Postaw czerwonego sukna czyli o farsie politycznej

Społeczeństwo III RP jest społeczeństwem, które z punktu widzenia politycznego, z punktu widzenia zdolności do realistycznej oceny politycznej sytuacji, jest społeczeństwem skrajnie infantylnym. Po pierwsze nie potrafi ono zidentyfikować, jakie działania polityczne są dziś w jego interesie. Po drugie popiera postulaty, które są szkodliwe dla państwa i ludzi, którzy te postulaty popierają. Po trzecie jest społeczeństwem biernym, które całość władzy oddaje w ręce polityków. Po czwarte nie potrafi wyciągać żadnych wniosków z historii. Ludzie dają się nabierać na kłamstwa polityków, wierzą w opowiadane im bzdury, a to skutkuje tym, że po latach wybiera się w wyborach partie, które rządziły źle lub nieudolnie, mając niepopartą niczym poza obłudnymi obietnicami liderów politycznych nadzieję na to, że coś się zmieni.

−∗−

 

Wenezuela Europy

Zasadniczym problemem III RP i systemu, w którym żyjemy jest to, że system ten zatracił zdolność do samoreformowania się. Oznacza to, że niewykonalne stało się przeprowadzenie reform, które usprawniałyby funkcjonowanie dysfunkcyjnego państwa.

Powyżej wspomniany fundamentalny problem, z jakim mierzy się dziś państwo, bierze się przede wszystkim z tego, że system polityczny III RP służy w pierwszej kolejności jako narzędzie realizacji interesów określonych partii – tych partii, które w danym momencie rządzą. Mamy więc do czynienia z państwem, w którym nadrzędnym interesem względem interesu narodowego jest interes partyjny. Nierozwiązywalna wadliwość systemu polega na tym, że bez względu na to czy rządzi jedna, czy druga formacja, nie ma to tak naprawdę znaczenia, gdyż PiS, PO czy jakakolwiek inna partia, która dojdzie w tym systemie do władzy, będzie realizować tylko i wyłącznie swój własny, partykularny interes.

Partiokracja jako źródło kryzysu

Jedyną możliwością realizacji przez partię rządzącą w obecnych uwarunkowaniach interesu narodowego jest sytuacja, w której z jakiegoś powodu interes ten będzie zbieżny z interesem danej partii. Przykładowo mogłoby się to wydarzyć, gdyby dana partia, nie chcąc utracić pewnych kompetencji przynależnych rządowi państwowemu czy też możliwości wpływu na sterowanie państwem w konkretnym obszarze, postanowiłaby blokować zewnętrzne próby zagarnięcia takich kompetencji przez instytucje ponadnarodowe.

Podobnie rzecz ma się z szeroko rozumianym interesem społecznym, a właściwie interesem poszczególnych grup społecznych, przy okazji zagadnień pomniejszych, niekoniecznie wagi państwowej i ustrojowej. W tym obszarze także można liczyć na działanie władzy jedynie w sytuacji, w której widzi ona swój własny interes w realizacji interesu społecznego, co wiąże się z oczekiwaniem ze strony partii korzyści własnych, a nie chęcią poprawy warunków funkcjonowania społeczeństwa. Tak oto partia rządząca może zrobić coś, co będzie dla ogółu lub części społeczeństwa korzystne, ale tylko i wyłącznie wtedy, gdy będzie to opłacalne z punktu widzenia partii, czyli będzie wiązało się z zaspokojeniem oczekiwań własnego elektoratu lub możliwością zaskarbienia sobie sympatii danej grupy społecznej. Dokładnie w taki oto sposób PiS „dbał” o emerytów, wiedząc, że stanowią oni wielomilionową grupę potencjalnych wyborców. Skąd wiemy, że w działaniu PiS chodziło tylko i wyłącznie o własny, a nie o społeczny interes? Gdyby chodziło o interes ludzi, zamiast uruchamiać propagandowy system kosztownego rozdawnictwa, zwyczajnie zniesiono by lub znacząco zmniejszono opodatkowanie emerytur. Takie rozwiązanie, o wiele korzystniejsze dla przeciętnego emeryta oraz tych, którzy na emeryturze wkrótce się znajdą, nie byłoby jednak tak efektowne, jak wpływające jednorazowo do portfela zastrzyki pieniędzy, bezczelnie do tego nazwane przez propagandę od imienia prezesa partii rządzącej, jak gdyby pieniądze te pochodziły z jego własnej kieszeni.

