pracy, dyktuje nie tylko płace, ale także dostęp do opieki zdrowotnej. Według Employee Benefit Research Institute, odsetek pracodawców oferujących ubezpieczenia zdrowotne systematycznie spada wraz z przyspieszeniem konsolidacji. Do 2022 roku jeden lub dwa systemy opieki zdrowotnej kontrolowały cały rynek szpitali stacjonarnych w prawie połowie wszystkich obszarów metropolitalnych. Zgodnie z obecnymi wytycznymi federalnymi, siedemdziesiąt trzy procent rynku szpitali metropolitalnych jest klasyfikowanych jako wysoce skoncentrowane, w porównaniu z siedemdziesięcioma jeden procentami w 2014 roku. Zgodnie z proponowanymi przez Departament Sprawiedliwości i Federalną Komisję Handlu (FTC) wytycznymi dotyczącymi fuzji, liczba ta wzrośnie do około dziewięćdziesięciu pięciu procent.
Badania przeprowadzone przez Kaiser Family Foundation i Healthcare Costs Institute pokazują, że ta konsolidacja bezpośrednio podnosi ceny. Same fuzje szpitali zwiększają koszty prywatnych ubezpieczycieli o około trzydzieści pięć do czterdziestu pięciu procent, nie poprawiając wyników leczenia pacjentów. Prawie połowa wszystkich obszarów metropolitalnych jest zdominowana przez jednego ubezpieczyciela kontrolującego co najmniej pięćdziesiąt procent obszaru, podczas gdy w skali kraju zaledwie cztery firmy kontrolują prawie połowę wszystkich prywatnych ubezpieczeń. W miarę jak składki na ubezpieczenie zdrowotne rosną szybciej niż płace, mniejsi pracodawcy coraz częściej nie są w stanie w ogóle oferować ubezpieczenia, co stawia pracowników w sytuacji, w której dostęp do podstawowej opieki zdrowotnej wymaga dołączenia do jednej z większych, skonsolidowanych firm – tych samych, które outsourcingują i automatyzują amerykańskie miejsca pracy tak szybko, jak pozwalają na to ich algorytmy.
W porównaniu z sytuacją sprzed zaledwie dekady, pokolenie Z płaci obecnie około czterdzieści sześć procent więcej za ubezpieczenie zdrowotne. Dwie trzecie młodych dorosłych rezygnuje z wizyt lekarskich z powodu kosztów. To również silnie zniechęca do samozatrudnienia i przedsiębiorczości – a właśnie te cechy klasy zamożne rzekomo cenią, pouczając młodych ludzi o tym, jak podnieść się z upadku za własne pieniądze.
I choć analiza ta koncentrowała się głównie na Stanach Zjednoczonych, ten sam upadek umowy społecznej ma miejsce w dużej części rozwiniętego świata. W Australii naukowcy z Uniwersytetu w Sydney wskazują na narastający kryzys zdrowia psychicznego pokolenia Z, napędzany niepewnością ekonomiczną i niestabilnością społeczną. W Korei Południowej presja sukcesu stała się tak przytłaczająca, że młodzi ludzie nazywają swój kraj „Hell Joseon” – piekielnym, beznadziejnym społeczeństwem. W Chinach młodzi ludzie nazywają siebie „ludźmi szczurami”, opisując wypalenie, wysokie bezrobocie i rozczarowanie wyścigiem szczurów. W Niemczech pokolenie Z zmaga się z tymi samymi problemami upadającego rynku pracy, jednocześnie obwiniane o lenistwo i poczucie wyższości przez tych, którzy weszli w dorosłość w nieporównywalnie łatwiejszych warunkach w rozkwitających powojennych Niemczech. W Kanadzie, pomimo że pokolenie Z oszczędza więcej niż jakiekolwiek poprzednie pokolenie, w praktyce zrezygnowało z posiadania własnego domu.
To nie jest problem amerykański. To globalny wzorzec – skoordynowana restrukturyzacja życia gospodarczego wokół zasady, że ludzie istnieją, by służyć kapitałowi, a nie odwrotnie, że mieszkania, opieka zdrowotna, żywność i praca to towary, które należy optymalizować pod kątem maksymalnej eksploatacji, a nie potrzeby, które należy zapewnić dla ludzkiego rozwoju. Marzenie o własności zostało zastąpione rzeczywistością użytkowania – życiem składającym się wyłącznie z subskrypcji, gdzie ktoś niczego nie posiada a oczekuje się od niego wdzięczności za przywilej dzierżawy dostępu do podstawowych warunków życia.
Zamożne klasy powiedzą ci, żebyś zachował pozytywne nastawienie. Będą ci sugerować, że negacja nigdy niczego nie wygrała, że powinieneś wziąć życie w swoje ręce i coś z nim zrobić, że nastawienie jest wszystkim, a bycie ofiarą to wybór. Ta rada pochodzi od ludzi, którzy nigdy nie musieli wybierać między zakupami spożywczymi a opieką medyczną, którzy nigdy nie pracowali na trzech etatach, jednocześnie studiując w pełnym wymiarze godzin, którzy nigdy nie kalkulowali, czy stać ich na chorobę w tym miesiącu. Ich pozytywność to pozytywność tych, którzy są chronieni przed konsekwencjami, pogodna pewność siebie zwycięzców loterii, którzy radzą pechowcom, by po prostu bardziej wierzyli.
