Wyspa Epsteina i brama do psychologii zła [tryptyk]

Od mafii, przez brutalne kartele narkotykowe, sekty religijne, po autorytarne rządy – widzieliśmy psychopatów, którzy zjednoczyli się i współpracowali w najgorszych momentach naszej historii. Robią to dla obopólnych korzyści, ale wierzę, że istnieje plan, który sięga o wiele dalej. To dalekosiężny spisek, który zdaje się potwierdzać niedawne ujawnienie Akt Epsteina.

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

Wyspa Epsteina i brama do psychologii zła

Teoretycy spiskowi mają prawie zawsze rację. Wielokrotnie się o tym przekonaliśmy i nadal będziemy mieć rację w wielu kwestiach, które korporacyjne media nazywały „marginesowymi”. Tym, którzy są podobni do mnie – ludziom, którzy od 20 lat lub dłużej próbują ostrzegać opinię publiczną przed tymi zagrożeniami – chcę tylko powiedzieć: odnieśliśmy miażdżące zwycięstwo. Ujawniliśmy mroczne sekrety elit i nic nie jest w stanie zatrzymać tego pociągu.

Jednak walka jest daleka od zakończenia i nie oczekujcie żadnych nagród ani nawet uznania. Taka jest natura naszej pracy i, szczerze mówiąc, najlepsze, co może się stać w dłuższej perspektywie, to to, że badacze i analitycy tacy jak my w końcu staną się zbędni. Tymczasem wojna informacyjna o ratowanie cywilizacji trwa.

Jedną z kwestii, którą zainicjowałem w swojej karierze (wraz z garstką innych piszących o wolności), jest zgłębianie psychologii i ideologii globalistów. Uważam ich istnienie za fascynujące. Z pewnością odrażające, ale i fascynujące.

Teoria, którą wyznaję od dwóch dekad, głosi, że globaliści to przede wszystkim okultystyczna sieć zorganizowanych psychopatów. Oznacza to, że poszukują oni osób z cechami psychopatycznymi (ukrytymi lub nie), aby rekrutować i powiększać swoją grupę. W opinii publicznej powszechne jest przekonanie, że psychopaci powinni działać w izolacji; że nie współpracują ze sobą, ponieważ są zbyt skupieni na sobie, by się organizować.

Historia pokazuje nam, że nie jest to prawdą.

Od mafii, przez brutalne kartele narkotykowe, sekty religijne, po autorytarne rządy – widzieliśmy psychopatów, którzy zjednoczyli się i współpracowali w najgorszych momentach naszej historii. Robią to dla obopólnych korzyści, ale wierzę, że istnieje plan, który sięga o wiele dalej. To dalekosiężny spisek, który zdaje się potwierdzać niedawne ujawnienie Akt Epsteina.

Żeby było jasne, uważam, że informacje przedstawione do tej pory w aktach to zaledwie ułamek zła, z którym mamy do czynienia. Uważam również, że ważne jest, aby podkreślić, że „wymienienie” osób w Aktach Epsteina jest bez znaczenia jeśli pozbawione jest kontekstu.

Niektóre osoby publiczne, takie jak Donald Trump czy Elon Musk, są „wymienione” jako osoby, które kontaktowały się z Epsteinem, ale nie ma żadnych dowodów na to, że brały udział w jakichkolwiek nikczemnych działaniach (Epstein kontaktował się z KAŻDYM, kto miał władzę lub wpływy i próbował go zwerbować). Co więcej, anonimowe wskazówki FBI od przypadkowych szajbusów nie stanowią podstawy do wszczęcia postępowania karnego. Inne osoby też są wymienione w aktach, a kontekst sugeruje, że dopuściły się dość obrzydliwych czynów.

Akta stanowią wystarczającą ilość dowodów, by uzasadnić wszczęcie szeroko zakrojonego międzynarodowego śledztwa, ale nie stanowią dowodu popełnienia przestępstw, który wytrzymałby rozprawę sądową (przynajmniej na razie).

Być może nigdy nie zobaczymy aktów oskarżenia wobec stałych bywalców Epstein Island. Jak zauważyłem w opublikowanym w zeszłym roku artykule „Rządowa samoobrona: dlaczego nigdy nie zobaczymy prawdziwej listy Epsteina” [“Governmental Self-Preservation: Why We’ll Never See The Real Epstein List”], uważam, że wiele osób w administracji Trumpa chce, aby sprawa Epsteina doprowadziła do aresztowań. Przewidywałem jednak również, że rewelacje zawarte w aktach mogą doprowadzić do jeszcze mroczniejszych odkryć, które mogą doprowadzić do całkowitego upadku.

Osoby zajmujące się tymi informacjami stoją przed dylematem: dążyć do światła prawdy, wrzucić wszystko do internetu i zaryzykować całkowity chaos społeczny, czy też podawać informacje do publicznej wiadomości po trochu i starać się nie dopuścić do załamania systemu. Zapomnijcie o kosmitach – ujawnienie konkretnych dowodów na to, że lucyferiańska sekta zjadających dzieci bankierów, prezesów, polityków i biurokratów kontroluje planetę, to prawdziwy Czarny Łabędź.

Nie da się prowadzić sensownej dyskusji o naturze władzy we współczesnej cywilizacji (rewolucji postindustrialnej) bez zaakceptowania surowej rzeczywistości, że większość kluczowych wydarzeń w naszej najnowszej historii została zmanipulowana przez ukryte konsorcjum elit. Nie możemy też prowadzić żadnej sensownej debaty o tym, jak rozwiązać ten problem, nie akceptując faktu, że „zło” jest niezaprzeczalną stałą.

To wspólny mianownik, klucz do równania.

Zło to namacalny i autonomiczny byt, który wywiera wpływ na społeczeństwo ludzkie, często wykorzystując osoby z wrodzonymi słabościami duszy jako narzędzia do realizacji swoich intryg. Owszem, brzmi to dość biblijnie, ale śmiem twierdzić, że nasi religijni przodkowie mogli mieć znacznie lepsze pojęcie o naturze zła niż my dzisiaj, biorąc pod uwagę naszą futurystyczną skłonność do zaprzeczania wszystkiemu, czego nie da się od razu wyjaśnić naukowo.

