Czy obwinianie Rosji za atak na Ukrainę jako działania nakręcającego spiralę kryzysu grożącego przerodzeniem się w III wojnę światową jest zasadne. Czyli wypada poszukać odpowiedzi na kwestię dlaczego polityczne przywództwo Federacji Rosyjskiego zdecydowało się na podjęcie akcji militarnej w dacie 24 litego 2022 r. Jakie znalazło uzasadnienie dla angażowania się w ryzykowaną akcje, wszak o nieznanym z góry wyniku? Jakie więc czynniki zdecydowały o skierowaniu czołgów akurat na Kijów, a nie na Tallinn czy Warszawę, które to stolice były w krajach NATO? Czy powodem była obawa przed reakcją tego wojskowego bloku? Przecież w efekcie właśnie walka toczy się właśnie z blokiem NATO. Może jednak znajdowały się ważne powody, aby z punktu widzenia Kremla wskazać na Ukrainę.
Na początek należy postawić kwestię, komuż to realnie mogła zagrozić Rosja przed 24 lutego 2022 r.? Kraj ten, wg danych za 2021 r. , wytwarzał 3,1% światowego PKB oraz dysponował budżetem obronnym w wysokości 66 mld USD (dane SIPRI – Stockholm International Peace Research Institute/ Sztokholmski Instytut Badań nad Pokojem). Ale to wszak inny kraj otoczył cały świat tysiącem baz wojskowych (z których tylko takich o miesięcznym koszcie utrzymania powyżej 10 mln USD, było ponad 800, co w zaokrągleniu oznacza wydatki w wysokości biliona USD rocznie. A nie jest jeszcze doliczony koszt utrzymanie 11 lotniskowych grup uderzeniowych, przemierzających wody oceaniczne od Arktyki po Antarktykę). Niemal wszyscy domyślają się jaki to kraj, a ten kto się nie domyśla, niech nadal pozostanie bez tej, najwyraźniej zbędnej mu wiedzy. Niemniej, wciąż istnieje nierozwiązany niebanalny, a zarazem kluczowy, problem. Otóż Rosja to kraj zajmujący 1/6 powierzchni lądowej oraz gromadzących 63% wszystkich rozpoznanych światowych zasobów minerałów i węglowodorów naturalnych, po cóż więc miałaby jeszcze wyciągać rękę po czyjeś terytoria? Natomiast z punktu widzenia mocarstw kolonialnych niewybaczalnym grzechem jest to, że Rosja chce chronić posiadane bogactwa przed ich zachciankami, toteż w zasadzie otwarcie głoszą, że jest krzyczącą niesprawiedliwością, iż tak znaczne bogactwa przypadają tylko jej. Z jakiegoś jednak powodu ten „inny kraj” od 12 marca 1999 r., kierując się, jak oświadczał, wyłącznie dobrymi intencjami, zaczął zbliżać do granic Federacji Rosyjskiej swoją infrastrukturę militarną, otaczając ją łańcuchem baz woskowych wzdłuż jej zachodnich granic. W tym miejscu chyba warto przypomnieć przysłowie o tym, co takiego jest wybrukowane dobrymi chęciami.
Cóż zatem takiego wydarzyło się zatem akurat 12 marca 1999 r., że należy wskazać na tę konkretną datę? Otóż tego dnia miała miejsce czwarta faza rozszerzenia bloku NATO, bo wówczas przyjęto do niego Polskę, Węgry i Czechy. A niebawem po czwartej nastąpiła piąta, bo w 2004 r. przyjęto do niego kolejne siedem krajów Europy Wschodniej, tj. Bułgarię, Rumunię, Słowację, Słowenię i trzy państwa bałtyckie. Do chwili obecnej tych „przyjaznych” rozszerzeń było
w sumie bodaj osiem. Czyli musi istnieć jakiś wyjątkowo ważny powód, dla którego blok północnoatlantycki postanowił stopniowo przybliżać się do granic Federacji Rosyjskiej. Dlaczego więc, kiedy na liście kolejnych kandydatów pojawiły się Ukraina i Gruzja, Putin powiedział – dosyć tego – i postawił swoje ultimatum z grudnia 2021 r. czyli żądanie wycofania baz NATO na pozycje status quo z 1997 r.