Ale oto, czego wykłady o pozytywnym myśleniu nigdy nie przyznają: najsilniejszy sprzeciw wobec zmian zawsze pochodzi od tych, którzy zinternalizowali własny wyzysk. Rodzice z Wieku Pozłacanego, którzy zwalczali reformę dotyczącą pracy dzieci, ponieważ potrzebowali zarobków swoich dzieci, aby przeżyć. Współcześni pracownicy, którzy bronią miliarderów przed podatkami, ponieważ są przekonani, że pewnego dnia oni również mogą zostać miliarderami, a przynajmniej że majątek miliarderów w jakiś sposób spływa do nich poprzez mechanizmy, których żaden ekonomista nigdy nie był w stanie zidentyfikować. Młodzi ludzie, którzy atakują swoich rówieśników za „pesymizm”, ponieważ przyznanie się do skali problemu wydaje się zbyt przytłaczające.
Staliśmy się, zwłaszcza w ostatniej dekadzie, tak hiperindywidualistyczni, że wszystkie treści w mediach społecznościowych sprowadzają każdy problem systemowy do porad, trików, sposobów na zwiększenie produktywności i osobistej odpowiedzialności. Po prostu lepiej planuj budżet. Po prostu naucz się wartościowych umiejętności. Po prostu zajmij się jednym z wielu dodatkowych zajęć na przesyconych rynkach. Po prostu pracuj ciężej, poświęcaj się bardziej, wierz w siebie z wystarczającą intensywnością. Ta rada nie jest do końca błędna – osobisty wysiłek ma znaczenie, zawsze miał i zawsze będzie miał. Jednak systematycznie przesłania ona strukturalną rzeczywistość, że żadna indywidualna optymalizacja nie jest w stanie pokonać systemu zaprojektowanego po to, by wyciągać wartość z ludzi, a nie ją dostarczać.
A hiperindywidualizm spełnia swoją funkcję. Rozdziela ludzi, którzy dzielą wspólne interesy. Przekształca zbiorowe problemy w osobiste porażki. Sprawia, że zamiast organizować się, by zmienić warunki, każda osoba zmaga się sama, wierząc, że jej niezdolność do rozwoju odzwierciedla jej własne braki, a nie architekturę systemu, który nigdy nie został zaprojektowany dla jej dobra. Najbardziej samotne pokolenie w historii nie jest samotne z przypadku. Samotność jest zamierzonym rezultatem gospodarki, która korzysta z rozproszonych jednostek, które nie potrafią się koordynować, organizować, nie potrafią sobie wyobrazić, że sprawy mogłyby potoczyć się inaczej.
Miliarderzy wciąż powtarzają, że pieniądze nie dają szczęścia, ale ich własne badania dowodzą czegoś innego. Osoby zarabiające ponad sto tysięcy dolarów rocznie deklarują, że są mniej samotne. Wyższe dochody bezpośrednio korelują ze szczęściem, jak pokazują liczne badania. Bogaci o tym wiedzą – po prostu nie chcą, żebyś ty o tym wiedział, ponieważ społeczeństwo, które rozumie związek między bezpieczeństwem materialnym a dobrobytem, mogłoby zacząć zadawać niewygodne pytania o to, dlaczego takie bezpieczeństwo staje się niemożliwe do osiągnięcia dla coraz większej części populacji.
Na świecie jest obecnie ponad trzy tysiące miliarderów. W ciągu zaledwie trzech miesięcy 2025 roku dodali kolejne pięć bilionów dolarów do swojego zbiorowego majątku. Tempo to przyspiesza. To nie przypadek, że wraz ze wzrostem ich bogactwa rosną również koszty wszystkiego innego. Jesteśmy na dobrej drodze, aby w ciągu najbliższej dekady zobaczyć pięciu bilionerów. Po raz pierwszy w historii nowożytnej więcej miliarderów powstaje w wyniku dziedziczenia niż przedsiębiorczości. Stany Zjednoczone zobaczą dwadzieścia dziewięć bilionów dolarów przekazanych spadkobiercom miliarderów w ciągu najbliższych trzydziestu lat. I to tyle z mitu sukcesu osiągniętego własną pracą. To oni są właścicielami butów. To oni są właścicielami pasków. I pobierają od ciebie opłaty za przywilej próby podciągnięcia się na szczyt.
Dla niektórych mogę teraz brzmieć jak socjalistka. Zapewniam, że nie zaraziłam się tą konkretną chorobą. Nadal nie jestem przekonana, że rozwiązaniem naszych problemów jest oddanie większej władzy temu samemu niekompetentnemu, aroganckiemu aparatowi biurokratycznemu, który je stworzył, i podtrzymuję przekonanie, że socjalizm jest w swej istocie ideologią dla tych, którzy pragną pasożytować na pracy innych, jednocześnie okrywając swoją mierność językiem sprawiedliwości.
