Przy Downing Street 10 odbyło spotkanie pełniącego funkcję prezydenta Karola Nawrockiego z premierem Potwornej Brytanii, Keirem Starmerem.
„Polska i Wielka Brytania są bliskimi sojusznikami od dziesięcioleci” – stwierdził Nawrocki wyrażając wdzięczność za stacjonowanie prawie 150 żołnierzy brytyjskich w naszym kraju. Dodał też, że „podzielamy te same wartości”.
Nie wiem co miał na myśli Karol Nawrocki mówiąc o tych samych wartościach. Czy chodziło mu o Polskę czy o III RP, bo jeżeli nie o Polskę tylko trzecią eRP, to być może rzecz dotyczy zamordyzmu czego wyrazem jest poniższe zestawienie.
Byłoby to jednak dziwne, bo prezydent Nawrocki deklarował się jako przeciwnik działań Tuska i Żurka, wetując ostatnio ustawę o cenzurze.
Na spotkaniu z dziennikarzami, Nawrocki powiedział:
Konstytucja jest łamana, więc jeśli Pan redaktor mnie pyta, czy wszyscy mogą liczyć na sprawiedliwy proces w Polsce, szczególnie za sprawą decyzji ministra Żurka o pozakonstytucyjnej zmianie systemu losowania sędziów, to tak nie jest. Są w Polsce osoby, które nie mogą liczyć na sprawiedliwy proces…
Przypominam także, że odpowiedzialność za wartości wolnego świata, tego świata, do którego tak blisko jest Polsce, którego Polska jest w istocie częścią. Odpowiedzialność za bezpieczeństwo w zasadniczej mierze bierze Sojusz Północnoatlantycki na czele ze Stanami Zjednoczonymi…
Było to bardzo dobre spotkanie odbywające się w dobrej, przyjaznej atmosferze. Państw, które są w istocie sojusznikami i przyjacielami.
Karol Zelig
Karol Nawrocki jako polityk przypomina ostatnio specyficzną odmianę bohatera filmu Zelig, który miał zwyczaj upodabniać się do otoczenia, w którym przebywał. W Częstochowie, wśród kibiców wygłasza patriotyczne przemówienia, a “chwilę potem”, na spotkaniu w Londynie, mówi zgodnie z obowiązującą poprawną narracją jakby nie znał historii relacji pomiędzy Polską a Zdradliwą Brytanią będącą na dodatek narzędziem „Bestii”.
Tradycyjne wartości wolnego świata o których wspomniał Nawrocki nie są na pewno wartościami państwa na Wyspach Brytyjskich, które ostatnio stoczyło się do poziomu totalitaryzmu. Nie są też wartościami unijnymi, które zostały nazwane przez Ursulę von der Leyen “wartościami Talmudu”.
Wartościami do których Polska powinna aspirować są wartości cywilizacji łacińskiej, cywilizacji niszczonej przez sojusz UE i W. Brytanii. Czy Karol Nawrocki o tym nie wie czy może udaje, prowadząc grę? Przypominam, że już mieliśmy takiego, który rzekomo prowadził grę, a dziś, post factum, jest nazywany przez wielu „ zwykłym idiotą”.

Niestety, wyłazi odwieczny parobczański kompleks polski. Gdy minister Beck wrócił z Londynu w przededniu wybuchu 2 wojny światowej najważniejszą rzeczą był dla niego rozwinięty przed nim czerwony dywan. Popadł przez to w stan takiego zachwytu, że nie dostrzegł szczegółów w umowie sojuszniczej dzięki którym Anglia mogła pomóc Polsce w razie ataku, ale nie musiała. Pamiętam też z czasu rządów PiS, jak min. Błaszczak zwany chyba słusznie Płaszczakiem wrócił z jakichś rozmów w USA i odpytywany w Radiu Maryja – sam tego słuchałem – zachłystywał się, że w Pentagonie po rozmowach jakiś sekretarz czy generał odprowadził polską delegację OSOBIŚCIE do samochodu.
– Proszę księdza – piał z zachwytu – to się nie zdarza! Czasem odprowadzają do drzwi, ale żeby aż do samochodu?!…
Miałem ochotę zadzwonić i wyrazić wątpliwość, czy aby na pewno był to objaw uprzejmości czy raczej obawy, żeby ktoś z delegacji nie zwinął popielniczki z holu.
Obawiam się, czy pan prezydent takimi wypowiedziami nie daje świadectwa swej przynależności do tej właśnie “płaszczakowatości”, choć go o to – w przeciwieństwie do mistrza lizusostwa, Dudy – nie podejrzewałem. Angole świetnie to widzą i już Churchill tego typu wzgardliwe uwagi na temat “dumnych Polaków” w rządzie emigracyjnym wyrażał.
Nawrockiemu być może też rozwinęli czerwony dywan – jeśli nie prawdziwy, to psychiczny, bo są bezbłędni w swej opracowanej przez wieki szkole skutecznego obezwładniania partnera w rozmowach umiejętnie dozowanym narkotykiem komplementów i stwarzania ułudy przynależności “do jednej europejskiej rodziny”.
A to guzik prawda. Anglik ma w sobie nieuleczalną pychę nosiciela absolutnie najwyższej cywilizacji, reszta świata to są dla niego pariasi. No, ewentualnie Francuza lub czasem Niemca uzna za PRAWIE równego sobie. Ale pozostali są dla Angola oczywistym obiektem eksploatacji i nie ma dla nich nic ponad uprzejmość sklepikarza, większą czy mniejszą, ale sklepikarza, kropka. Tylko takiego uważa, który się da oskubać a nawet sam prosi o ten zaszczyt, obezwładniony podawaniem mu herbaty na spotkaniu i pytaniem: ze śmietanką czy z cytryną. Margaret Thatcher (zresztą córka sklepikarza z londyńskiego Finchley) była tego doskonałym przykładem.