Obywatelom ciągle oferuje się tę samą kiepską umowę: oddaj trochę więcej prywatności, zaakceptuj trochę mniej rzetelny proces, toleruj kolejne ograniczenia wolności, a rząd zapewni ci bezpieczeństwo.
A gdy te uprawnienia są nadużywane, społeczeństwu mówi się, że musi czekać na kolejne wybory, kolejny Kongres, kolejnego prezydenta, kolejnego politycznego zbawcę.
Kręcimy się w kółko.
◊
Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org
◊
Politycy przychodzą i odchodzą. Machina ucisku pozostaje
„Coś strasznie jest nie tak z tym krajem, prawda? Okrucieństwo i niesprawiedliwość, nietolerancja i ucisk. A tam, gdzie kiedyś można było sprzeciwiać się, myśleć i mówić, co się uważało za stosowne, teraz mamy cenzurę i systemy inwigilacji, które wymuszają na nas konformizm i domagają się uległości. Jak to się stało? Kto jest temu winien?”
Rewolucja może obalić tyrana bez konieczności demontażu tyranii.
Wybory mogą doprowadzić do zmiany prezydenta bez ograniczania jego uprawnień.
Nowa większość polityczna może odziedziczyć narzędzia represji i dostosować je do własnych celów.
Innymi słowy, jaki jest pożytek ze zmiany politycznej, jeśli broń ucisku po prostu zmieni właściciela?
Po wyborach uzupełniających, w których wydano miliardy dolarów na reklamy polityczne, a fala Demokratów zmiotła Republikanów z władzy w Kongresie, Amerykanom po raz kolejny obiecano nowy kierunek dla kraju.
Wyborcy przemówili. Równowaga sił w Waszyngtonie uległa zmianie. Nowy Kongres będzie miał okazję powstrzymać imperialną prezydenturę i pociągnąć rząd do odpowiedzialności za jego nadużycia.
Ale zasadne pytanie, które należy zadać brzmi: co będzie dalej?
Czy Kongres w końcu okiełzna państwo policyjne, militaryzację policji, machinę zatrzymań, niekończące się wojny, szaleństwo wydatków rządowych i interesy korporacji czerpiących zyski z amerykańskiego państwa policyjnego? A może politycy powrócą do swoich wygodnych zwyczajowych zajęć, podczas gdy machina rządowa będzie działać dalej?
W tym miejscu dystopijne ostrzeżenia Hollywood nabierają niepokojąco istotnego znaczenia.
Dwadzieścia lat temu film ‘V jak Vendetta’ zaoferował widzom przerażającą wizję przyszłości, w której rządowa inwigilacja była wszechobecna, sprzeciw stanowił zagrożenie, media służyły jako narzędzie państwowej propagandy, a obietnica bezpieczeństwa stała się pretekstem do pozbawiania ludzi wolności.
Miało to być ostrzeżeniem, jak łatwo wolny naród może przyzwyczaić się do życia bez wolności — i jak mało korzyści przynosi wymiana ludzi u władzy, jeśli machina tyranii pozostanie nienaruszona.
Dwie dekady później, pokazy z okazji dwudziestej rocznicy zbiegają się z Dniem Guya Fawkesa – kluczowym dniem dla fabuły filmu – 5 listopada, przypominając nam, że pytania, jakie film porusza na temat wolności, strachu i władzy rządu, nie straciły nic ze swojej pilności ani aktualności.
Mający premierę w 2006 roku i osadzony w przyszłości, w Wielkiej Brytanii rządzonej przez faszystowski reżim Norsefire, film „V jak Vendetta” przedstawia kraj, w którym rząd wie wszystko, widzi wszystko, kontroluje fale radiowe i obiecuje przede wszystkim bezpieczeństwo. Za tymi obietnicami kryje się machina inwigilacji, zatrzymań, cenzury i zastraszania. Ludzie, którzy odmawiają podporządkowania się, mogą zostać napiętnowani jako wrogowie państwa. Inni po prostu znikają.
Brzmi boleśnie znajomo, prawda?
Obrazowanie nawiązuje do Trzeciej Rzeszy i powieści George’a Orwella „Rok 1984”. Londyn jest nasycony kamerami monitoringu, obowiązuje godzina policyjna, a opinia publiczna jest nieustannie karmiona oficjalnymi ostrzeżeniami. Więźniowie polityczni są przetrzymywani i torturowani. Reżim tworzy wrogów spośród tych, którzy odmawiają podporządkowania się, podczas gdy większość społeczeństwa ucieka do telewizyjnej rozrywki i kojącej iluzji, że ktoś inny odpowiada za ich bezpieczeństwo.