Ale w tym miejscu rozjeżdżają się nasze drogi z dobrze sytuowanymi obrońcami status quo, którzy odrzucą wszystko, co napisałam, jako lewicowe żale: żyjemy w czasach, w których nie ma kapitalizmu. To nie jest kapitalizm już od jakiegoś czasu. Mamy do czynienia ze sfałszowanym kasynem zarządzanym przez kartel oligarchów, którzy wykupili państwo regulacyjne, przejęli kontrolę nad procesem legislacyjnym i przekształcili całą gospodarkę w mechanizm wysysania bogactwa z tych, którzy je tworzą, i przekazywania go w górę tym, którzy nim manipulują. Nazywają to wolnym rynkiem. Gary Allen słusznie nazywa to komunizmem.
Spójrzmy na Teslę, skoro już mówimy o bilionerach. Oto firma, która zbudowała swoją markę na byciu przyszłością – smukłym, elektrycznym, autonomicznym pojazdem, wizją jutra sprzedawaną ludziom, którzy chcieli wierzyć, że kupują coś więcej niż samochód. I co przyniosła ta świątynia postępu? W 2026 roku Tesla po cichu przejęła system automatycznego prowadzenia – podstawową funkcję wspomagania utrzymania pasa ruchu, która od lat jest standardem w większości pojazdów, a Honda i Toyota oferują ją w najtańszych modelach – i przeniosła ją do formy miesięcznego abonamentu w wysokości dziewięćdziesięciu dziewięciu dolarów. To, co kiedyś było wliczone w cenę pojazdu, jest teraz opłatą cykliczną. To, co było sprzedawane jako dodatkowa funkcja, teraz jest wynajmowane.
Tesle z 2026 roku są standardowo wyposażone jedynie w podstawowy tempomat z czujnikiem ruchu. Jeśli chcesz, aby samochód utrzymywał się na pasie ruchu, czyli miał funkcję, za którą zapłaciłeś przy zakupie pojazdu, musisz teraz wykupić abonament „Full Self-Driving”. To ma znaczenie nie tylko dla właścicieli Tesli, ponieważ każdy inny producent samochodów obserwuje, co robi Tesla. Kiedy Tesla udowadnia, że można usunąć funkcję bezpieczeństwa z samochodu i pobierać opłatę abonamentową za jej przywrócenie, wszystkie zarządy w Detroit i Monachium biorą to pod uwagę.
A dlaczego Tesla to zrobiła? Ponieważ w listopadzie 2025 roku akcjonariusze zatwierdzili pakiet wynagrodzeń dla Elona Muska o potencjalnej wartości do biliona dolarów. Aby odblokować tę wypłatę, Musk musi osiągnąć pewne kamienie milowe — między innymi dziesięć milionów aktywnych subskrypcji FSD. Każda zakupiona subskrypcja bezpośrednio przyczynia się do uczynienia go pierwszym bilionerem na świecie, podczas gdy on marynuje chętny świat w piekle AI, które kiedyś nazywało się Twitter. Jego obecny majątek netto oscyluje wokół 788 miliardów dolarów. Był już na dobrej drodze do przekroczenia progu biliona dolarów bez tego pakietu. To najczystszy wyraz chciwości, jaki wyprodukowała współczesna gospodarka: człowiek, wart więcej niż większość krajów, pozbawia samochody funkcji, tak że każda miesięczna rata zbliża go do kwoty, której żaden człowiek nigdy nie osiągnął, podczas gdy drobnym druczkiem podają, że oprogramowanie nie robi tego, co sugeruje marketing.
Sąd w Kalifornii orzekł, że Tesla stosowała oszukańczy marketing, używając nazw „Autopilot” i „Full Self-Driving” [FSD], które sugerują autonomię, której pojazdy nie posiadają. Tesla została zobowiązana do wycofania marki „Autopilot”. Jej reakcją nie było rozwiązanie problemu, lecz jego monetyzacja – usunięto etykietę, zintegrowano jej funkcjonalność z FSD i wprowadzono pobieranie opłat abonamentowych za to, co wcześniej było wliczone w cenę. Oficjalna definicja prawna Tesli opisuje FSD jako system wspomagający kierowcę i wymagający od niego ciągłej uwagi.
Tymczasem Musk publikuje na Twitterze nagrania Modelu Y, które prowadzą się same, bez kierowcy w środku, i twierdzi, że są „w pełni autonomiczne” – bez kierowcy czy zdalnego operatora. Waymo oferowało prawdziwie autonomiczne przejazdy autostradami już od 2024 roku. Twierdzenie Muska, że jego film był „pierwszy”, było po prostu fałszywe. Ale marketing trwa, subskrypcje rosną, a meta warta bilion dolarów jest coraz bliżej.