Jednakże sytuacje, w których interes partyjny pokrywa się z interesem społecznym są na ogół rzadkie, a wynika to z banalnej przyczyny – społeczeństwo nie posiada dzisiaj świadomości tego co faktycznie jest w jego interesie. Społeczeństwo nie wie czego chce i co jest mu potrzebne, i w dalszym ciągu nie rozumie, że wiele z popieranych przez nie postulatów jest szkodliwych zarówno dla niego samego, jak i dla państwa. Postawa ta uwidacznia się szczególnie u tej części społeczeństwa, która bezrefleksyjnie ulega propagandzie mediów głównego ścieku (częstokroć zagranicznych, realizujących na terytorium RP obcy interes) – propagandzie antypolskiej i antycywilizacyjnej. Na skutek tego społeczeństwo samo zaczyna domagać się realizacji postulatów jednoznacznie destrukcyjnych, będąc jednocześnie przekonanym o swojej wspaniałomyślności, nieomylności i patriotyzmie.

Społeczeństwo, które nie rozumie tego, jakie zagadnienia są z punktu widzenia państwa istotne, a jakie nie mają żadnego znaczenia, wpada w pułapkę zastawioną na nie przez dominujące siły polityczne, które kwestiom obłożonym ogromnym ładunkiem emocjonalnym, lecz w rzeczywistości kompletnie nieistotnym, nadają szczególną wagę i powodują skupienie się na nich niemalże całej opinii publicznej. Tak oto kwestia bezpieczeństwa narodowego, która powinna być dla nas wszystkich absolutnym priorytetem, spychana jest na margines, podczas gdy miliony przed telewizorami pasjonują się oblężeniem tej czy innej telewizji, przez tych czy innych aparatczyków, co z punktu widzenia państwa ma znaczenie zerowe. Tak oto zamiast dążenia do usprawnienia funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości zarzucono dyskusje o jakichkolwiek rzeczywistych reformach systemowych, gdyż jedynym co liczy się w sporze politycznym w tej sprawie, jest to czy w tej, czy innej instytucji zasiądzie sędzia sympatyzujący z tą, czy inną partią. Tak oto kwestia fundamentalna dla przyszłości polskiego państwa, jaką jest budowanie siły ekonomicznej w oparciu o małych i średnich polskich przedsiębiorców pozostaje kompletnie niedostrzegana i niezrozumiana, podczas gdy wszyscy pasjonują się tym, komu władza zabierze, a komu wręczy sowite dotacje – z naszych zresztą pieniędzy, czego wielu też niestety nie potrafi pojąć.

Społeczna infantylizacja

System III RP to system, którego beneficjentami są przede wszystkim partie polityczne. Nie możemy w dalszym ciągu liczyć na to, że III RP zmieni się sama z siebie. Aby III RP zmieniła się, musi dojść do kryzysu, przesilenia, które wymusi polityczne i systemowe reformy na tejże pseudoelicie, która aktualnie ma państwo w rękach, albo nowej elicie, która przyjdzie w miejsce tych ludzi. Być może znajdujemy się w przededniu tego przesilenia, a być może agonia ta potrwa jeszcze dobrych kilka lub kilkanaście lat.

W jaki sposób ludzie spoza tego układu, który od ponad 30 lat trzyma Polskę w garści, mogą przeniknąć w system niczym koń trojański? Podstawowym kierunkiem działania powinna być dzisiaj działalność o charakterze społecznym. Świadoma część społeczeństwa powinna działać w taki sposób, aby stworzyć solidne bazy pod ewentualny ruch polityczny. Taka strategia działania powinna uwzględniać przede wszystkim różnego rodzaju inicjatywy o charakterze lokalnym. Te inicjatywy o charakterze lokalnym powinny ze sobą współpracować ściśle, nakreślać wspólne cele, tworzyć programy i strategie współdziałania. Dopiero w momencie, w którym zaistniałaby realna szansa na zdobycie wpływu politycznego, należałoby zorganizować ruch polityczny na fundamentach ustanowionych przez ruch społeczny.

Nie ma innej drogi, co pokazuje dobitnie ostatnie 30 lat i wszystkie
spektakularne porażki sił „antysystemowych” na scenie politycznej.