Trudno zignorować podobieństwa do metod stosowanych przez współczesne amerykańskie państwo policyjne w celu umocnienia swojej władzy: wykorzystywanie strachu, demonizowanie sprzeciwu, sprowadzanie kwestii bezpieczeństwa do pustego czeku i traktowanie ograniczeń konstytucyjnych jako niedogodności.
Jak zauważył reżyser James McTeigue w niedawnym wywiadzie z okazji dwudziestej rocznicy premiery filmu ‘V jak Vendetta’, okoliczności polityczne mogą się zmieniać, ale metody stosowane przez autorytarne rządy pozostają zadziwiająco niezmienne, a te same zmagania o władzę wykonawczą, kontrolę rządu i tłumienie sprzeciwu wciąż się pojawiają.
„To zawsze ta sama strategia” – ostrzegł McTeigue.
Najbardziej niepokojącą lekcją płynącą z filmu nie jest jednak to, że tyrania przychodzi nagle, ale to, że ludzie mogą się zastraszani, rozpraszani, zabawiani i męczeni do momentu, w którym zaczną akceptować jako normalne to, co kiedyś było nie do pomyślenia.
W ten sposób rząd, który rzekomo miał służyć ludziom, staje się potęgą samą w sobie.
Jednocześnie od obywateli oczekuje się, że będą posłuszni, będą płacić, będą milczeć i będą wdzięczni za każdy skrawek wolności, jaki rząd im pozwoli zachować.
W filmie „Vendetta” w życiu publicznym dominują ekrany telewizyjne. Oficjalne transmisje Norsefire przedstawiają rząd jako obrońcę ludu, a dysydentów jako niebezpiecznych wrogów. To, co słyszy opinia publiczna, to nie niezależna relacja z wydarzeń, lecz starannie wyreżyserowana wersja rzeczywistości. Władza państwa zależy w równym stopniu od kontrolowania historii, co od kontrolowania ulic.
Jest też Gordon Dietrich, osobowość telewizyjna, która ośmiela się ośmieszyć kanclerza. Ten akt satyry ściąga na niego uwagę egzekutorów władzy. Jego los jasno pokazuje przesłanie reżimu: ośmieszaj rządzących, kwestionuj oficjalną wersję wydarzeń, wyłam się z szeregu, a machina represji zapuka do twoich drzwi.
Ale propaganda to tylko jedna z broni w arsenale ciemiężcy. Resztę robi strach.
Evey Hammond jest więziona, przesłuchiwana, zastraszana i stawiana przed wyborem między poddaniem się a śmiercią. W jednym z najokrutniejszych zwrotów akcji filmu odkrywa, że to sam V zainscenizował jej niewolę. Mężczyzna walczący z tyranią przyjął niektóre z jej metod. Jej gehenna ukazuje nie tylko to, jak strach może złamać człowieka, ale także to, jak łatwo samozwańczy wyzwoliciel może stać się kolejnym katem.
Ta sprzeczność powinna dać nam do myślenia.
Uznać, że nadużycia władzy mogą doprowadzić ludzi do desperacji, to jedno. Założyć, że każdy, kto obiecuje zniszczyć opresyjny system, zastąpi go wolnością, to zupełnie co innego.
Inne filmy dystopijne pokazują to wyraźnie.
W filmie „Land of the Blind” [w Polsce rozpowszechniany pod tytułem ‘Rewolta’ -AC], który ukazał się w tym samym roku co „V jak Vendetta”, żołnierz pomaga obalić brutalnego władcę, a następnie jest świadkiem, jak przywódca rewolucji ustanawia kolejny represyjny reżim.
W „Igrzyskach śmierci” [The Hunger Games] porażka prezydenta Snowa nie oznacza automatycznie sprawiedliwości. Prezydent Coin, która przewodzi rebelii przeciwko niemu, proponuje kolejne Igrzyska Śmierci – tym razem z udziałem dzieci z pokonanego Kapitolu. Chociaż imiona i mundury ulegają zmianie, logika okrucieństwa pozostaje.
Chodzi nie o to, że wybory nie mają znaczenia lub że każdy przywódca polityczny jest taki sam, ale o to, że nie uda nam się wyjść z tyranii poprzez głosowanie, jeśli wciąż będziemy głosować za tym, aby ktoś inny przejął władzę nad państwem policyjnym.