FSD jest obecnie przedmiotem federalnego dochodzenia prowadzonego przez NHTSA. Tesla nie zgłaszała prawidłowo wypadków z udziałem autopilota i FSD. Badania wskazują, że Tesle mają najwyższy wskaźnik śmiertelnych wypadków na miliard mil spośród wszystkich marek samochodowych, a wskaźnik Modelu Y jest kilkakrotnie wyższy niż średnia krajowa. System ten nie kwalifikuje się jako autonomiczny system jazdy zgodnie z klasyfikacją federalną, dlatego Tesla nie pojawia się w statystykach wypadków pojazdów autonomicznych, pomimo marki „samojezdny”. Sprzedają oni prawnie sklasyfikowany system wspomagania kierowcy, który jest statystycznie bardziej niebezpieczny niż przeciętny, reklamowany tak, jakby był niemal gotowy do działania jako nienadzorowana robotaksówka.
Aby to sprzedać, Musk stosuje taktykę pilności [urgency tactics] starszą niż sam samochód: kup teraz, zanim ceny wzrosną, przenieś swój FSD przed upływem terminu, działaj przed 14 lutego, działaj przed końcem pierwszego kwartału. Te terminy podejrzanie pokrywają się z jego kamieniami milowymi dotyczącymi wynagrodzeń, które obejmują również skumulowane dostawy pojazdów. Cały aparat jest zaprojektowany tak, aby pompować kwartalne liczby, tak aby każdy raport o zyskach przybliżał go do wypłaty przekraczającej PKB większości krajów na Ziemi. Obiecuje, że autonomiczne pojazdy będą „już za dwa lata” każdego roku od dekady. Obiecano milion robotaksówek na 2020 rok. „Bardzo blisko poziomu 5” to refren od czasów administracji Obamy. Obietnice się powtarzają. Subskrypcje się kumulują. Bilion się zbliża.
To nie jest kapitalizm. Kapitalizm oznaczałby, że Tesla konkuruje z innymi producentami samochodów, oferując lepszy produkt w lepszej cenie. Mamy tu firmę, która zbudowała fosy regulacyjne dzięki dotacjom rządowym, zdobyła rynek obietnicami, których nie spełniła, a teraz czerpie powtarzające się przychody od klientów za funkcje, które ci już kupili – wszystko po to, by sfinansować pakiet wynagrodzeń na niespotykaną dotąd skalę dla człowieka o bezprecedensowym bogactwie, który wprowadza na rynek oprogramowanie krytyczne dla bezpieczeństwa, będące przedmiotem federalnego śledztwa z powodu jego szkodliwości. A jeśli zaprotestujesz, usłyszysz, że nie rozumiesz innowacji, że hamujesz postęp, że przyszłość należy do tych, którzy wierzą.
Nie zazdroszczę bogactwa. Nie mam żalu o sukces. Nie cierpię tego, że wmawia mi się, że to wolny rynek, podczas gdy obserwuję, jak miliarderzy kupują sobie przepisy, usuwają funkcje z produktów, pobierają opłaty za systemy bezpieczeństwa i nakładają abonamenty na klasę robotniczą i średnią, aby sfinansować pakiety wynagrodzeń, które zawstydziłyby rzymskiego cesarza – a jednocześnie ci sami miliarderzy pouczają opinię publiczną, jak podnieść się z upadku za własne pieniądze. Paski przy butach zostały sprzedane lata temu. Buty są teraz usługą abonamentową. A ludzie, którzy napinają te paski, mają trzy czwarte biliona dolarów i liczą na więcej.
Więc nie, nie zostałam socjalistką. Nie chcę więcej władzy rządu. Nie chcę więcej niekompetentnych miernot – kierujących się osobistymi odczuciami, drobnymi urazami, światopoglądami zbudowanymi z esejów wideo na YouTube i krótkich filmików na TikToku oglądanych między zbiórkami funduszy na kampanię – by narzucać mi coraz bardziej idiotyczne prawa. Bo to jest wszystko, co robią. To cała ich funkcja. Nie rozwiązują problemów. Tworzą ramy prawne. Nie reprezentują ciebie. Reprezentują każdego, kto zapłacił za ich ostatnią kampanię reelekcyjną, i odziewają tę reprezentację w język służby publicznej, podczas gdy ty płacisz rachunek za ich niepowodzenia.
Czy zauważyłeś, że każde uchwalone prawo zdaje się wpływać na ciebie negatywnie? Nie w teorii – teoretycznie każde prawo służy twojej ochronie, twojemu bezpieczeństwu, twojemu dobru. Ale w praktyce? W realnym życiu? Każdy przepis wiąże się z opłatą. Każda reforma dodaje formę. Każda ochrona chroni kogoś przed tobą lub chroni ciebie przed czymś, o ochronę czego nigdy nie prosiłeś, jednocześnie narażając cię na to, co faktycznie zagraża twojemu bytowi. Przepisy, które mogłyby ograniczać wpływowych, są pisane z lukami prawnymi wielkości hangarów lotniczych. Przepisy, które ograniczają ciebie, są pisane z precyzją skalpela. Miliarder znajduje sposób na obejście, ty znajdujesz grzywnę.