Za każdym razem, gdy pojawiają się zalążki jakiegoś ruchu społecznego, dochodzi do tego, że ruch ten niemalże natychmiastowo przekształcany jest w siłę polityczną i w bardzo krótkim czasie zużywa się, gdyż wszystkie tego typu ruchy, które powstawały na bazie pospolitego ruszenia, nie mają trwałych podstaw, nie mają wystarczająco silnych i skonsolidowanych struktur. Powoduje to, że ruchy te w momencie pierwszej możliwej porażki zazwyczaj idą w rozsypkę albo schodzą na totalny margines i pozostają na tym marginesie przez resztę swojego istnienia. Istnieje w tym momencie niezliczona ilość partii w Polsce, które nie odgrywają i nie będą odgrywać żadnej roli. Istnieją one tylko po to, by ktoś w tych partiach mógł być prezesem i czerpać wynikające z tego korzyści. Natomiast z punktu widzenia społecznego, istnienie tych bytów politycznych, które odgrywają rolę niedostrzegalnego marginesu, nie ma żadnego sensu ani znaczenia.

System III RP – jak już wspominałem – zatracił zdolność samoreformowania się. Jest to związane także z tym jaką mentalnością przesiąknęło społeczeństwo. Społeczeństwo III RP jest społeczeństwem, które z punktu widzenia politycznego, z punktu widzenia zdolności do realistycznej oceny politycznej sytuacji, jest społeczeństwem skrajnie infantylnym. Po pierwsze nie potrafi ono zidentyfikować, jakie działania polityczne są dziś w jego interesie. Po drugie popiera postulaty, które są szkodliwe dla państwa i ludzi, którzy te postulaty popierają. Po trzecie jest społeczeństwem biernym, które całość władzy oddaje w ręce polityków. Po czwarte nie potrafi wyciągać żadnych wniosków z historii. Ludzie dają się nabierać na kłamstwa polityków, wierzą w opowiadane im bzdury, a to skutkuje tym, że po latach wybiera się w wyborach partie, które rządziły źle lub nieudolnie, mając niepopartą niczym poza obłudnymi obietnicami liderów politycznych nadzieję na to, że coś się zmieni. W jaki sposób tak naiwnie postępujące społeczeństwo może na jakiejkolwiek władzy wymóc jakiekolwiek zmiany, jeśli wybierając ponownie partie, które rządziły fatalnie, mówi im w ten sposób, że całkowicie akceptuje tak nieudolny styl rządzenia? I nie chodzi tutaj jedynie o ostatnie wybory, bo tego typu zjawiska w polskiej polityce miały miejsce cyklicznie po roku 1989.

To, co się z tym wiąże to powszechnie panujące przekonanie o tym, że niczego nie da się zrobić. Jest to przekonanie szczególnie obecne wśród pokolenia „Solidarności”, czy też mówiąc bardziej ogólnie pokoleń wychowanych w PRL. Z czego to wynika? Zapewne ze sceptycznego nastawienia do rzeczywistości i wniosków z obserwacji tejże rzeczywistości przez wiele dekad, co uzmysłowiło ludziom, że problemy istniejące aktualnie, istniały tak naprawdę od zawsze i nigdy nie znalazł się nikt, kto mógłby je rozwiązać. Natomiast przesiąknięcie przez społeczeństwo tym sposobem myślenia uruchamia mechanizm społecznej bierności i powoduje, że ludzie nie widzą sensu działania, ponieważ uznają je za stratę czasu. Jeżeli społeczeństwo przesiąka tego typu myśleniem, staje się całkowicie niewydolne i nieefektywne, a co za tym idzie, państwo też staje się niewydolne i nieefektywne. Jest to pewnego rodzaju błędne koło. Jest to pułapka, z której nie wyjdziemy ot tak, gdyż nie da się zmienić mentalności społeczeństwa w swojej masie. Da się natomiast wpłynąć na mentalność tej grupy ludzi, której chce się coś robić. Ta grupa ludzi musi się zorganizować, zrozumieć jakie są jej cele oraz zrozumieć, w jaki sposób działać, by osiągnąć te cele.