Waszyngton i Bruksela nawet nie zechciały na ten temat rozmawiać, odpowiadając że to nie ich problem, a suwerenne dążenie chętnych kandydatów. Zaczęło się więc odliczanie i do 24 lutego 2022 r. zostało już tylko półtora miesiąca (Prezydent W. Putin na prośbę chińskiego prezydenta Xi Jingpinga wstrzymał wóczas rozpoczęcie operacji zbrojnej do zakończenia zimowych igrzysk olimpijskich w Pekinie).
Amerykański analityk i publicysta Doug Bandow na łamach „The American Conservative” wyraził opinię, iż do chwili rozpoczęcia specjalnej operacji wojskowej na Ukrainie Moskwa miała jeszcze kilka strategicznych możliwości uniknięcia rozpoczęcia działań wojennych. I choć spróbowała tak zrobić (ultimatum Putina, o którym powyżej), jednak Zachód zignorował te próby, realizując swój plan wymuszenia takich właśnie działań. Wg oceny tego publicysty, butny, arogancki i pełen hipokryzji Zachód z premedytacją prezentuje kłamliwe oceny zdarzeń (np. Bucza), jak też demonizuje propagandowo znaczenie konfliktu, mając zamiar dla przekształcenia ograniczonej, regionalnej interwencji w globalny pożar. Czyli głosi on tezę, że operacja wojskowa została celowo sprowokowana przez Zachód. Przypomina także, iż wcześniej przedstawiciele NATO ostentacyjnie kłamali w kwestii braku planów rozszerzenia NATO na wschód, łamiąc obietnice złożone Moskwie w 1991 r. oraz zignorowali obawy tej ostatniej dotyczące jej bezpieczeństwa, co doprowadziło do lojalnych ostrzeżeń ze strony Putina.
Dowodzą tego wyznania b. kanclerz Niemiec A. Merkel, b. prezydenta Francji F. Hollande’a jak i i b. prezydenta Ukrainy P. Poroszenki o tym, że podpisując porozumienia mińskie w 2015 r., nie zamierzali ich dotrzymać, dając w ten sposób Ukrainie czas na przygotowanie się do wojny. A przecież nikt nie wymusił na nich siłą takich stwierdzeń. I to zasadniczo zmieniło podejście Rosji do porozumień zawieranych z przedstawicielami krajów NATO. D. Bandow wrócił również uwagę na fałszywość stricte propagandowej tezy Białego Domu, że na Ukrainie toczy się walka między autokracją a demokracją, już choćby z uwagi na fakt, że klasyczne liberalne demokracje występują we współczesnym świecie raczej rzadko, choć rzecz jasna, jest sporo tylko nominalnych. To jeden z ważnych powodów, dla których globalne Południe nie podziela w tej kwestii stanowiska Białego Domu. Waszyngton nigdy nie powiedział złego słowa o autokratycznym reżimie, jakim jest Królestwo Arabii Saudyjskiej. Rzecz jasna, Europejczycy nie pozostają w tyle za zamorskimi „demokratycznymi kuzynami” i dla korzyści podejmują w najlepsze współpracę z najbardziej paskudnymi despotiami, przechodząc do porządku nad całkowitym brakiem nawet teoretycznej demokracji w takich państwach. W podsumowaniu ww. analityk napisał, że Putin zawsze traktował USA w kategoriach pragmatyzmu, a nie ideologii. Jednak został zmuszony do zmiany optyki z powodu zachowania się administracji Białego Domu oraz polityków i urzędników w Waszyngtonie.
Opinię Bandowa podzielił rosyjski dziennikarz i prezenter telewizyjny Władimir Pozner, który uciekł na Zachód po rozpoczęciu operacji wojskowej na Ukrainie i którego nie można posądzać o nadmierną sympatię do jego imiennika Władimira Putina. Stwierdził on, między innymi, że „Stany Zjednoczone zdawały sobie świetnie sprawę z oczekiwań i celów Rosji, ale szukały pretekstu do konfliktu, że długo i wytrwale drażniły niedźwiedzia w nadziei, że podrażniony niedźwiedź zareaguje i wpadnie w pułapkę. A na tę pułapkę przeznaczono Ukrainę”.
Zdaniem ww. dziennikarza trwanie konfliktu zależy wyłącznie od USA, ponieważ Waszyngton go zaaranżował, zainicjował i podtrzymuje, tzn. finansuje. Czyli, że reżim Zełenskiego byłby zmuszony do podjęcia negocjacji z Moskwą, gdyby Biały Dom tak zadecydował.