Oto ludzie, których wybraliśmy, by nami rządzili: niekompetentne, skorumpowane kupy g…a, których wiedza ekonomiczna wykształciła się w wyniku czytania na telefonach felietonu Paula Krugmana, których znajomość technologii pochodzi z prezentacji lobbysty w PowerPoincie, których wiedza o polityce zagranicznej pochodzi z wszelkich argumentów, które ich pracownicy wyciągnęli z Twittera tego ranka. Nie potrafiliby poprowadzić stoiska z lemoniadą bez firmy konsultingowej, grupy fokusowej i pomocy finansowej, a mimo to ośmielają się reorganizować całe sektory gospodarki, kierując się uczuciami, które mylą z zasadami. Nigdy niczego nie zbudowali, nigdy niczego nie stworzyli, nigdy niczym nie zaryzykowali – i rządzą tak, jakby konsekwencje były koncepcją dotyczącą tylko ich wyborców.
Obserwuj, jak działają. Obserwuj, jak uchwalają szeroko zakrojone ustawy, których nie czytali, opracowane przez lobbystów branż, których nie rozumieją, wpływające na życie, którego nigdy nie przeżyją. Obserwuj, jak gratulują sobie „zrobienia czegoś”, podczas gdy to, co robią, pogarsza sytuację wszystkich, z wyjątkiem interesów, pod które napisano ustawę. Obserwuj, jak stają na podium i mówią o klasie robotniczej, jakby była egzotycznym gatunkiem, który kiedyś widzieli w filmie dokumentalnym, wygłaszając banały o kuchennych stołach, przy których nigdy nie siedzieli, o zmaganiach, z którymi nigdy się nie zmierzyli, o wyborach, których nigdy nie musieli dokonywać między zakupami spożywczymi a czynszem.
A kiedy ich polityka zawodzi – co nieuchronnie się zdarza, bo przecież porażka dla ciebie często oznacza sukces dla ich darczyńców – nie zastanawiają się nad tym ponownie. Nie adaptują się. Podwajają wysiłki. Obwiniają poprzednią administrację, obstrukcyjną opozycję lub ignorancką opinię publiczną, która po prostu nie rozumie wyrafinowanego geniuszu ich wizji. Nigdy się nie mylą. Nigdy nie ponoszą odpowiedzialności. Są wiecznymi bohaterami swoich własnych historii, dzielnie walczącymi z ciemnymi siłami, które jakimś sposobem zawsze okazują się być tobą: twoim samochodem, twoją dietą, twoim termostatem, twoją małą firmą, twoimi wyborami, twoim nieustającym uporem by żyć po swojemu bez ich pozwolenia.
Zawodowy polityk to gatunek, który ewoluował, by przetrwać wyłącznie w ekosystemie władzy. Usuń go z tego środowiska, a zginie w ciągu kilku tygodni, niezdolny do poruszania się w świecie, gdzie słowa muszą odpowiadać czynom, a czyny muszą przynosić rezultaty. Doprowadzili do perfekcji sztukę mówienia godzinami, nie mówiąc nic, obiecywania wszystkiego, nie dając nic, przypisywania sobie zasług za sukcesy, do których się nie przyczynili, i zrzucania winy na innych za porażki, które sami stworzyli. Są wiarygodni, nie będąc wykształconymi, są doświadczeni, nie będąc kompetentnymi, są pewni siebie, nie będąc do czegoś zdolnymi. I rządzą nami z pogodną pewnością ludzi, którzy nigdy nie ponieśli konsekwencji za swoje błędy.
Nie chcę, żeby ci ludzie mieli więcej władzy. Nie chcę, żeby mieli władzę, którą już posiadają. Chcę, żeby dali mi spokój – żeby przestali udawać, że każdy problem wymaga ich interwencji, że każdy kryzys wymaga ich zarządzania, że każdy aspekt ludzkiej egzystencji podlega ich jurysdykcji. Ale to nie jest opcja w głosowaniu. Jedyne, co nam pozostaje, to wybór, która frakcja wiarygodnych nieudaczników będzie źle zarządzać przez następne cztery lata, która grupa darczyńców napisze kolejny zestaw praw, jaki rodzaj porażki preferujemy. I oczekuje się od nas, że będziemy wdzięczni za przywilej wyboru.
Kapitalizm, który nam wciskali – ten, w którym ciężka praca i dobre produkty wygrywają, gdzie konkurencja napędza innowacje, gdzie konsument jest suwerenny, a rynek wolny – już nie istnieje. Pozostają jedynie haracze pod płaszczykiem postępu, oszustwo owinięte w język destrukcji, świat, w którym najbogatszy człowiek na świecie wymontowuje części z twojego samochodu i pobiera comiesięczną opłatę za ich odzyskanie, oczekując, że podziękujesz mu za ten przywilej. Jeśli przez to zabrzmię jak socjalistka w oczach tych, którzy mylą kolesiowskie zyski z wolną przedsiębiorczością, to może powinni zastanowić się, czego właściwie bronili przez te wszystkie lata – i czyim interesom to tak naprawdę służy.