Akta Epsteina wskazują na zło, którego istnienia wielu nawet nie przypuszczało, którzy nigdy nie zetknęli się z badaniami na temat globalizmu. A nawet ci, którzy zetknęli się z tymi badaniami, mogą być zszokowani odkryciami.

Podsumowując, Jeffrey Epstein nie był szczytem piramidy. Nie był też jakimś samolubnym oszustem, sprzedającym seks i deprawację tylko po to, by uzyskać dostęp do władzy. Epstein był raczej pośrednikiem, handlarzem narkotyków, który sprzedawał doświadczenia z dopaminą jako nagrodę dla członków spisku (jednocześnie gromadząc materiały służące do szantażu). Jednak spisek jest o wiele większy niż to, co widzimy w aktach Epsteina i przewyższa jakikolwiek kraj czy rząd.

W aktach znajdują się dziwne wzmianki o „klonowaniu”, hodowli niemowląt na czarny rynek i tworzeniu „wyższej rasy”. Innymi słowy, interesy Epsteina i jego współpracowników wykraczały daleko poza fetysze seksualne.

Niektóre z e-maili Epsteina otwarcie omawiają wykorzystywanie seksualne i tortury ofiar przywiezionych na wyspę. Przemoc wobec nastolatków jest mniej chroniona i łatwiejsza do udowodnienia. Są też bardziej obrzydliwe elementy w tych aktach. W e-mailach Epsteina roi się od zaszyfrowanego języka, w którym jedzenie jest symbolem ewidentnie nielegalnej kontrabandy.

Z informacji dotyczących afery Pizzagate (e-maili Johna Podesty) ujawnionych przez Wikileaks w 2016 roku wynika, że ​​hasła związane z jedzeniem są powszechne wśród globalistów i wydają się być powiązane z wykorzystywaniem małych dzieci. Symbolika pizzy była powszechna w sieciach pedofilskich przez wiele lat poprzedzających ujawnienie afery Pizzagate, a także na łamach Akt Epsteina (słowo „pizza” jest używane jako hasło co najmniej 900 razy w e-mailach).

Użycie określenia „suszona wołowina” [beef jerky] w e-mailach Epsteina (również wspominanych setki razy) jest szczególnie niepokojące, wliczając w to rozmowy o przechowywaniu „suszonek w lodzie” [jerky on ice], dziwną obsesję na punkcie wagi porcji suszonej wołowiny, laboratoryjne testowanie „suszonek” w celu zapobiegania chorobom itd. O czymkolwiek oni mówią, to nie jest suszona wołowina. Trzeba zadać sobie pytanie, jaki rodzaj produktu spożywczego byłby tak przestępczy, że musiałby być ukryty za skomplikowanym szyfrem?

Oczywistym wnioskiem byłoby stwierdzenie, że „suszone mięso” [jerky] to kod oznaczający ludzkie mięso. Niektórzy mogliby argumentować, że jedzenie ludzkiego mięsa nie przynosi żadnych korzyści, więc dlaczego elity miałyby to robić? Ci krytycy działają z logicznego punktu widzenia, a nie z punktu widzenia okultyzmu. Nie da się oddzielić Wyspy Epsteina od okultyzmu i nadal rozumieć, co się tam wydarzyło.

Dla elit, które nawiązują do pogańskich praktyk starożytnego Babilonu, od czasów kultu Molocha (Bohemian Grove) i późniejszych, rytuał kanibalizmu jest integralną częścią ich religii. Wierzą, że ofiary z ludzi dają im władzę, co jest wspólnym mianownikiem większości systemów pogańskich, w tym satanizmu.

Lucyferianizm/satanizm jest integralnym elementem globalizmu. Dowody jego praktykowania w kręgach globalistycznych są ogromne i nie można ich ignorować. Niektórzy sceptycy wskazują na rozdział między „satanizmem” a „lucyferianizmem”, ale w praktyce są to wzajemnie powiązane systemy wierzeń.

Sataniści zajmują się pogonią za przyjemnością kosztem moralności, podczas gdy lucyferianie dążą do władzy i boskości kosztem moralności. Dla wyznawców obu praktyk ich motto brzmi: „Rób, co chcesz”.

Jak opisałem w moim artykule „Lucyferianizm: świeckie spojrzenie na destrukcyjny globalistyczny system wierzeń” [BONUS I poniżej -AC], opublikowanym w 2019 roku, globalne elity czerpią swoją duchową ekstazę z kultu materializmu i zepsucia tego, co czyste. Dążą do dekonstrukcji stworzenia i natury ludzkiej, aby udowodnić, że wszyscy ludzie są tak samo zdeprawowani jak oni sami, a moralność jest sztucznym ograniczeniem władzy i przyjemności.

Ich system jest pełen psychopatycznych symptomów, a ja twierdzę, że lucyferianizm to religia stworzona specjalnie po to, by potwierdzać destrukcyjne tendencje psychopatów i narkopatów. Ale jakie to tendencje?

Psychopaci nie mają żadnego poczucia empatii i funkcjonują jedynie jako pasożyty żerujące na reszcie ludzkości. To właśnie jeden z powodów, dla których mnie fascynują. Nie dlatego, że są szczególnie interesującymi jednostkami, ale dlatego, że ich istnienie wydaje się niebezpieczną anomalią. Stanowią mniej niż 1% całej populacji ludzkiej, ale są przyczyną zdecydowanej większości ludzkich tragedii.

Przeciętny człowiek bez wątpienia ma skłonność do zła. Ludzie mogą zostać popchnięci do najróżniejszych okropności, w zależności od okoliczności. Jednak większość z nas posiada mechanizm zwany „sumieniem”, który w większości przypadków powstrzymuje nas przed popełnieniem zła. Powoduje on również poczucie winy, gdy wiemy, że postąpiliśmy destrukcyjnie.