Pora rozwiązać zagadkę, dlaczego to złowrogi Putin w ciemną lutową noc 2022 r. rozpoczął specjalną operację wojskową (SOW) na Ukrainie. Na tę okoliczność powstało „racjonalizujące” uzasadnienie głoszące, że był to atak prewencyjny, który miał uprzedzić planowany na 1 marca 2022 r. atak Sił Zbrojnych Ukrainy na krwawiący od ośmiu lat Donbas. Legendy tworzone na chybcika rzadko kiedy wykazują się logiczną wiarogodnością czy bodaj spójnością, zatem także i ta wykazuje poważne braki w wizerunku. Przecież po to, aby zapobiec hipotetycznej inwazji ze strony Ukrainy, wystarczyłoby wprowadzenie rosyjskich wojsk na terytorium Ługańskiej oraz Donieckiej Narodowej Republiki, których akcesję w skład Federacji Rosyjskiej Kreml zatwierdził z datą 21 lutego 2022. „Oficjalnie” podane jako cele SOW, czyli demilitaryzacja i denazyfikacja Ukrainy oraz uwolnienie mieszkańców Donbasu od permanentnego ostrzału cywilnych obiektów, którym miano ukarać „separatystów. Jednak oficjalnie ogłoszone zadania dla SOW
nie mogły być jej pierwszoplanowym celem, bo wówczas niby dlaczego czekano by z nimi długie osiem lat.
A zatem głównym celem było coś innego, a mianowicie niedopuszczenie do zainstalowania baz NATO na Ukrainie, które miały stworzyć system obrony przeciwrakietowej. Nawet w Rosji wielu ludzi, a co dopiero poza nią, nie rozumie dlaczego Moskwa z taką wielką determinacją sprzeciwia się utworzeniu tego rodzaju baz na Ukrainie, skoro nie obawia się istniejących już takich baz w krajach bałtyckich, Polsce, Rumunii, Bułgarii, Grecji, Turcji, a także nie wykazuje oznak paniki w związku z pojawieniem się ich ewentualnie w Szwecji i Finlandii. Czas zatem, aby wyjaśnić tę zagadkową kwestię. Oto, przykładowo, odległość do Moskwy od mieściny Russka Łozowa, położonej niedaleko na północ od Charkowa i ok. 20 km od granicy z Rosją (i gdzie w dużym kompleksie leśnym skrywa się baza wojskowa), jest mniej więcej taka sama, jak z Tallina w Estonii. Czyli czas dolotu dla rakiet uderzeniowych bloku NATO jest ze wskazanych przykładowo lokalizacji zbliżony (oczywiście pomijamy przypadek Sankt Petersburga, do którego rzut kamieniem z Talinna). Wychodzi na to, że obawa władz na Kremlu przed amerykańskimi rakietami uderzeniowymi nie była tą okolicznością, która zadecydowała o rozpoczęciu SOW. Czyli, że musiał zaistnieć inny powód. I tym właściwym był strach przed rozmieszczeniem amerykańskich systemów przeciwrakietowych oraz radarowych stacji naprowadzających, które miały zostać zainstalowane na wschodzie oraz północnym i południowym wschodzie Ukrainy.