Pęknięcia zaczynają się ujawniać. System, który wydawał się tak trwały, tak nieunikniony, tak naturalny, okazuje się kruchy i zależny od ciągłej uległości tych, których wykorzystuje. Dziewięćdziesiąt procent respondentów w niedawnym sondażu stwierdziło, że spodziewa się pogorszenia, a nie poprawy, kosztów utrzymania w 2026 roku. Pew Research przeprowadził ankietę w trzydziestu sześciu krajach i odkrył, że pięćdziesiąt cztery procent postrzega lukę majątkową jako ogromny problem, podczas gdy sześćdziesiąt procent uważa, że bogaci zawłaszczyli sobie politykę. Ludzie nie są po prostu niezadowoleni – są wściekli. A odpowiednio ukierunkowana furia od zawsze była warunkiem wstępnym zmiany.
Wiek Pozłacany nie skończył się, ponieważ baronowie-rozbójnicy zmienili zdanie. Skończył się, ponieważ robotnicy się zorganizowali, a reformatorzy agitowali, ponieważ sprzeczności systemu stały się tak dotkliwe, że przywódcy polityczni zostali zmuszeni do wyboru między umiarkowaną reformą a rewolucyjnym przewrotem. Era Postępu nadeszła, ponieważ zwykli ludzie nie chcieli zaakceptować, że degradacja, której doświadczali, była naturalna lub nieunikniona. Tworzyli związki zawodowe, maszerowali, głosowali, organizowali się i zmieniali strukturalne warunki życia w Ameryce w sposób, który przyniósł korzyści przyszłym pokoleniom – włączając w to te same pokolenia, które zlikwidowały te zabezpieczenia i teraz pouczają wnuki, jak podnieść się o własnych siłach.
To nie jest skrajny pesymizm. Skrajny pesymizm oznaczałby akceptację faktu, że nic się nie zmieni, że obecna trajektoria jest ustalona, że najlepsze, na co możemy liczyć, to indywidualna adaptacja do zbiorowej katastrofy. Prawda jest bardziej wymagająca niż pesymizm: wymaga od nas odłożenia telefonu i uświadomienia sobie skali problemu, zrozumienia, jak do tego doszliśmy, zidentyfikowania struktur, które utrwalają te warunki, oraz zbudowania koalicji niezbędnych do ich zmiany. To nie jest dzieło jednego cyklu wyborczego ani jednego życia. To trwający projekt demokratycznego społeczeństwa, odwieczna walka o to, by życie gospodarcze służyło ludzkiemu rozwojowi, a nie odwrotnie.
Pokolenie Z rozwija umiejętności, których poprzednie pokolenia nigdy nie musiały nabywać. Uczą się, na podstawie gorzkich doświadczeń, jak działają systemy i jak zawodzą. Budują solidarność ponad podziałami geograficznymi i demograficznymi za pośrednictwem sieci cyfrowych, których baronowie-rozbójnicy z Wieku Pozłacanego nie mogli sobie nawet wyobrazić. Odrzucają fałszywy wybór między zrezygnowaną akceptacją a bezsilną wściekłością. A gdy obejmą stanowiska kierownicze – co nieuchronnie nastąpi, ponieważ czas płynie tylko w jednym kierunku – przyniosą ze sobą wiedzę, którą nabyli za ogromne osobiste poświęcenia, wiedzę o tym, co się dzieje, gdy konsolidacja przebiega w sposób niekontrolowany, gdy siła robocza traci wpływy, gdy mieszkalnictwo staje się spekulacją, gdy opieka zdrowotna staje się szantażem, gdy we własnym kraju nazywa się ciebie rasistowskim nazistą tylko dlatego, że masz niewłaściwy kolor skóry.
Najbliższa przyszłość rysuje się w ponurych barwach. Udawanie, że jest inaczej, byłoby nieuczciwe, a system opiera się na nieuczciwości – na przekonaniu ludzi, że wszystko jest zasadniczo w porządku, że wszelkie problemy to chwilowe anomalie, a nie cechy strukturalne, że indywidualny wysiłek wystarczy, by przezwyciężyć zbiorowy wyzysk. Jednak ponura przyszłość nie determinuje kształtu nadchodzących dekad. Historia nie jest taśmą produkcyjną, która nieuchronnie prowadzi nas ku z góry określonym celom. To teren sporny, gdzie wynik zależy od tego, co ludzie robią, jak się organizują, jakie stawiają żądania i jak skutecznie na nie naciskają.
Na przedniej szybie jest mnóstwo owadów. Szorowanie będzie wymagało czasu, wysiłku i wytrwałości w obliczu niepowodzeń. Ale alternatywa – akceptacja permanentnego podporządkowania, oddanie przyszłości tym, którzy czerpią zyski z ludzkiego nieszczęścia, uczenie dzieci, by oczekiwały mniej niż ty, a wnuków, by oczekiwały mniej niż one – nie jest żadną alternatywą. To kapitulacja w przebraniu realizmu, defetyzm reklamowany jako dojrzałość.