Taki cykl przewija się w powieści “V jak Vendetta” i mojej powieści Pamiętniki Erika Blaira.
Reżimy autorytarne manipulują strachem, karzą sprzeciw i traktują krytyków jak wrogów państwa. W ten sposób mogą podsycać niepokoje, które rzekomo tłumią, a następnie powoływać się na nie jako na dowód na potrzebę jeszcze większej władzy.
Państwo policyjne to system improwizowany: jest ono nastawione na zapewnienie sobie przetrwania.
Od lat jesteśmy świadkami niesprawiedliwości, okrucieństw, korupcji i nadużyć ze strony zakorzenionej biurokracji rządowej, która nie przejmuje się Konstytucją ani prawami obywateli.
Mówiąc o „rządzie”, nie mam na myśli wyłącznie silnie partyjniackiej, dwupartyjnej biurokracji Republikanów i Demokratów. Mam na myśli raczej rząd z dużej litery: mocno zakorzenione Głębokie Państwo [Deep State], rozległą sieć agencji, kontrahentów, systemów nadzoru, biurokracji bezpieczeństwa i skumulowanej władzy, na którą wybory w dużej mierze nie mają wpływu i która jest coraz bardziej odizolowana od odpowiedzialności.
Politycy przychodzą i odchodzą. Machina rządowa pozostaje.
To, co wprowadza jeden prezydent, dziedziczy następny. To, co jedna partia polityczna potępia, gdy traci władzę, może okazać się niezwykle użyteczne, gdy przejmie kontrolę nad machiną rządową.
Pomyśl o tym, co pozostało w dużej mierze niezmienne pomimo dziesięcioleci wyborów, obietnic wyborczych i zapewnień, że tym razem będzie inaczej.
Naród amerykański jest nadal poddawany inwazyjnemu nadzorowi ze strony rządu, a agencje wywiadowcze i organy ścigania zyskują coraz lepsze środki monitorowania naszej komunikacji, naszych ruchów, stowarzyszeń i życia prywatnego.
Od czasu, gdy “V jak Vendetta” trafiło do kin, technologia zmieniła się diametralnie, ale chęć rządu, by wiedzieć wszystko o każdym, wcale nie zmalała.
Rzeczywiście, agencje wchodzące w skład Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego zakupiły dostęp do komercyjnie gromadzonych danych o lokalizacji telefonów komórkowych, co umożliwiłoby rządowi obejście konstytucyjnych zabezpieczeń prywatności poprzez zakup informacji, których uzyskanie w innym przypadku wymagałoby zezwolenia sądowego.
Innymi słowy, państwo nadzorujące nie potrzebuje już kamery na każdym rogu ulicy. Amerykanie noszą w kieszeniach większość technologii niezbędnej do monitorowania swoich ruchów.
Tymczasem militaryzacja amerykańskich sił policyjnych postępuje. Dzięki federalnym programom transferu sprzętu i innym mechanizmom finansowania, lokalne agencje ścigania uzyskały dostęp do sprzętu i potencjału wojskowego, co jeszcze bardziej zaciera granicę między nadzorem nad społecznością a okupacją pola bitwy. Dane rządu federalnego pokazują, że ten mechanizm transferu jest nadal aktywny.
Rząd nie zrezygnował również ze swojego coraz bardziej represyjnego podejścia do obywateli.
Wciąż zmagamy się z ogromnym systemem więzień, aresztów i ośrodków detencyjnych; przepisami, które kryminalizują coraz szerszy zakres zachowań; oraz agencjami rządowymi, które zbyt często traktują należyty proces jako przeszkodę w egzekwowaniu prawa, a nie jako obowiązek konstytucyjny.
Kolejnym rządom nie udało się również zlikwidować kompleksu militarno-przemysłowego, położyć kresu uzależnieniu rządu od niekończących się zobowiązań militarnych za granicą, ograniczyć jego apetytu na pieniądze podatników ani zerwać bliskich relacji między władzą rządową a zyskami korporacji.
Machina wojenna nadal działa.
Aparat nadzoru ciągle się rozrasta.
Kontrahenci rządowi nadal odbierają czeki.
A podatnicy w dalszym ciągu płacą za to rachunek.
Cały czas jesteśmy utwierdzani w przekonaniu, że wszystko się zmieni, jeśli tylko wybierzemy odpowiednich ludzi.
Ludzie, mamy kłopoty.