A tego rodzaju infrastruktura militarna całkowicie zburzyłaby równowagę sił w segmencie broni jądrowej. Taka równowaga została uzgodniona na mocy traktatu START-3, a mianowicie USA zachowały przewagę w komponentach powietrznym i morskim, podczas gdy Rosja kompensowała to przewagą w lądowych systemach rakietowych. Dążenie do tego, aby rozmieścić własne systemy obrony przeciwrakietowej jak najbliżej rosyjskich granic, a co za tym idzie, jak najbliżej lądowych silosów kryjących wyrzutnie międzykontynentalnych pocisków balistycznych, okazało się priorytetowym celem dla USA. Jaką zatem rolę pełnią te systemy, że wzbudziły na Kremlu tak duży niepokój? Wydawać by się mogło, że niepokój jest przesadny skoro nie są to rakiety uderzeniowe, a zatem nikomu nie zagrażają. Przecież USA rozmieściły już podobne w Polsce i Rumunii, oficjalnie nie z obawy przed rakietami z Rosji, ale z Iranu (kto chce niech w to wierzy). Otóż takie przeciwrakiety rozmieszczone w planowanych ukraińskich lokalizacjach naruszałyby w sposób zasadniczy istniejącą równowagę sił. Cały myk polega na tym, że zneutralizowałyby wówczas rosyjskie balistyczne międzykontynentalne rakiety lądowego bazowania, uzyskując możliwość zestrzelenia ich na trajektoriach rozbiegowych po momencie startu, czyli w najbardziej wrażliwej fazie lotu, kiedy rakieta dopiero zaczyna nabierać prędkości i wysokości, zanim osiągnie maksymalną prędkość lotu oraz właściwą trajektorię w stratosferze lub nawet w egzosferze. Jeśli w tej wstępnej fazie rakieta nie zostanie zneutralizowana, później przeciwrakiety nie zdołają jej już dogonić. Wówczas jedyną szansa na przechwycenie pozostaje faza lotu na etapie zbliżania się do celu. Z tego względu USA rozmieściły na Alasce kilka eskadr GBMD (Ground-Based Midcourse Defense), gdzie ukryte w podziemnych bazach pełnią służbę w gotowości bojowej pociski przechwytujące, przeznaczone do taranowania po kursie kolizyjnym międzykontynentalnych pocisków balistycznych.
Także dlatego Federacja Rosyjska zaczęła przezbrajać swój arsenał strategiczny, dotychczas oparty na sowieckich rakietach R-36M2 „Woiewoda” (wg klasyfikacji NATO SS-18 „Satan”), na nowy kompleks rakietowy piątej generacji oparty na silnikach na paliwo ciekłe, czyli w ciężkie wielostopniowe, międzykontynentalne rakiety balistyczne RS-28 „Sarmat” (wg klasyfikacji NATO SS-X-30 „Satan-2”). Dzięki zmniejszeniu masy głowicy rakiety zwiększona została szybkość jej wylotu z podziemnego silosu, co uczyniło ją odporną podczas fazy startowej na przeciwdziałanie systemu obrony przeciwrakietowej. A dzięki podwyższeniu trajektorii lotu na suborbitalną jak też równoczesnemu zwiększenia zasięgu głowice MBR mogą być przenoszone za pomocą tej rakiety trasą nie tylko przez biegun północny, ale również przez biegun południowy, co pozwala ominąć systemy przeciwrakietowe rozmieszczone na Alasce i w Kanadzie. Nazwa „Szatan” wydaje się być adekwatna dla oręża o takich parametrach. Jednak należy wziąć pod uwagę okoliczność, iż całkowita modernizacja Rakietowych Sił Strategicznych (czyli wymiana wszystkich starych rakiet) nie jest sprawą szybką, zaś USA zainstalowały już na stałe systemy obrony przeciwrakietowej w pobliżu granic Rosji. W tym właśnie celu, już w 2001 r., jednostronnie wycofali się z Traktatu o OPR i zaczęli przyjmować do NATO coraz to nowe kraje, tym samym szczelnie otorbiając Federację Rosyjską kordonem swoich baz.
Rosja nie obawiała się tego zbytnio, gdyż silosy dla lądowych międzykontynentalnych pocisków balistycznych (ICBM) były zlokalizowane daleko na wschodzie i północy.
I tak np. 62. Dywizja Rakietowa stacjonowała w osadzie Sołnecznyj (Użur-4) w Kraju Krasnojarskim a 13. Dywizja Rakietowa w miasteczku Jasnyj w obwodzie orenburskim. Najbliższy ocean lub kraj NATO jest odległy od tych baz
o minimum 6 tys. km. To spory kawał drogi.
Także inne rosyjskie dywizje rakietowe znajdują się w głębi rosyjskiego interioru.
Dla przykładu:
– 14. Dywizja Rakietowa Kijowsko-Żytomierska stacjonuje w republice autonomicznej Mari El (niedaleko miasta Joszkar-Oła), za środkową Wołgą na granicy z Tatarstanem i Czuwasją;
– 8. Dywizja Rakietowa Melitopolsko-Czerwono-Sztandarowa – w obwodzie kirowskim (miejscowość Pierwomajskij mająca status miejscowości zamkniętej – znajdują się tu zakłady produkcji broni masowego rażenia). Obwód kirowski graniczy od północy z republika Mari El.
Obydwie wyżej wymienione lokalizacje to region Przeduralja.