Rozbójniczy baronowie Wieku Pozłacanego uwierzyli, że odnieśli trwałe zwycięstwo. Kontrolowali rząd, sądy, prasę i gospodarkę. Nie mogli sobie wyobrazić, że ich panowanie może być tymczasowe, że robotnicy, których wyzyskiwali, mogą się zorganizować, że system, który przejęli, może zostać zreformowany. Mylili się. Technofeudałowie naszych czasów popełniają ten sam błąd, a ich pycha jest wzmacniana przez algorytmy i możliwości nadzoru, które pokolenie temu wydawałyby się science fiction. Oni również odkryją, że skoncentrowana władza generuje własną opozycję, że wyzysk ma swoje granice, że ludzie nie są nieskończenie cierpliwi wobec warunków, które sprowadzają ich do pozycji w cudzym rachunku zysków i strat.
Pytanie nie brzmi, czy zmiana nadejdzie. Pytanie brzmi, jaką przybierze formę, ile cierpienia ją poprzedzi i czy będziemy wystarczająco mądrzy, by zbudować coś lepszego po drugiej stronie – czy też po prostu zastąpimy jednych panów innymi, jak to już wielokrotnie bywało. Ten wynik nie jest z góry przesądzony. Zależy od wyborów ludzi, którzy rozumieją, o co toczy się gra i nie chcą zaakceptować, że obecny stan rzeczy jest trwały lub nieunikniony.
Albo pójdziemy na dno razem ze statkiem, albo wszyscy razem damy radę. Nie ma trzeciej opcji, w której spryciarze i szczęśliwcy prosperują, podczas gdy reszta świata płonie. Współzależność współczesnego życia sprawia, że ta fantazja jest niemożliwa – te same systemy, które pozwalają miliarderom gromadzić bogactwo, wymagają funkcjonalnych społeczeństw z wykształconymi pracownikami i stabilnymi instytucjami. Wystarczy docisnąć wyzysk wystarczająco daleko, a cała konstrukcja runie. Miliarderzy budujący bunkry to rozumieją, nawet jeśli w publicznych wypowiedziach udają, że jest inaczej. Przygotowują się na upadek, który sami pomogli zaaranżować, mając nadzieję, że w wygodnej izolacji przetrwają konsekwencje własnej grabieży.
Ale bunkry nie są rozwiązaniem. Są przyznaniem się do porażki. Przyznaniem, że system, który zbudowali, nie jest w stanie utrzymać się sam, że wyzysk, który stosowali, nigdy nie był zrównoważony, że przyszłość, którą tworzą, jest dla nich samych nie do zniesienia. Mentalność bunkra to końcowy efekt filozofii, która traktuje ludzi jako zasoby do eksploatacji, a nie jako cel sam w sobie. I jest to filozofia, która, pomimo pozornego triumfu, niesie w sobie zalążki własnej destrukcji.
Wybór, przed którym stoimy, nie dotyczy optymizmu czy pesymizmu, akceptacji czy katastrofizmu, indywidualnych dążeń czy zbiorowej rozpaczy. Chodzi o wybór między zrozumieniem systemu na tyle dobrze, by go zmienić, a zaakceptowaniem warunków, które będą się jedynie pogarszać, jeśli nie zostaną zakwestionowane. Pokolenie Z nie wybrało odziedziczenia tej zepsutej gospodarki, tego zniewolonego rządu, tej skoncentrowanej władzy, tej erozji umowy społecznej. Ale to oni zadecydują o tym, co stanie się dalej – czy wzorce Wieku Pozłacanego będą się pogłębiać, aż coś się tragicznie załamie, czy też ciężka praca nad reformami rozpocznie się na dobre, kierując się trzeźwą analizą, a nie wygodnymi iluzjami.
Zachowaj odrobinę nadziei. Ale uświadom sobie, że jest jeszcze wiele do zrobienia. I zrozum, że tej pracy nie da się wykonać samemu, nie da się jej osiągnąć poprzez indywidualną optymalizację, nie da się jej osiągnąć, prześcigając system zaprojektowany tak, by wycisnąć z ciebie wszystko, co masz. Ta praca wymaga solidarności ponad podziałami, które władza wykorzystuje, by nas izolować. Wymaga organizacji, która dorówna koordynacji kapitału. Wymaga zaangażowania politycznego, które pociąga przywódców do odpowiedzialności za podejmowane decyzje i interesy, którym służą. Wymaga również cierpliwości, by wytrwać pomimo niepowodzeń, mądrości, by wyciągać wnioski z porażek, i odwagi, by iść naprzód, nawet gdy przeszkody wydają się nie do pokonania.
Rozbójniczy baronowie myśleli, że odnieśli zwycięstwo na zawsze. Mylili się. Architekci naszej obecnej sytuacji uważają, że zoptymalizowali ludzką eksploatację do perfekcji. Oni też się mylą. Przyszłość nie jest jeszcze napisana, a pióro wciąż jest w naszych rękach – choć te ręce mogą być stwardniałe i zmęczone. Pytanie tylko, czy będziemy go używać.