Podsumowując: III RP jest państwem, które zmierza ku kompletnemu zastojowi, a w zasadzie już jest w stanie zastoju. Kiedy dodamy do tego katastrofę demograficzną, zapaść społeczno-kulturową postępująca na skutek kryzysu rodziny oraz wartości, a także narastającą w lawinowym tempie anarchizację prawną, wystarczy już tylko stagnacja ekonomiczna, abyśmy stali się państwem upadłym – Wenezuelą Europy. Nie wystarczy dzisiaj myśleć o tym, jak temu zapobiec. Należy przede wszystkim myśleć o tym, co zrobić, aby odbudować to wszystko z gruzów w momencie, w którym nastąpi śmierć kliniczna państwa polskiego, nieuchronna na skutek wszystkich skumulowanych i nawarstwiających się problemów, których nikt nie ma woli dzisiaj rozwiązywać i których nikt nie będzie już rozwiązywał oraz dysfunkcji tych wszystkich niewydolnych systemów, poczynając od emerytalnego, a na zdrowotnym kończąc. Równoległa kumulacja pomniejszych kryzysów spowoduje kryzys generalny, a na to wszystko nakłada się rozpalana przez polityczny duopol nienawistna plemienność, która w momencie kryzysowym może zdecydowanie eskalować i przybrać wymiar fizycznej agresji dwóch sfanatyzowanych plemion. Rzeczpospolita jest dzisiaj jak człowiek śmiertelnie chory, który wypiera fakt o swojej chorobie i zamiast się leczyć, woli chodzić na uczty i bale. Cała nadzieja w tym, że właśnie na skutek kryzysu przyjdzie pewnego rodzaju otrzeźwienie. Aktualnie jesteśmy jeszcze na etapie, na którym „polewamy się szampanem”, a wszystkich zadowalają polityczne obietnice chleba i igrzysk. Jakkolwiek w pewnym momencie chleb może się skończyć, a igrzyska mogą zmienić swoje oblicze. Wówczas otworzy się okno możliwości, które otwiera się raz na kilkadziesiąt lat.

____________

Wenezuela Europy, Dominik Liszkowski, 10 stycznia 2024

 

− ◊ ♦ ◊ −

 

 

Polska czerwonym suknem

Gorzka jest prawda, którą musimy przełknąć, ale jeśli odważymy się na to, droga do gwiazd, chociaż przez ciernie, wszelako stanie dla nas otworem. Artykuł niniejszy jest kontynuacją powyższego materiału.

Sytuacja polityczna Polski od 1989 r. przypomina to, co mówił Kmicicowi Bogusław Radziwiłł w „Potopie” Henryka Sienkiewicza. Rzeczpospolita to postaw czerwonego sukna, za które ciągnie, kto żyw, żeby swój płaszcz z tego wykroić. System rządów mamy parlamentarno – mieszany, z pozostawionym Prezydentem, który coś może, ale do końca nie wiadomo, co. W ogóle patrząc na nasz formalny ustrój i praktykę rządów, nie wiadomo do końca, kto tu rządzi. Ma to dwie przyczyny, które się wzajemnie warunkują. Kształt prawa z Konstytucją na czele to przyczyna pierwsza, sposób uprawiania polityki to rzecz druga. Wadliwe prawa, które nie rozdzielają ściśle kompetencji, dublują zakresy kompetencyjne, innych w ogóle nie określają, utrudniają działania, które mogłyby podjąć siły społeczne, a ułatwiają takie, które mogą wykonać tylko wiodące siły polityczne, a zarazem uniemożliwiają tym siłom skuteczne rządzenie. Długo można wyliczać niedostatki polskiej legislatury.

Do tego mamy dwa wrogie obozy, strzelające ku sobie nienawiścią niczym z dział ustawionych na barykadach. Co pierwsi zrobią, drudzy zaraz muszą zmieszać z błotem, co drudzy ustanowią, pierwsi muszą zburzyć, gdy wejdą na miejsce pierwszych, a potem da capo al fine przy kolejnej zmianie rządzącej ekipy. Jedni i drudzy odzyskują Polskę za każdym razem, wszystko robią dla Polski i narodu, nawet oddychają, jedzą, piją, i zapewne wiatry też dla nich puszczają. Jakież to żałosne i nikczemne, za każdym razem ta sama bajeczka, kolejny spektakl tej samej zgranej farsy. Co ciekawe, te działa, z których strzelają ku sobie z przeciwległych barykad tak, że bębenki w uszach pękają, słabymi widać ładunkami nabite, kartaczami najwyżej. Wiela huku robią a dymu, czasem który z gemajnów padnie, kartaczem trafiony, lecz wały przeciwne niewzruszone tak stoją, jak stały, i wodzom też krzywda się nie dzieje.