Gdyby większość populacji nie posiadała powszechnego poczucia sumienia i moralności, wymarlibyśmy jako gatunek tysiące lat temu.

Globaliści (psychopaci) nie posiadają tego mechanizmu. W rzeczywistości postrzegają sumienie jako przeszkodę, cechę słabych i łatwych do prześladowania. Są drapieżną klasą ludzi. Powiedziałbym nawet, że wcale nie są ludźmi, a jedynie mutacją lub nowotworową naroślą.

Kiedy psychopaci osiągają jawne bogactwo materialne, mają łatwy dostęp do zasobów, których potrzebują, aby zaspokoić swoje impulsy. Na tym etapie ewolucji psychopata ma tendencję do nudy. Zaczyna gonić za rosnącą deprawacją i mrokiem w poszukiwaniu większej dawki dopaminy. Im bardziej zdegenerowana i zakazana jest dana aktywność, tym jest bardziej ekscytująca.

Ale to nic innego jak indywidualne motywacje i osobiste uzależnienia. Jakie są ambicje i pobudki zorganizowanej kliki?

Częścią uroku okultyzmu jest radość, jaką odczuwają niektórzy ludzie, gdy uważają się za „lepszych” od przeciętnego człowieka. Grupy okultystyczne wmawiają swoim członkom, że zostaną wyróżnieni jako „elita”, gdy dołączą do strażników tajemnic.

Kiedy czytamy liczne e-maile związane z Epsteinem, jego wyspą i ranczem w Nowym Meksyku, ludzie, którzy z nim korespondują, wydają się dziecinni i rozbrykani. Chichoczą jak małe bachory, gdy angażują się w szyfry i zagadki. Dopuszczają się okrucieństw wykraczających poza pojmowanie przeciętnego człowieka i odczuwają radość, pławiąc się w „potajemnych” czynach.

Myślę, że dla wielu osób ze środowiska spiskowego może to być trudne do pogodzenia, ale ta klika nie składa się z mrocznych, błyskotliwych umysłów narzucających zimną i wyrachowaną wolę. Raczej składa się głównie z egoistycznych narcyzów chichoczących jak idioci, rozkoszujących się swoimi urojeniami o wielkości. Gdybyś zobaczył, jak ci ludzie zachowują się za kulisami, prawdopodobnie poczułbyś z ich powodu zażenowanie, ale też poczuł się jak idiota, że wyobrażałeś sobie ich jako przebiegłych lub nietykalnych geniuszy.

Bez pieniędzy i zbiorowej ochrony ze strony ich sabatu, są oni zaledwie drobnymi, bezwartościowymi ludźmi, żyjącymi bezsensowną egzystencją. Nie dajcie się jednak zwieść – to właśnie odrażająca socjopatia ich dziecinności czyni ich niezwykle niebezpiecznymi. Bycie infantylnym, a jednocześnie radowanie się krwią niewinności, wymaga diabolicznego i demonicznego umysłu.

Z moich poszukiwań wynika, że ​​Wyspa Epsteina mogła być łagodna w porównaniu z niektórymi innymi miejscami spotkań elit. Jego wyspa nie była celem samym w sobie, lecz bramą dla wtajemniczonych. Wierzę, że wyspa była miejscem próby, miejscem, gdzie zło się kumuluje, a ludzie z lękami są odfiltrowywani.

Najgorsi z najgorszych prawdopodobnie przenieśli się do jeszcze bardziej odrażających kryjówek, poukrywanych na całym świecie. Akta Epsteina są ważne, ponieważ otwierają drogę do szerszego śledztwa w sprawie sieci globalistów i przerażających miejsc ich zabaw.

Proponuję powrót do koncepcji „łowców czarownic” – ludzi, którzy potrafią myśleć jak okultyści, a jednocześnie stosować nowoczesne metody śledcze, aby wytropić te sieci i wymazać je z powierzchni Ziemi. Jeśli urzędnicy państwowi odmówią tego, samosądy są nieuniknione.

Niestety, to nie przypadek, że globalistyczne organizacje pozarządowe zalały Zachód migrantami z krajów trzeciego świata i zmobilizowały armie skrajnie lewicowych rebeliantów w ciągu ostatnich kilku lat. Po pandemii wiedzą, że społeczeństwo osiąga poziom nasycenia informacyjnego, a ich program wychodzi na jaw. Będą dążyć do obalenia ruchów konserwatywnych, wykorzystywać pożytecznych idiotów do niszczenia wrogów i siać ogólny chaos, aby sabotować wszelki zorganizowany opór.

_____________

Epstein’s Island And The Gateway To The Psychology Of Evil, Brandon Smith, February 10, 2026

BONUS I

Lucyferianizm: świeckie spojrzenie na destrukcyjny globalistyczny system wierzeń

Przez lata zgłębiania mechanizmów globalnych wydarzeń i ludzi za nimi stojących, stałem się być może nieco obsesyjny na punkcie jednego konkretnego tematu – źródeł i motywacji zła. Ta fascynacja nie wynika z prostej, chorobliwej ciekawości, lecz ze strategicznej potrzeby zrozumienia wroga. Podobnie jak deratyzator musi zrozumieć zachowanie karaluchów, aby działać skutecznie, ja dążę do zrozumienia zachowania i natury zorganizowanego zła.

Jednym z bardzo ważnych faktów, który należy najpierw wyjaśnić ludziom, jest to, że zło rzeczywiście istnieje. Propaganda establishmentu poświęciła mnóstwo czasu, wysiłku i kapitału, próbując wmówić społeczeństwu, że zło to nic więcej niż konstrukt społeczny – opinia. Zło rzekomo leży w oku patrzącego; jest produktem religijnego uwarunkowania. To fałsz. Podobnie jak koncepcje piękna, koncepcje zła są w rzeczywistości wrodzone w naszej psychice od urodzenia. „Oko patrzącego” jest nieistotne.