W oczach rządu jesteśmy postrzegani jako stosunkowo zbędni: bezimienni ludzie, których praca i podatki utrzymują machinę rządową w ruchu, podczas gdy ci u władzy pozostają w dużej mierze odizolowani od upokorzeń i niesprawiedliwości, jakie dotykają zwykłych Amerykanów.
Oto iluzja wolności: jesteśmy wolni tak długo, jak rząd nam na to pozwala, że nasze prawa są chronione tak długo, jak ci, którzy sprawują władzę, zdecydują się je szanować, oraz że nasza ochrona konstytucyjna może zostać zawieszona, gdy tylko urzędnicy państwowi wypowiedzą magiczne słowa „bezpieczeństwo narodowe”.
Karta Praw [Bill of Rights] nie miała być jednak ustawą o tymczasowych przywilejach, nadanych przez machinę rządową i odbieranych za każdym razem, gdy osoby sprawujące władzę uznają je za niewygodne.
Konstytucja nie została napisana po to, by za wszelką cenę zapewnić przetrwanie rządu. Została napisana po to, by ograniczyć władzę rządu i chronić wolności ludzi, którym miała służyć.
Mimo wszystko jesteśmy tutaj i musimy zaufać, że najnowsi zwycięzcy polityczni będą jakoś wykorzystywać te same niezwykłe uprawnienia w sposób bardziej odpowiedzialny niż ich poprzednicy.
To jest wielkie oszustwo amerykańskiego państwa policyjnego.
Obywatelom ciągle oferuje się tę samą kiepską umowę: oddaj trochę więcej prywatności, zaakceptuj trochę mniej rzetelny proces, toleruj kolejne ograniczenia wolności, a rząd zapewni ci bezpieczeństwo.
A gdy te uprawnienia są nadużywane, społeczeństwu mówi się, że musi czekać na kolejne wybory, kolejny Kongres, kolejnego prezydenta, kolejnego politycznego zbawcę.
Kręcimy się w kółko.
Drapieżcy z państwa policyjnego nadal działają, niezależnie od tego, kto wygra wybory.
Jak przypominają nam filmy “V jak Vendetta”, “Rewolta” i “Igrzyska śmierci”, zastąpienie ludzi, którzy zarządzają machiną tyranii, nie jest tym samym, co jej demontaż.
Jak więc odzyskać kontrolę nad niekontrolowanym rządem i imperialną prezydenturą?
To nie będzie łatwe.
Ale odpowiedzią nie może być pokładanie wiary w kolejnym polityku, kolejnych wyborach czy kolejnej obietnicy, że tym razem machina rządowa zostanie wykorzystana w dobrym celu.
Ojcowie Założyciele rozumieli coś, o czym Amerykanie najwyraźniej zapomnieli: największym zagrożeniem dla wolności nie jest to, kto sprawuje władzę, ale to, ile władzy rządowi wolno sprawować.
Dlatego ustanowili system kontroli i równowagi, dzieląc kompetencje pomiędzy trzy równorzędne gałęzie władzy – wykonawczą, ustawodawczą i sądowniczą – i nakładając na każdą z nich ograniczenia konstytucyjne.
Nieograniczona władza w jakiejkolwiek gałęzi zarządzania państwem jest zagrożeniem dla wolności.
Konstytucja nie została napisana z założeniem, że ci, którym powierzono władzę, będą zawsze mądrzy, życzliwi i powściągliwi. Została napisana z przekonaniem, że władza deprawuje, urzędnicy państwowi są omylni, a raz zdobytą władzę rzadko oddaje się dobrowolnie.
Jednakże zbyt długo tkwiliśmy w tym dziwnym stanie zawieszenia, w którym ego bierze górę nad sprawiedliwością, propaganda wypacza prawdę, a imperialni prezydenci – wspierani przez posłuszne legislatury, uległe sądy i rozproszone społeczeństwo – roszczą sobie prawo do władzy, która nigdy nie powinna należeć wyłącznie do jednego urzędu.
Kongres zbyt często wyrzekał się swoich konstytucyjnych obowiązków. Sądy zbyt często ustępowały rządowym roszczeniom kompetencyjnym. A władza wykonawcza nadal gromadziła uprawnienia, których Twórcy Konstytucji nigdy nie zamierzali przyznać pojedynczej instytucji.
W ten sposób machina tyranii potrafi przetrwać wybory.