Całej bitwy przebieg na to wskazuje, że te wały przeciwne mają tak stać i hałas robić, lud polski wciąż ku sobie wabić, lecz w istocie nie tam walka prawdziwa się odbywa. Prawdziwe zmagania na innych odcinkach frontu inne siły toczą. A właściwie bez przeszkód niemal wrogowie ludzkości postęp czynią, niewielki opór napotykając. Nie tylko bowiem w Rzeczypospolitej takie porządki, bo jeśli spojrzeć na inne państwa Europy, szczególnie te większe i znaczące, tam wszędzie albo lud władzy ślepo słucha, albo walka wewnętrzna trwa podobna do naszej. Wspólne to jest, że narody wroga nie widzą, nie widząc nie znają, kto zacz i co zamierza, nie znając, obrony nie podejmują. Narody Europy śpią lub walczą same ze sobą.

Polska od wieków skupia na sobie uwagę mocarzy, wpierw Europy, potem świata, bowiem to miejsce jest znaczące i dla przyszłości świata kluczowe. Od tego, kto panuje nad tym czerwonego sukna postawem, zależeć będzie, czy powstanie jedna Eurazja, czy osobne części, a to z kolei warunkuje przebieg wielu procesów globalnych. Patrząc na mapę globu, wczytując się w plany tych, którzy chcieliby zostać tego globu panami, analizując historię dawniejszą i nowszą, wierzajcie mi, nabiera się dystansu wobec tego, kogo wsadzono, na jakiej podstawie, co w telewizji leci, co powiedział prezes, co zamierza przewodniczący i kim jest marszałek. Są to nieistotne przepychanki aktorów spektaklu, których emploi polega na odwracaniu uwagi publiki od tego, że ktoś inny właśnie robi przebudowę teatru.

Wszystkie okoliczności sporów, które rozpalają emocje i wyobraźnię Polaków wyraźnie wskazują na to, że jedynymi ich beneficjentami są ci właśnie aktorzy, co ów spektakl odgrywają. Główni przywódcy niczym primadonny, a wraz z nimi całe ich trupy. Na widowni profesjonalni klakierzy wmieszani w tłum widzów tak rozgrywają publikę, że ta przekonana jest święcie, że to nie spektakl jest, że tam wszystko naprawdę się dzieje, że tam się sprawy widowni rozstrzygają. To jednak tylko gra aktorska, z kadencji na kadencję coraz sprawniejsza technicznie, a jednocześnie coraz mniej do prawdy podobna.

Ta farsa trwa już od 1944 r., odkąd PKWN wydał Manifest Lipcowy. Tak aż do teraz kolejne rządy są jego kolejną odsłoną. Niewiele tu zmienił przełomowy, jak mniemaliśmy rok 1989. Zmienili się częściowo aktorzy na scenie, zmieniono scenarzystę, wpuszczono trochę nowych aktorów – amatorów z publiki na scenę, poprawiono maszynerię i scenografię. Zabiegi te na tyle były skuteczne, że prawie cała widownia dała się nabrać. Publika myślała, że po 45 latach komuszej niewoli wreszcie jest to prawdziwe centrum zarządzania państwem, wreszcie wyrażające prawdziwą wolę narodu. Naiwni byli ci wszyscy, co tak myśleli, z autorem tegoż artykułu włącznie. Scenariusz i reżyseria nie są u nas pisane, i nie dla naszych pożytków. Aktorzy główni muszą angaż uzyskać u głównego impresario, po czym trupę sobie mogą dobrać, jednak wciąż są pod uważną kontrolą. Wskazuje na to logika, biorąca pod uwagę wiedzę i praktykę ustrojową III RP. Pokazują to zapisy naszej Konstytucji, zadziwiające zapisy niektórych ustaw, ogólna jakość tworzonego prawa, choć bardziej tu pasuje termin: produkcja prawnicza. Widać to również po śladach obcych wpływów. Gdyby przebadać działalność głównych ugrupowań politycznych pod kątem obcej agentury, pewien jestem, że takich szokujących śladów znaleźlibyśmy wystarczająco wiele, żeby zażądać przywrócenia kary głównej i jej szerokiego zastosowania.