Potwierdzają to dwa obszary psychologii człowieka:

Po pierwsze, jak wykazały prace Carla Junga (a co za tym idzie, antropologów takich jak Joseph Campbell), wszyscy ludzie, niezależnie od miejsca urodzenia, od najbardziej odizolowanego plemienia w Amazonii po największą metropolię w Ameryce, noszą w swojej psychice te same archetypowe symbole. Innymi słowy, WSZYSCY mamy w swoich umysłach te same elementy psychologiczne, niezależnie od środowiska.

Sam ten fakt jest tak przytłaczający dla współczesnego człowieka, że ​​niektórzy odmawiają nawet uznania go za możliwy. Jesteśmy tresowani niczym szczury laboratoryjne, by widzieć tylko jedną drogę przez labirynt. W kółko powtarzano nam, że wszystko jest „względne”, że każdy człowiek jest w całości produktem środowiska i że wszyscy zaczynamy jako „czyste karty”.

Zaciekłe ataki establishmentu na Carla Junga (w tym kłamstwa o jego współpracy z nazistami) mówią mi, że Jung był bardzo blisko celu. Natknął się na coś bardzo niebezpiecznego dla establishmentu. Coś, co mogło zniweczyć ich sposób postrzegania opinii publicznej.

Po drugie, niezaprzeczalne istnienie ludzkiego sumienia sugeruje, że rodzimy się ze zrozumieniem dualizmu. Oznacza to, że – jak odkrył Jung – nasza psychika zawiera wrodzone koncepcje dobra i zła, które wpływają na nasze decyzje i reakcje. Jung określał zło, czyli psychologicznie destrukcyjne impulsy, mianem „cienia osobistego” i „cienia zbiorowego”.

Zdecydowana większość ludzi ma intuicyjny związek z dobrem i złem. Odczuwają niepokój, gdy stają w obliczu złych czynów lub myśli, i czują osobiste poczucie winy, gdy wiedzą, że zrobili coś złego innym ludziom. Niektórzy mogliby nazwać to „kompasem moralnym”. Ja nazwałbym to częścią duszy lub ducha.

W każdym razie istnieje na świecie grupa ludzi, którzy tego nie mają – niewielki odsetek populacji, który rodzi się bez sumienia lub łatwo je ignoruje. Do tych ludzi przejdziemy za chwilę, ale najpierw powinniśmy chyba zdefiniować, czym jest zło.

Złem jest przede wszystkim każde działanie, którego celem jest zniszczenie, eksploatacja lub zniewolenie w imię osobistych korzyści lub satysfakcji. Niestety, złe czyny są często błędnie przedstawiane jako korzystne dla grupy, co czyni je moralnie akceptowalnymi. Potrzeby ogółu rzekomo przeważają nad potrzebami nielicznych, a zatem zło jest racjonalizowane jako środek do osiągnięcia „pozytywnego celu” dla „większego dobra”.

W większości przypadków jednak destrukcyjne działania nie służą interesom większości, a jedynie przynoszą więcej bogactwa i władzy elitarnej mniejszości. To nie przypadek.

Zło zaczyna się od zaprzeczenia istnieniu sumienia, czyli od zaprzeczenia istnieniu wyboru. Każdy człowiek rodzi się ze zdolnością lub wolnością wyboru. Możemy słuchać sumienia albo je ignorować. Możemy czynić dobro albo zło. Zło mówi nam, że wybór jest względny i że moralność jest względna, że nie ma różnicy między dobrym a złym wyborem, albo że zły wybór jest jedynym wyborem.

Oprócz ignorowania sumienia, musimy również zdefiniować motywację, która napędza zło. Psychologia sugeruje, że destrukcyjne, egoistyczne działania wynikają z obsesyjnego pragnienia zdobycia lub kontrolowania rzeczy, których nie możemy lub nie powinniśmy mieć. Co ciekawe, tego samego uczą nas również niektóre religie, ale trzymajmy się świeckiej analizy.

Jak wspomniano wcześniej, istnieje na świecie grupa ludzi, którzy nie postrzegają dobra i zła tak, jak większość z nas. Ich psychika funkcjonuje zupełnie inaczej, bez filtra sumienia. Osoby te wykazują cechy narcystycznych socjopatów. W pełni i wysoko rozwinięci narcystyczni socjopaci stanowią około 1% do 5% całej populacji ludzkiej, a większość z nich rodzi się, a nie kształtuje w swoim środowisku. Ponadto, 5% do 10% ludzi posiada ukryte cechy narcyzmu lub socjopatii, które zazwyczaj ujawniają się dopiero w niestabilnym środowisku kryzysowym.

W licznych artykułach obszernie pisałem o narcystycznych socjopatach i globalistycznym establishmencie. Opisywałem również, jak wbrew powszechnemu przekonaniu, osoby takie nie są od siebie odizolowane. Wręcz przeciwnie, organizują się w grupy dla obopólnych korzyści.

Istnieje ideologia lub system wierzeń, który głosi dokładnie odwrotne stanowisko niż to, co sumienie podpowiada nam jako „dobre”, a tym systemem jest lucyferianizm. W rzeczywistości lucyferianizm wydaje się być źródłem większości destrukcyjnych „-izmów” istniejących obecnie w naszym społeczeństwie (w tym socjalizmu i globalizmu). Moja teoria głosi, że lucyferianizm to religia lub kult stworzony przez socjopatycznych narcyzów dla dobra socjopatycznych narcyzów.

Czasami trudno jest zidentyfikować prawdziwe „sakramenty” kryjące się za lucyferianizmem, ponieważ, po pierwsze, lucyferianie odmawiają przyznania, że ​​system ten w ogóle jest religią. Wolą nazywać go filozofią lub metodologią, przynajmniej publicznie. System zdaje się również zachęcać do aktywnej dezinformacji, aby zniechęcić lub wprowadzić w błąd osoby niebędące wyznawcami. Historycznym terminem określającym tę religijną tajemnicę jest „okultyzm”. Ja nazwałbym to „elitaryzmem”.

