(ujęcie AI)
Tworzenie „pożytecznych idiotów”
Abp Sheen bezlitośnie obnażał naiwność zachodnich elit akademickich, które fascynowały się komunizmem. Zwracał uwagę, że profesorowie z bezpiecznych, amerykańskich czy europejskich uczelni zachwycali się sowieckim systemem, ignorując miliony ofiar. Ich metoda polegała na ideologicznym formatowaniu studentów, którzy później wchodzili do świata polityki, mediów i prawa, niosąc ze sobą marksistowskie mechanizmy myślenia.
Wizją arcybiskupa było to, że komunizm (bolszewizm) jest tak naprawdę zakażeniem sumienia Zachodu. Uważał, że jeśli profesorowie odetną młode pokolenia od chrześcijańskich fundamentów i moralności, społeczeństwo naturalnie stoczy się w stronę kolektywistycznego totalitaryzmu – niezależnie od tego, jak ładne hasła będą wypisane na uniwersyteckich sztandarach. Nie trzeba rosyjskich czołgów, jeśli uniwersytety same wychowają mentalnych bolszewików.
Myśli abp. Sheena idealnie tłumaczą mechanizm, który w grudniu 1945 roku na I Zjeździe PPR zapowiedział Władysław Gomułka. Słowa Gomułki: „My dopiero musimy wychować naszych profesorów i wychowamy ich na pewno”, były wprost zapowiedzią systemowej, marksistowskiej inżynierii społecznej, przed którą ostrzegał amerykański duchowny.
Gomułka celnie zauważył, że na wychowanie profesora potrzeba lat. Komuniści grali w długą grę – dokładnie tę, którą opisywał Sheen. Chodziło o to, by „nasi profesorowie” ukształtowali kolejne pokolenia studentów (nauczycieli, sędziów, urzędników) w duchu materializmu, ateizmu i relatywizmu. Sheen twierdził, że raz zainfekowane w ten sposób środowisko akademickie replikuje ten schemat przez dekady, nawet po formalnym upadku systemu.
Można więc powiedzieć, że zachodni profesorowie, o których pisał Sheen, robili dobrowolnie (z naiwności lub ideologicznego zaślepienia) to, co profesorowie w PRL-u musieli robić systemowo i na rozkaz partii.
Pojęcie „opętania intelektualnego” (często opisywane przez arcybiskupa jako sojusz pychy umysłu z siłami zła) idealnie tłumaczy dramat, jaki rozegrał się na polskich uczelniach wyższych po „obaleniu komunizmu” w 1989 roku.
Abp Fulton J. Sheen przestrzegał, że komunizm nie jest tylko systemem ekonomiczno-ustrojowym, ale głęboką infekcją duchową i intelektualną. Przekonanie, że upadek muru berlińskiego czy zmiana flag automatycznie uleczyły polską naukę, było tragicznym złudzeniem. Wychowani w myśl instrukcji Gomułki z 1945 roku „nasi profesorowie” nie zniknęli – oni po prostu płynnie przeszli w realia nowej epoki, mutując marksizm w nowe formy relatywizmu.
Patrząc na polskie uczelnie po 1989 roku, widzimy realizację najczarniejszego scenariusza, przed którym ostrzegał amerykański hierarcha. Przegrana komunizmu na polu politycznym i gospodarczym została zamieniona w jego zwycięstwo na polu kulturowym i akademickim. „Nasi profesorowie”, zapowiedziani przez Gomułkę, wykonali swoje zadanie: przetrwali transformację ustrojową i skutecznie przekazali pałeczkę relatywizmu moralnego kolejnym generacjom.
„Etyka nikczemnego postępowania” realizuje się dziś na uczelniach poprzez tzw. kulturę unieważniania (cancel culture), konformizm i eliminowanie z debaty naukowej ludzi o innych poglądach w imię panującej poprawności politycznej. To ta sama bolszewicka metoda eliminacji przeciwnika za pomocą kłamstwa i ostracyzmu, tylko ubrana w nowoczesne, akademickie pojęcia.
Zdemoralizowane środowisko akademickie potrafi skutecznie izolować i niszczyć jednostki, które odmawiają udziału w układach. Tacy ludzie panicznie boją się młodych, zdolniejszych od siebie naukowców i zamiast im pomagać, blokują ich kariery, by chronić swój monopol.
Ktoś, kto autorytet opiera wyłącznie na państwowym tytule i ministerialnych punktach, staje się niewolnikiem systemu. Musi bezustannie przypodchlebiać się władzy (państwowej, uniwersyteckiej czy korporacyjnej), pisać pod dyktat grantów i milczeć wtedy, gdy dzieje się niesprawiedliwość. Taki człowiek dla Sheena tracił status intelektualisty, stając się jedynie „najemnym pracownikiem nauki”.
Na zewnątrz widać gronostaje, togi i uroczyste dyplomy, a w środku kryje się pustka, konformizm i etyczny relatywizm.

Dawno temu spotkałem się ze spostrzeżeniem, że PRL (analizując od strony klasy intelektualnej) nieustępliwie erodował w stronę dna-bo proces “wymiany elit” był stopniowy. Początkowo było jeszcze sporo “przedwojennych intelektualistów”, wykształconych na porządnych wzorcach. Zanikali oni w sposób naturalny, a marksizm przejmował umysły. Jeszcze w latach 80′, funkcjonowało określenie “przedwojenny profesor”, jako komplement. III RP to tylko kontynuacja tej obsuwy i jest coraz gorzej, zgodnie z małpowanymi, diabelskimi wzorcami płynącymi z komuszącego na potęgę “Zachodu”. Chyba ukoronowaniem skrajnej głupoty i wręcz satanizującego sadyzmu (ubranego w zdeformowany upiornie kostium “altruizmu”) są kadry obecnego nie-rządu, mam na myśli bardzo widoczne babskie kadry. Kobiety niestety przodują w oddaniu sprawie (diabelskiej też), co kiedyś wnikliwie zauważył św.p. George Orwell. Takiego zgrupowania narcyzmu i zidiocenia dawno nie mieliśmy okazji podziwiać. Przykładowo komunistka Lewacka (“ministra”) ten swój marksistowski szał czerpie chyba z głębi(n) własnego umysłu (?), a nie z kieszeni hojnych sponsorów. Tak przynajmniej zakładam, że ona sama z siebie kipi z nienawiści (do polskości/łacińskości) i nie potrzebuje do tego szekli…To są furie euro-pejskiej rewolucji bolszewickiej, które delegowany na nadwiślański rewir Gauleiter wysunął na czoło, samemu skromnie trzymając się nieco z tyłu. Co z tym zrobimy? Na razie chyba nic, sponsorzy zepsucia są niezwykle potężni. Każda fala kiedyś opadnie, a świat postawiony na głowie wróci w końcu na swoje miejsce. Byle wiary nie tracić.