Niczego nie zmienią kolejne wybory i kolejna zmiana ekipy rządzącej. Będzie to samo innymi środkami. Niczego też nie da demokracja bezpośrednia. Tak oszukiwane i ogłupiane społeczeństwo wybrałoby coś nowego, co szybko okazałoby się nowym – starym. Nie tędy droga prowadzi.

Pośród ludzi, którzy wreszcie doszli do tej świadomości pokutuje taka postawa, że niczego nie da się zrobić, bo „polityka to bagno, zawsze tak było, od nas nic nie zależy, niczego nie da się zmienić, ludzie zawsze tacy byli, od zawsze władza lud łupiła, zawsze był złoty cielec” itd. Skutkiem takiej postawy jest wycofanie się w domowe pielesze i pozostawienie spraw własnemu biegowi, czyli sterowanym z zewnątrz rządom sprzedajnych szubrawców. Inni szybko lecą partyjki zakładać, wzniecają słomiany zapał, licząc na to, że dzięki chwilowemu wzmożeniu wypromują własną osobę, by dorwać się na scenę do jakiejś epizodycznej rólki i udziału w apanażach. Nie tędy droga prowadzi.

Większość jednak publiki nie interesuje się wcale, mniemając, że jakoś to się będzie toczyć, jak zwykłe bywało, a oni jakoś sobie będą sprawy układać, jako zawsze. I oni mają najwięcej racji, bo ludzie jakoś żyli za komuny, za okupacji, za sanacji, za Wielkiej Wojny, pod zaborami, i pod padyszachem, i pod faraonem także. Idzie o to, jakie to życie jest, i co można z nim zrobić. Otóż jeśli ktoś może jako człek wolny nie tylko z prądem dziejów podążać, ale i pod prąd się postawić i prąd ten zmienić, ale niecha tego i sam życie niewolnika wybiera, ten godzien jest najwyższego politowania. A gdy więcej jeszcze, niż siebie samego, ale i swoje dzieci, i wnuki z lekkim sercem na gorszy jeszcze los, niż swój własny skazuje, tego postępowanie zasługuje na najwyższą pogardę. Dziś wielu takich, którzy ze swej wygody, gnuśności i głupoty taką drogę obierają. Zamiast starać się o jak największą potęgę Rzeczypospolitej, aby być godnym pamięci swoich wielkich przodków, aby swe imiona wielkimi znakami w złotych księgach chwały zapisać, oni wolą zapisanymi być w czarnych księgach hańby. I nie myślę tu tylko o tych, co na scenie farsę odgrywają i na scenę się pchają, ale i o tych, co na widowni, co mogliby tą farsę zakończyć i życie prawdziwe rozpocząć. Ci jednak wolą sami się ogłupiać i nie chcą zdobyć się na to.

Każda jednak rzecz się kończy, skończy się dobrostan widowni, okaże się, że ogrzewanie nie działa, światło z przerwami, w dachu są dziury, drzwi zamknięto, a na zapleczu szaleje pożar, zagrażający całemu gmachowi teatru i publiczności w nim. Nie będzie wówczas miało znaczenia, jakie kwestie kto wygłasza na scenie, i jakie rekwizyty rozstawiono. Nie można liczyć, że cała publika zdatna będzie do tego, by pożar ugasić i teatr naprawić. Trzeba zawczasu ekipę ratowniczo – naprawczą szykować. Czas, by otrząsnąć się z emocji i zacząć myśleć logicznie na chłodno. Nie można liczyć ani na całość publiki, ani na aktorów farsy. Ci pierwsi będą płakać, rozpaczać i panikować, ci drudzy nie będą zdatni do zadań, które przekraczają ich kompetencje. Ekipa, która pożar ugasi i teatr naprawi zastąpić musi wszystkie trupy w farsie grające. Całą scenę na nowo trzeba urządzić, i odtąd już scenariusz samemu pisać i reżyserią samemu zarządzać.