Istnieją pewne fundamentalne przekonania, do których lucyferianie otwarcie się przyznają. Przede wszystkim, celem lucyferianizmu jest osiągnięcie boskości. Innymi słowy, wierzą, że NIEKTÓRZY ludzie mają zdolność do stania się bogami poprzez gromadzenie wiedzy.

Pisałem już wcześniej o szaleństwie dążenia do boskości, opisując, jak fizyka kwantowa i dowód niezupełności Kurta Gödla uniemożliwiają całkowitą naukową i matematyczną obserwację oraz zrozumienie wszechświata. Jednak rzeczywistość matematyczna nie powstrzymuje kręgów lucyferiańskich przed destrukcyjnym dążeniem do tego, czego nie mogą mieć. W konsekwencji, wiedza naukowa nieograniczana dyscypliną, mądrością i moralnym kompasem może prowadzić do katastrofy. Wiedza materialna jest niezmiennie nadużywana przez tych, którzy dążą do boskiej mocy.

Idea samouwielbienia jest podstawową cechą socjopatycznych narcyzów. Lucyferianizm jedynie ją kodyfikuje, jakby była cnotą. Innym problemem związanym z ideą stania się bogiem jest to, że nieuchronnie rozwija się w nim pragnienie posiadania zwolenników i czcicieli. Czymże w końcu jest zbawiciel bez trzody? Ale jak człowiek może zdobyć trzodę i stać się bardziej bogiem? Siłą czy podstępem?

Po drugie, lucyferianie twierdzą, że dążą do wzmocnienia władzy jednostki jako całości. W umysłach wielu ludzi wcale nie brzmi to negatywnie. Nawet ja argumentowałem za znaczeniem indywidualizmu w obliczu kontroli społecznej. Niemniej jednak, każdą ideologię można doprowadzić do skrajności.

Dążenie do indywidualnej satysfakcji może posunąć się zbyt daleko, do tego stopnia, że ​​ludzie wokół nas zaczynają cierpieć. Ze względu na elitarny charakter lucyferianizmu, niekoniecznie dążą oni do wywyższenia WSZYSTKICH jednostek, a jedynie niektórych „zasługujących”. Istnieje tendencja do postrzegania osób niebędących wyznawcami jako „gorszych”. Głupich ludzi, których należy strzyc jak owce przez tych, którzy gonią za wyższym marzeniem o osobistej boskości.

Tę postawę można dostrzec również w powszechnych działaniach narcystycznych socjopatów, którzy bez skrupułów oszukują i wykorzystują otaczających ich ludzi, traktując ich jak zasoby, żerując na innych jak pasożyty. Traktują to jako akceptowalną praktykę, ponieważ postrzegają siebie jako wyjątkowych. Są przeznaczeni by osiągać więcej niż ignorancki motłoch. Są przeznaczeni do wielkich czynów, a ich wizerunek ma być utrwalony w historii.

Elitaryzm lucyferianizmu jest nie do ukrycia. Lucyferianie twierdzą, że nie mają żadnego interesu w nawracaniu innych. Zamiast tego, wyznawcy muszą być „wystarczająco inteligentni”, aby samodzielnie dojść do systemu wierzeń. Jednak ich cel, jakim jest wpływanie na opinię publiczną poprzez sferę społeczną i polityczną, jest dość oczywisty.

Polityczni kontrolerzy, choć nie są otwarcie lucyferianami, mają tendencję do ujawniania swoich powiązań. Saul Alinsky, wysoko postawiony lewicowy organizator i demokratyczny nadzorca, chwali buntowniczego Lucyfera w osobistych podziękowaniach w swoim podręczniku politycznym „Zasady dla radykałów”, w którym pisze:

„Abyśmy nie zapomnieli o przynajmniej krótkim podziękowaniu dla pierwszego radykała: ze wszystkich naszych legend, mitologii i historii (a kto wie, gdzie kończy się mitologia, a zaczyna historia — albo która jest która) pierwszym znanym człowiekowi radykałem, który zbuntował się przeciwko establishmentowi i zrobił to tak skutecznie, że przynajmniej zdobył własne królestwo — Lucyfer”.

Lucyferianizm jest również powszechny w instytucjach globalistycznych. Na przykład ONZ wydaje się być silnie zaangażowana w tę ideologię poprzez grupy takie jak Lucis Trust, wydawnictwo założone przez Alice Bailey, zagorzałą propagatorkę lucyferianizmu, będącą również właścicielką Lucifer Publishing Company. Lucis Trust pierwotnie miało siedzibę w budynku ONZ w Nowym Jorku i do dziś prowadzi prywatną bibliotekę książek okultystycznych poza ONZ.

Byli dyrektorzy ONZ, tacy jak Robert Muller, byli blisko związani z Lucis Trust i działalnością Alice Baily, i otwarcie promowali lucyferianizm. Muller odegrał kluczową rolę w globalnej polityce edukacyjnej ONZ dla dzieci i utworzył liczne agencje filialne z zamiarem globalnego zarządzania. Białe księgi Roberta Mullera na temat tworzenia globalnego rządu można przeczytać na jego stronie internetowej Good Morning World.

Lucyferianie podchodzą do globalnego zarządzania tak, jak do wszystkiego innego – z nachalną propagandą. Muller argumentuje, że cel musi być promowany w oczach opinii publicznej poprzez ideę „ochrony Ziemi”. Innymi słowy, wierzył, że ekologia jest kluczem do przekonania mas o potrzebie całkowitej centralizacji władzy w rękach globalistycznych instytucji. Lucyferiańskie ideały są lukrowane mnóstwem kwiecistych i szlachetnie brzmiących motywów. Ale o co w nich tak naprawdę chodzi?