Nowo wybrany Kongres ma szansę zapewnić istotną, konstytucyjną kontrolę władzy wykonawczej. Może badać nadużycia władzy, domagać się odpowiedzialności, sprawować władzę ustawodawczą i odmawiać automatycznego zatwierdzania imperialnej prezydentury. Ale jeśli nowa większość jedynie zastąpi odpowiedzialność konstytucyjną karami partyjnymi lub będzie bronić tych samych nadużyć, gdy służą one jej własnym interesom politycznym, machina tyranii pozostanie nienaruszona.
Kryterium nie polega na tym, czy Kongres potrafi uprzykrzyć życie prezydentowi. Kryterium polega na tym, czy potrafi zmusić rząd do przestrzegania Konstytucji.
Kiedy zawodzi konstytucyjna kontrola władzy, zastąpienie jednych władców innymi nie ma większego wpływu na równowagę sił.
Rozwiązaniem nie jest znalezienie lepszego władcy. Chodzi o to, by żaden władca – żaden prezydent, żaden Kongres, żadna agencja rządowa – nie miał prawa działać poza ograniczeniami Konstytucji.
Nie ma dziesięcioetapowego planu przywrócenia wolnego społeczeństwa.
Gdyby jednak tak było, pierwszy krok byłby prosty: przestań traktować politykę jako sport dla widzów i zrób coś, co pomoże bronić zasad wolności w twojej własnej społeczności.
Oczywiście, walcz o swoje prawa. Ale co ważniejsze, walcz o prawa tych, z którymi się nie zgadzasz. Broń wolności, gdy mówca jest obraźliwy, oskarżony jest niepopularny lub osoba, przeciwko której stajesz, ma inną rasę, religię, narodowość, status imigracyjny, poglądy polityczne lub punkt widzenia. Karta Praw nie jest nagrodą za dobre zachowanie ani przywilejem zarezerwowanym dla osób myślących podobnie jak my.
Nie baw się semantyką. Nie usprawiedliwiaj. Nie upolityczniaj. Nie szukaj wymówek dla nadużyć konstytucji tylko dlatego, że akurat twoja preferowana partia jest u władzy. Kiedy urzędnicy omijają konstytucję, żądaj, aby jej przestrzegali.
To ich praca. Każ im to zrobić.
Kiedy prawa sąsiada są zagrożone, broń go tak, jakby były twoimi własnymi.
Dwadzieścia lat po tym, jak „V jak Vendetta” trafiła na ekrany kin, jej ostrzeżenie nie dotyczy jedynie tego, że wolny naród można zastraszyć i zmusić do posłuszeństwa. Chodzi o to, że można go wciąż przekonywać, że ktoś nowy go uratuje, jeśli tylko odda mu trochę więcej władzy.
Rewolta i Igrzyska śmierci stanowią kontynuację tego ostrzeżenia: obalenie jednej tyranii nie ma większego znaczenia, jeśli następny rząd odziedziczy jej zwyczaje i broń.
Najbardziej przerażająca przyszłość to nie taka, w której wygrywa niewłaściwy kandydat lub dyktator odmawia ustąpienia ze stanowiska. To taka, w której obywatele nieustannie zmieniają osoby sprawujące władzę, jednocześnie pozwalając, by machina tyranii pozostała nienaruszona.
Wolność wymaga czegoś więcej niż tylko głosowania.
Wymaga to rządu zmuszonego do przestrzegania zasad Konstytucji — i obywateli gotowych pociągać do odpowiedzialności osoby sprawujące władzę publiczną, gdy tego nie robią, niezależnie od tego, która partia jest u władzy.
______________
◊
Warto porównać:
Kakistokracja – czy rządzą nami najgorsi?
Współczesne państwa mają wrodzoną tendencję do degeneracji w kierunku kakistokracji. Państwo bowiem, z samej swojej natury, dzieli społeczeństwo na dwie klasy – rządzących i rządzonych – i przyznaje rządzącym władzę, […]
*
JEDYNY WYWIAD Z ANDRZEJEM ŁOBACZEWSKIM (sam wywiad) [48min]
*
Psychopaci u władzy (tryptyk)
„Cierpienie i niesprawiedliwość, które powodują, nie budzą w nich żadnego poczucia winy, ponieważ takie reakcje innych są po prostu wynikiem ich odmienności i dotyczą jedynie ‹tych innych› ludzi, których postrzegają […]
*
Wyspa Epsteina i brama do psychologii zła [tryptyk]
Od mafii, przez brutalne kartele narkotykowe, sekty religijne, po autorytarne rządy – widzieliśmy psychopatów, którzy zjednoczyli się i współpracowali w najgorszych momentach naszej historii. Robią to dla obopólnych korzyści, ale […]

Dodaj komentarz