Teraz nie pora, by snuć mrzonki, że można inna partię wybrać czy lepszą ustawę uchwalić. Przebudować trzeba wszystko – uczelnie, szkolnictwo, rozrywkę, kulturę, media, wymiar sprawiedliwości, ochronę zdrowia, prawo, służby, ustrój polityczny, a nade wszystko, świadomość. Ponieważ jednak nikt nie jest w mocy oddolnie zmienić świadomość ogółu, trzeba skupić się teraz na kadrze przyszłej elity. Takich ludzi jest w Polsce dość. Trzeba więc, aby tacy szukali się i wchodzili w lokalne zrzeszenia. Mogą być to zarówno istniejące już oddolne organizacje społeczne, których członkowie zdecydują się na działanie, jak też nieformalne grupy znajomych. Równolegle musi tworzyć się zrąb przyszłej narodowej polityki, nowe jej pryncypia i nowe zasady współżycia społecznego. Tą refleksję muszą podjąć ci, którzy intelektualnie są w stanie dokonać tego dzieła. Takich jest tylu, ilu potrzeba, a prace już się toczą. Następnie koncepcje te powinny zostać przedstawione lokalnym zrzeszeniom, przedyskutowane i zgodnie przyjęte jako program wspólnego działania.

Pierwsze zadanie dla ludzi dobrej woli, którzy nie chcą stać się globalną biomasą, to zadbać o świadomość własną i swoich najbliższych rodzin. Dalej muszą uchronić swoje dzieci przed deprawacją i przekazać im dobrą naukę. Następnie trzeba przekazać wiedzę znajomym i dalszej rodzinie. W ten sposób, poza zawiązanymi wcześniej strukturami lokalnych zrzeszeń należy rozszerzać krąg świadomych, którzy dalej będą robić to samo – uświadamiać swych najbliższych i właściwie prowadzić dzieci. Jeśli nie będzie wojny domowej lub ruskiego najazdu, w ciągu najbliższych dwudziestu kilku lat będą następowały mniejsze i większe kryzysy ekonomiczne. Młodzi ludzie będą coraz słabsi, coraz bardziej szaleni, coraz bardziej opętani. Prawdopodobnie około 2050 r. nastąpi jakiś znaczący globalny krach finansowy, co w połączeniu z narastającymi problemami społecznymi i demograficznymi spowoduje sytuację, w której władza będzie leżała na ulicy, i przejmie ją ten, kto będzie najlepiej zorganizowany i najbardziej zdeterminowany. Moment ten może jednak nastąpić szybciej, więc nie ma co liczyć na nadmiar czasu. Obecnie, w tym momencie najważniejszą pracą, którą może wykonać każdy bez żadnych kosztów i struktur organizacyjnych jest budowanie świadomości.

Co do obecnych sił politycznych, toczących tak zaciekłą walkę o postaw czerwonego sukna, to ich tożsamość i umocowanie wyraźnie określiła sejmowa pożarnicza potrzeba. Incydent ten pokazał, kto świeczki zapala, i kto się w hołdzie lennym ustawia. Odtąd już nikt logicznie myślący nie powinien mieć żadnych wątpliwości, kto tu jest kim. Całość tej sytuacji najlepiej wyraża aforyzm: „I jedni, i drudzy, chabadu słudzy”.

____________

Polska czerwonym suknem, Bartosz Kopczyński, 17 stycznia 2024

−∗−

Powiązane tematycznie:

Jak odzyskać niepodległość. Aspekty formalne, materialne i… nasze cechy
Naród jednak nie chce odzyskiwać niepodległości z powodu dwojakiej niewiedzy: nie wie, że ją utracił, i nie wie, że nie jest narodem. Jak to rozumieć? Wydaje się sprzeczne, jednak pozornie. […]

−∗−

BONUS:

Marsz przez instytucje. Marsz przez pojęcia. Rozmowa z Dariuszem Rozwadowskim

Istnieje w Polsce dość powszechne przekonanie o tym, iż z upadkiem ZSRR zniknęły z polityki prądy marksistowskie, komunistyczne. Wynika to z tego, że polskie społeczeństwo kojarzy komunizm, z racji swoich doświadczeń, ze wschodem. Jednak ideologia ta powstała na zachodzie i na zachodzie była cały czas żywa i rozwijana, mimo prosperity kapitalizmu. Wariant wschodni opierający się na terrorze i masach robotniczych okazał się na dłuższą drogę nieskuteczny. Komuniści zachodni postanowili obrać inną, dłuższą, wyrachowaną drogę. O niej opowiada Dariusz Rozwadowski, badacz antykultury, autor książki „Marksizm kulturowy: 50 lat walki z cywilizacją zachodu”.

 

 

−∗−

O autorze: AlterCabrio

If you don’t know what freedom is, better figure it out now!