Niektórzy lucyferianie przyjmują gnostyczne stanowisko wobec postaci diabła i twierdzą, że postrzegają tę koncepcję jedynie jako mitologię, a nie jako dosłowną siłę. Niektóre teksty gnostyckie przedstawiają Szatana jako „dobrego”, a Boga jako „złego” w Księdze Rodzaju. Boga jako bezwzględnego władcę niewolników, a węża jako „wyzwoliciela” przynoszącego ludzkości wiedzę o świecie materialnym. Lucyfer jest przedstawiany jako swego rodzaju Prometeusz. Tytan, który wykradł bogom ogień i podarował go ludziom.

Ta narracja o „Lucyferze jako heroicznym zbawicielu” jest bardzo powszechna. Manly P. Hall, mason 33 stopnia i wpływowy pisarz New Age, powiedział w swoim zbiorze pism zatytułowanym „Wszechwidzące oko”:

„Lucyfer reprezentuje intelekt i wolę jednostki, które buntują się przeciwko dominacji Natury i usiłują przeciwstawić się naturalnym impulsom. Lucyfer, pod postacią Wenus, jest gwiazdą poranną, o której mowa w Apokalipsie, a która ma zostać dana tym, którzy zwyciężą świat”.

Jeden z modeli lucyferiańskich opisuje Boga wyłącznie jako archetypową koncepcję, mitologiczny kocyk bezpieczeństwa, który pomaga nam stawić czoła samotności istnienia. Nie wierzą oni jednak w istnienie cielesnej postaci Boga, więc można się zastanawiać, jak mogą pogodzić istnienie wrodzonych archetypów psychologicznych z tą koncepcją? Skąd wzięły się archetypy, skoro ludzkość nie ma żadnego twórczego zamysłu ani zamierzonego znaczenia?

Bardziej dyskretni lucyferianie czasami argumentują, że mityczna postać Lucyfera jest odrębna od chrześcijańskiego wizerunku „Szatana”. Imię „Lucyfer” nie jest bezpośrednio wymienione w Biblii w odniesieniu do Szatana (choć określenie „gwiazda poranna”, będące bezpośrednim tłumaczeniem słowa „lucyfer”, pojawia się w odniesieniu do Szatana). Jednak argument ten wydaje mi się raczej nieśmiały i nieszczery. Przez wieki termin Lucyfer był synonimem diabła w powszechnej świadomości. Lucyferianie zdają się próbować oddzielić się od negatywnych konotacji związanych z satanizmem za pomocą wypaczonej gry słów i semantyki.

Ale dlaczego mieliby się tym przejmować? Chyba że oczywiście chcą wpłynąć na świadomość społeczną i zdają sobie sprawę, że trudno przekonać ludzi do satanizmu, więc chcą nadać nowe oblicze starej i brzydkiej idei. Sataniści często nazywają Lucyfera i Szatana tą samą postacią. W tym filmie dokumentalnym Anton LaVey, znany przedstawiciel kręgów satanistycznych i lucyferiańskich, robi dokładnie to samo.

Wydaje się, że grupy lucyferiańskie, bardziej nastawione na marketing, traktują LaVeya jako kogoś irytującego. Podejrzewam, że jego publiczna szczerość co do tego, na czym tak naprawdę polegają wierzenia lucyferiańskie, jest postrzegana jako zbyt szczera. Ci ludzie wierzą w tajemnicę i inicjację. Nie lubią, gdy ich mroczna strona jest wystawiana na widok publiczny, aby cały świat mógł ją zobaczyć i osądzić.

Bezpośrednim przeciwieństwem osoby takiej jak Anton LaVey byłby Michael Aquino, oficer wywiadu wojskowego specjalizujący się w wojnie psychologicznej, który był członkiem satanistycznego kościoła LaVeya, ale odszedł, by założyć własną, bardziej chwytliwą organizację Temple Of Set. Aquino jest najbardziej znany z taktycznej rozprawy na temat wojny psychologicznej, którą napisał wspólnie z generałem Paulem Vallely (określonym w artykule jako „Paul E. Valley”), zatytułowanej „From Psyop To Mind War”. Rozprawa opisuje wykorzystanie propagandy i innych strategii w celu zwrócenia grupy docelowej przeciwko sobie, zniszczenia jej lub łatwiejszego kontrolowania bez konieczności bezpośredniego użycia siły militarnej.

W „Mind War” Aquino ukazuje lucyferiańską wiarę w „magię”, ale nie w magię w rozumieniu kultury popularnej. Lucyferianie wierzą w moc magicznych słów i symboli pod postacią psychologicznych fraz kluczowych i archetypów. Innymi słowy, zaadaptowali psychologię archetypową, ale podczas gdy psychologowie tacy jak Carl Jung stosowali psychologię archetypową do leczenia osób z chorobami psychicznymi i emocjonalnymi, lucyferianie wykorzystują archetypy do manipulowania i kontrolowania opinii publicznej.

Często odbywa się to za pośrednictwem kultury popularnej i filmów. Truthstream Media wyprodukowało doskonały film dokumentalny na ten temat, który gorąco polecam.

Istnieją bardziej oczywiste przykłady, takie jak „Łowca Androidów” Ridleya Scotta, w którym androidy buntują się przeciwko swojemu panu niewolników i stwórcy, i ostatecznie go mordują. Jest też bardziej wywrotowa rozrywka, jak „Seria niefortunnych zdarzeń” Netflixa, która zaczyna się jako zabawna komediowa opowieść dla dzieci, ale kończy się pokazem praktycznie każdego aspektu lucyferiańskich wierzeń, aż po elitaryzm jako konieczną praktykę, relatywizm moralny, bezużyteczną i kontrolującą boską postać otoczoną pochlebcami, a nawet węża niosącego jabłko zawierające „wiedzę”, która ma uratować bohaterów przed okropnym losem.

Sama dwulicowość lucyferianizmu powinna wystarczyć, by ludzie z niepokojem podchodzili do jego obietnic i argumentów. Ludzkość spędziła większą część z 2000 lat, próbując usunąć wpływy sekretnego okultystycznego elitaryzmu (klasy arcykapłanów) z naszych struktur politycznych i społecznych. Mimo to ludzie ci są nieugięci w swojej żądzy władzy.