– 42. Dywizja Rakietowa Tagilska – w obwodzie swierdłowskim (miejscowość Swobodnyj), region południowo-wschodniego Zauralja;
– 29. Gwardyjska Dywizja Rakietowa Witebska Czerwonego Sztandaru – w okolicy Irkucka nad Bajkałem;
– 35. Dywizja Rakietowa Czerwono-Sztandarowa – miejscowość Sybirskij w Kraju Ałtajskim, niedaleko Barnaułu
(m. Sybirskij to tzw. strefa zamknięta – „wojskowe miasto”);
– 39. Gwardyjska Głuchowska Dywizja Rakietowa – przedmieście Nowosybirska (osiedle Gwardyjskie), Zachodnia Syberia;
-60. rakietowa dywizja Tamańska – w obwodzie saratowskim (miejscowość Swietłyj), rejon dolnego Zawołża;
Jeśli zaś chodzi o pozostałe trzy rakietowe dywizje gwardyjskie, czyli:
– 27. Gwardyjską Witebską, stacjonującą w miejscowości Ozernjy w obwodzie twerskim;
28. Gwardyjską(miasto Kozielsk w obwodzie kałudzkim) oraz 54. Gwardyjską (miejsc. Tiukowo
w obwodzie iwanowskim) to ich bazy znajdują się w zasięgu systemu obrony przeciwrakietowej z krajów bałtyckich (w szczególności z Łotwy). Jeśli takie systemy zostałyby zainstalowane w Przybałtyce, wówczas te trzy dywizje przebazowano by dalej na wschód.
Ale w przypadku pojawienia się na Ukrainie baz systemu obrony przeciwrakietowej nie ma dokąd uciec z rosyjskimi dywizjami rakietowymi. Pozostało jedyne możliwe rozwiązanie dla takiej opcji, które prezydent Federacji Rosyjskiej wdrożył 24 lutego 2022 r.
Teraz staje się bardziej jasne, dlaczego wszyscy prezydenci USA począwszy od Busha juniora
i Obamy, a skończywszy na Trumpie i Bidenie, z maniakalną upartością przesuwali bazy NATO na wschód. Im bliżej ich systemów obrony przeciwrakietowej znajdują się szyby, w których stacjonują nasze międzykontynentalne pociski balistyczne, tym krótszy jest czas dolotu przeciwrakiet, czyli tym większe są szanse na zestrzelenie naszych rakiet znajdujących się na trajektorii rozbiegowej, krótko po opuszczeniu podziemnego szybu. Liczy się tam każda sekunda, a spóźnienie bodaj o minutę, już nie wspominając że o dwie, skutkuje brakiem możliwości dopadnięcia takiej rakiety.
Wtedy wypada poczekać na nią aż pojawi się nad Alaska, gdzie znajdują się kompleksy obrony przeciwrakietowej i liczyć na to, że się poszczęści ich operatorom. A jeśli atakująca strona przeciąży amerykański system obrony powietrznej i przeciwrakietowej rakietami-wabikami, to któraś z międzykontynentalnych rakiet balistycznych przedrze się przez te wszystkie zapory. A taka rakieta zazwyczaj przenosi kilkanaście oddzielnie naprowadzanych megatonowych głowic. Po to właśnie są one duże, ciężkie, ale także szybkie i o dużym zasięgu.
Czyli uzasadnienie dla SWO nie zalicza się do kategorii subiektywnych, skoro stawka dla Rosji została podniesiona na poziom bezpieczeństwa strategicznego. A przecież pilnowanie bezpieczeństwa własnego kraju to pierwsze miejsce na liście priorytetów dla każdego prezydenta. Ale bezpieczeństwo USA raczej nie powinno być budowane kosztem naruszania bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej czy tez innych krajów. Okazało się natomiast, że może być ono budowane kosztem np. Ukrainy.
Stało się chyba jasne, dlaczego Putin nie obawiał się baz NATO w krajach bałtyckich, w Polsce czy w Rumunii, a z całych sił starał się nie dopuścić do ich utworzenia na Ukrainie. Zadecydował o tym czas dolotu dla amerykańskich przeciwrakiet, który jest znany. Ale im będzie on krótszy, tym większe będą szanse na unieszkodliwienie rosyjskich międzykontynentalnych pocisków balistycznych tuż po ich starcie, a tym samym zredukowanie do zera istniejącej równowagi sił. A po czymś takim można już zacząć rozmawiać z Federacją Rosyjską z pozycji siły.