________________
10 Years Of “Owning Nothing and Being Happy”—Please Rate Your Happiness, A Lily Bit, Jan 31, 2026
◊

______________
Maryś! Wiadomo…
Tekst jest długi i zawiera wiele trafnych spostrzeżeń. Nie ma co tu punktować bo polemika by zabrała pewnie tyle samo, albo i wiecej miejsca. Majątek miliarderów w istocie jest dość pozorny-bo zależny od wyceny firm. Te mogą dosłownie tańczyć w górę i w dół w ogromnym stopniu. Taki Musk wyceniany na 700-800 miliardów nie ma tyle. Gdyby chciał to wszystko sprzedać to może zostałaby z 1/10. Nadal bardzo dużo. Chcąc opodatkować takich ludzi to nie bardzo wiadomo od czego zacząć. Może od obrotów? 1-2% to już byłoby coś. I ciężko kombinować ze “znakami towarowymi” czy innymi sztuczkami za setki milionów. Zwykli ludzie sprzeciwiający się “opodatkowaniu bogatych” (serio, są tacy?) to może raczej pragmatycy, którzy znają świat-bogaci się wykręcą jak zawsze (opakowani w “fundacje” i tym podobne), a ciężar dodatkowych podatków poleci na klasę średnią i tych niżej. Więc tak jak teraz. Ja się upieram, ze naprawę świata należy zacząć od “Wielkiego Resetu”. Ale resetującego szatańską szajkę z Davos i jej dyrygentów zza kulis. Przede vwszystkim podstawowym problemem (praktycznie nietykalnym w dyskursach) jest diabelski system finansowy. Bank Centralny plus rezerwa częściowa plus “kreacja kredytu”. To trzeba rozwalić, unicestwić. To jest ziarno zniszczenia, posiane na dobre w 1913 roku (utworzenie FED). Na całym świecie są tylko lokalne filie “fedów”. Zasada ta sama. To system który wyjątkowo uprzywilejowuje bogatych i mających dostęp do kredytowego koryta, skutkujący stopniowym rozjeżdżaniem nożyc płace-majątek. Z efektami które skumulowane przez dekady doszły do tak zwyrodniałej formy jak współcześnie. Nieszczęściem jest to, że postulaty zniszczenia tego diabelstwa są praktycznie nieobecne. Ile partii w Polsce proponuje odejście od księżycowej “kreacji kredytu” na rzecz zdrowego pieniądza (towarowego) i kredytowania opartego na oszczędnościach? Bez tego to jest ten sam, chocholi taniec, w którym będzie coraz gorzej a potęga korporacji (kupujących szumowiny zwane “politykami”) będzie bez końca rosła. Nie wiem gdzie to się skończy, ci superbogacze dobrze wiedzą, że rewolta w bolszewickim stylu jest niewykluczona, wtedy nie ujdą spod topora. Dlatego wielkie zasoby są kierowane na “sztuczną inteligencję” i sprzężoną z nią zaawansowaną robotykę-jak już prole się zbuntują to się ich rozstrzela armią dronów i zastąpi sterowanymi humanoidalnymi robotami. Myślę, że taki scenariusz jest rozpatrywany na szczytach i anty-“elity” w związku z tym tryskają szampańskimi nastrojami. Czują się niezagrożeni, a rozwój technologiczny im sprzyja, coraz bardziej rośnie przewaga szatańskich manipulatorów nad prostym ludem. Co mają zrobić w takich okolicznościach zwykli ludzie? Otrzeźwieć. Odkryć drogę Jezusową. Czytać apokalipsę św. Jana i zawarte tam przestrogi, że po piekle upadku możliwy jest nowy początek. Niech naprawiają się moralnie, postępują moralnie, wybierają moralnie. Albo zostaną zmieleni przez nieznających litości ludobójców.
Kilka luźnych i mniej luźnych odniesień.
____________
Uwaga na cffaniaczków, którzy [szczególnie w mediach] potrafią perorować o ‘niewystarczających staraniach, niedoborach w wykształceniu i niedostatkach intelektu’ [sic!] w odniesieniu do czyjegoś statusu majątkowego.
*
W Polsce panuje bieda. Od lat. I jest to bieda systemowa, czyli ktoś to zaplanował.
*
O kompradorskiej gospodarce w PL napisano wiele.
*
Ktoś to wreszcie powiedział głośno i to w mainstreamie: W Polsce jest wyzysk
*
Kapłanom przydałoby się przeczytać powyższy artykuł i przestać opowiadać ludziom z ambony, że ‘w życiu masz mieć tylko to, co niezbędne’. Chęć akumulacji kapitału/majątku jest jak najbardziej naturalnym i normalnym zachowaniem, a nie ‘wyznawaniem złotego cielca’.
*
Pan Rafał alarmował już kilka miesięcy temu:
Ziemkiewicz alarmuje: elity NIGDY nie oddadzą nam WOLNOŚCI GOSPODARCZEJ?! Boją się NIEZALEŻNOŚCI?
*
Dla bardzo zainteresowanych.
Koniec gotówki, wojna i cenzura. Dlaczego masz być niewolnikiem we własnym kraju?