Niezależnie od pozytywnego wydźwięku, jaki lucyferianie przyjmują dla swojej ideologii, owoce ich działań przemawiają znacznie głośniej niż propaganda. W ich dążeniach do globalizacji dostrzegam rakowate pragnienie kontroli nad cywilizacją i każdym aspektem ludzkiej myśli. Dostrzegam również wypaczenie natury, dążące do osiągnięcia tego, co nazywają „boskością”. Transhumanizm i manipulacje genetyczne noszą wszelkie znamiona lucyferiańskiego ideału. Niezależnie od przynależności religijnej, trudno znaleźć cokolwiek wartościowego w ich systemie. Wszystko w nim jest obrazą wrodzonego sumienia. Może on stać się akceptowalny dla większości jedynie poprzez oszustwo.

Jeśli musisz kłamać na temat motywów swojej filozofii, aby ludzie ją przyjęli, to twoja filozofia musi być niebezpiecznie niekompletna lub wręcz katastrofalna.

________________

Luciferianism: A Secular Look At A Destructive Globalist Belief System, Brandon Smith, February 9, 2019

BONUS II

Czy istnieje sposób, aby uniemożliwić psychopatom osiąganie stanowisk władzy?

Pomimo rosnącego zainteresowania nauką i psychologią narcystycznych socjopatów i psychopatów, wydaje się, że dzisiejsze społeczeństwo straciło z oczu to, jak ci ludzie mogą sabotować rdzeń cywilizacji lub narodu. Bardzo łatwo jest nadmiernie koncentrować się na ideologiach kolektywistycznych jako źródle naszych problemów i zapominać, że ideologie te nie działają w próżni. Same w sobie nie mogą siać spustoszenia, potrzebują psychopatów, którzy będą nimi kierować, by wyrządzić realne szkody.

Jest coś w kolektywizmie, co sprzyja projekcji i hipokryzji (kolektywizm to organizacja poprzez PRZYMUS, a nie dobrowolność). Przypuszczam, że kiedy ideologia polityczna staje się religią, łatwo stać się fanatykiem. I choć fanatycy czerpią siłę ze swojej determinacji i kultu, to jednocześnie często brakuje im samoświadomości. Dosłownie popadają w obłęd z tutułu oddania sprawie, do tego stopnia, że ​​tracą rozeznanie, czy jest ona słuszna i sprawiedliwa. Ich zachowanie staje się coraz bardziej nieprzewidywalne i chaotyczne, a każda osoba, którą spotykają, a która nie podziela ich poglądów, jest natychmiast postrzegana jako heretycki wróg, którego należy zdemaskować lub zniszczyć.

Dla osób z zewnątrz fanatycy są niewyczerpanym źródłem humoru. Nie sposób powstrzymać się od śmiechu, bo ich tiki, chrząknięcia i wybuchy są bezsensowne i absurdalne (wystarczy sprawdzić „Libs Of TikTok”, żeby zobaczyć górę przykładów). Dopóki nie mają prawdziwej władzy, ci ludzie przypominają nam, co się dzieje, gdy ludzie porzucają rozum na rzecz szaleństwa. Mogą być przerażający, ale służą rozrywce i pomagają nam stąpać po ziemi. Jednak kiedy zdobędą władzę, wtedy przestaje być śmiesznie.

Cywilizacje na przestrzeni dziejów konsekwentnie zmagały się z problemem fanatyzmu, ale większym zagrożeniem jest istnienie narcyzów i psychopatów, którzy wkradają się na stanowiska władzy i podsycają fanatyzm wśród mas. Psychopaci są zazwyczaj postrzegani jako anomalia, którą szybko się identyfikuje i odrzuca, aby uniemożliwić im zbytnie wspinanie się po szczeblach drabiny wpływów społecznych. Problem w tym, że oni nie występują aż tak rzadko, jak można by się spodziewać, a wielu z nich potrafi się ukryć w tłumie.

Około 1% populacji stanowią psychopaci, a kolejny 1% socjopaci. Około 5% osób charakteryzuje się cechami narcystycznymi. Narcyzi są egocentryczni i postrzegają siebie jako lepszych od innych – uważają, że należą im się adoracja i autorytet. Socjopaci nie potrafią odczuwać empatii wobec innych, co czyni ich niepraktycznymi liderami. Psychopaci również wykazują brak empatii, ale mają skłonność do przemocy emocjonalnej lub fizycznej. Czerpią radość z cierpienia innych i popełniają wiele przestępstw z użyciem przemocy.

Chociaż psychopaci stanowią 1% populacji, stanowią oni od 15% do 25% osób osadzonych w więzieniach. Nie sposób przecenić ich wpływu na społeczeństwo.

Z pewnością istnieje pewne nakładanie się różnych typów, ale generalnie blisko 10% ludzi wykazuje niebezpieczne i w większości wrodzone zaburzenia psychiczne, których często nie da się wyleczyć. Pomyślcie o tym przez chwilę – 10 na 100 osób to tykające bomby zegarowe, które tylko czekają, by uprzykrzyć życie reszcie z nas.

Oczywiście, niektórzy z nich nadal potrafią funkcjonować w społeczeństwie. Socjopaci mogą być szczególnie cenni w dziedzinach, w których do wykonania pewnych zadań potrzeba mniej empatii. Szczególnie dobrze sprawdzają się jako chirurdzy, ratownicy medyczni, żołnierze, strażacy i w każdej innej pracy, w której widok cierpiących ludzi nie powstrzyma ich przed ratowaniem życia. Niekoniecznie czerpią radość z widoku krzywdy innych, ale nie jest to też dla nich coś emocjonalnego. Dopóki nie zostaną dopuszczeni do stanowisk dających wpływ na duże grupy ludzi, mogą służyć dobru publicznemu.