Ale nie sensu obrażać się na Amerykanów, wszak ich systemy obrony przeciwrakietowej nikomu nie zagrażają, bo to nie są rakiety uderzeniowe, a jedynie łowcy międzykontynentalnych pocisków balistycznych. Jeśli więc zainstalują je gdzieś na północnym wschodzie obwodu charkowskiego Ukrainy, wszystko pozostaje w porządku, bo wszak jest to działanie w intencji zabezpieczenia pokoju na całym świecie. A że skutkiem tego Rosjanie utracili równowagę sił,
to już nie jest problemem USA. Toteż gdy w 2001 r. prezydent Bush junior wycofał się z traktatu o obronie przeciwrakietowej, to było de facto podejście biznesowe. Obecnie, gdy Putin, wycofał się z traktatu START-3, to również nic osobistego, a jedynie zwyczajny biznes.
Zatem które z państw będzie kolejnym po Ukrainie, gdzie USA zechcą zainstalować swoje bazy pod szyldem wciągnięcia tego kraju do NATO? Najbardziej apetycznym kandydatem jawi się Kazachstan, którego długość granicy z Federacją Rosyjską mierzy 7600 km (najdłuższa w świecie nieprzerwana granica lądowa) i z którym sąsiaduje rosyjski obwód orenburski (a stamtąd do syberyjskich Irkucka i Krasnojarska już tylko rzut beretem). W zasięgu instalacji militarnych zlokalizowanych na północy Kazachstanu terytorium Rosji znalazłoby się prawie w całości.
Czy po przeczytaniu dotychczasowego tekstu ktoś nadal nie rozumie, dlaczego prezydent Putin rozpoczął operację wojskową, niech postawi pytanie o to, co zrobiłyby USA, gdyby przy ich granicach pojawiły się rosyjskie bazy rakietowe? Np. w Meksyku, żeby nie wskazywać fantastycznie hipotetycznej Kanady. Dla ułatwienia przypomnieć warto co wydarzyło się w Wenezueli, niedługo po tym gdy w jej stolicy wylądowały, w ramach przyjacielskiej wizyty, dwa rosyjskie bombowce strategiczne Tu-160. Miało to miejsce za czasów pierwszej kadencji Donalda Trumpa, w grudniu 2018 r. I choć bombowce nie przenosiły pod kadłubem pocisków manewrujących z ładunkiem jądrowym, wywołało to w USA szok, a prezydent Trump chyba wówczas doznał długoterminowej traumy. Wizyta tych rosyjskich bombowców w eskorcie ciężkiego transportowca wojskowego An-124 i dalekodystansowego Il-62 w stolicy Wenezueli skończyła się wówczas dla prezydenta Nicolása Maduro zainspirowanym przez USA kryzysem rządowym. Polityczny awanturnik Juan Guaidó, który 5 stycznia 2019 r. stanął na czele Zgromadzenia Narodowego (tamtejszy parlament), już 11 stycznia oświadczył, że konstytucja kraju pozwala mu pełnić obowiązki głowy państwa, a kolejne 12 dni później, 23 stycznia, podczas wiecu ogłosił się pełniącym obowiązki prezydenta kraju, składając stosowną przysięgę. Nie minęło kilka godzin, a samozwańca uznały USA w osobie prezydenta Trumpa, a w ślad za suwerenem kolejne 50 krajów o statusie wasalnym.
Przywódcy ukraińscy powinni stale pamiętać, jak postępowały USA ze wszystkimi swoimi wasalami, począwszy od Wietnamu Południowego i ewakuacji amerykańskiej ambasady w Sajgonie, poprzez prezydenta Egiptu Hosni Mubaraka, który przez 30 lat wiernie służył Waszyngtonowi i zmarł na pryczy więziennego szpitala, a kończąc na Afganistanie i lokalnych kolaborantach, czepiających się podwozia transportowych „Herkulesów” amerykańskich sił powietrznych, startujących z pasa startowego lotniska w Kabulu. Zatem nie można wykluczyć jeszcze wielkich i zaskakujących odkryć, a tak właśnie bywa, gdy kończy się finansowanie projektu, a sponsorzy fiksują zyski i odpisują straty.
Przykładowe linki:
https://archive.is/39a8w
Dodaj komentarz