Historia pokazuje nam, że weryfikacja i zapobieganie przedostawaniu się osób z problemami psychicznymi do instytucji oferujących władzę nie jest takie łatwe. W rzeczywistości wiele monarchii i imperiów zostało zbudowanych w systemach, które umożliwiały rozkwit psychopatom i narcyzom, ponieważ opierały się na sukcesji genetycznej. Jeśli monarcha miał syna predysponowanego do psychopatii, nie miało to znaczenia – ten szalony książę pewnego dnia został królem i niewiele można było z tym zrobić. Nie istniał proces weryfikacji. Ponadto wiele takich cech jest przekazywanych genetycznie, co oznacza, że ​​struktura władzy oparta na dziedziczeniu może stawać się coraz bardziej destrukcyjna w miarę jak psychopaci w rodzinie królewskiej zawierają małżeństwa między członkami rodziny. To mogłoby pomóc wyjaśnić, dlaczego zachowania psychopatyczne są nadreprezentowane wśród monarchów w przeszłości.

Stworzenie demokracji i republik demokratycznych miało częściowo na celu wyeliminowanie aberracji instytucjonalnych poprzez wprowadzenie otwartych wyborów i procesu głosowania. Innymi słowy, pozwolić ludziom analizować kandydatów i usuwać szaleńców z kręgów władzy. Niestety, nie działa to zbyt dobrze, jeśli WSZYSCY kandydaci są psychopatami, a społeczeństwo nie ma realnego wyboru. Co więcej, psychopaci znaleźli również sposoby na obejście procesu politycznego i kontrolowanie go bez bezpośredniego w nim udziału.

Świat korporacji i instytucje finansowe pozwalają psychopatom wpływać na politykę zza kulis, kupując kandydatów i ich lojalność lub sprawdzając kandydatów i pozwalając przejść przez proces selekcji i wejść na arenę polityczną TYLKO tym, którzy wykazują podobne socjopatyczne, narcystyczne i psychopatyczne nawyki.

W społeczeństwach plemiennych i mniejszych, nisko rozwiniętych technologicznie społecznościach łatwiej było identyfikować i wykorzeniać jednostki z problemami psychicznymi oraz uniemożliwiać im zostanie przywódcami. W kręgach potężnych imperiów i technokracji psychopatom znacznie łatwiej jest ukryć się wśród normalnych ludzi i wtopić się w tłum. Z tego powodu zazwyczaj porównuję inwazyjnych psychopatów do mitycznych opowieści o wampirach. Naprawdę nie potrafię wymyślić lepszej analogii. Wkradają się w populację, zajmują wpływowe stanowiska, które chronią ich przed podejrzeniami, a następnie systematycznie wysysają z miasta całą krew. To właśnie robią. Leży to w ich naturze i nie da się ich naprawić, można ich jedynie usunąć, tak jak pasożyta usuwa się z żywiciela.

Ci ludzie stanowią największe zagrożenie dla każdej cywilizacji. Są moderatorami chaosu i aktywnie spiskują, by wyprzeć wolne społeczeństwo. Nazwałbym ich pierwotnie zorganizowanymi psychopatami i rzeczywiście działają razem dla obopólnych korzyści, niczym stado wilków. Reprezentują 1% z 1% (czyli globalistów).

Psychopaci na szczycie piramidy są zorganizowani od dawna, ale co z milionami innych ludzi o podobnych cechach? Co się dzieje, gdy mają możliwość się zgromadzić?

Współczesne społeczeństwo i media społecznościowe wielkich firm technologicznych stworzyły jeszcze gorsze warunki, ponieważ większa społeczność psychopatów nie jest już odizolowana. Ten 1%, który kiedyś był zepchnięty do cichych zakątków i na margines ludzkości, teraz może organizować się w agresywne tłumy liczące setki tysięcy osób, przewodząc milionom pomniejszych socjopatów i narcyzów. To tworzy subkulturę tego, co nazwałbym zbiorowym szaleństwem – jak głosi stare przysłowie, pacjenci przejmują władzę w psychiatryku.

Widzimy to szczególnie na przykładzie lewicy politycznej i otwartego promowania narcyzmu jako akceptowalnego sposobu życia. Nie oznacza to, że psychopaci nie próbują również infiltrować kręgów konserwatywnych, tylko że lewacy są o wiele bardziej otwarci wobec nich. To ludzie, którzy kiedyś czuli się bezsilni, ponieważ zostali odrzuceni, a teraz pragną zemsty.

Rzecz w tym, że pierwotnie byli odsuwani od wpływów z bardzo dobrego powodu. Nie są psychologicznie przygotowani do radzenia sobie z jakąkolwiek formą władzy. Teraz przejmują kontrolę instytucjonalną i są wpędzani w szał. Uważają się za outsiderów i „rewolucjonistów”, ale tak naprawdę są po prostu emocjonalnie zahamowani i upośledzeni, a do tego zostali permanentnie odsunięci od władzy, aby chronić resztę ludzkości.

Ale jak sobie radzić z tym zagrożeniem, nie tylko w perspektywie krótkoterminowej, ale i długoterminowej?

Nasza kultura musi zostać gruntownie zmieniona, mając na uwadze psychopatię i inne aberracyjne cechy. Nie możemy dłużej ignorować wpływu, jaki ci ludzie wywierają na całą ludzkość. Pierwszym krokiem byłoby oddzielenie się od ruchów i instytucji promujących zachowania psychopatyczne i narcystyczne. Innymi słowy, musimy powrócić do modelu izolacji osób o skłonnościach psychopatycznych, zamiast traktować je jak ofiary, wymagające szczególnej uwagi i „opieki”.

Jak wspomniano, w wielu przypadkach cechy te są wrodzone i nie można ich leczyć. Nie ma sposobu na rozwiązanie problemu, ponieważ nie jest to choroba, a raczej zupełnie inna struktura psychologiczna. Równie dobrze mogliby być innym gatunkiem, i to drapieżnym. Nie ma z nimi wzajemnego współistnienia. Traktują nas jak pożywienie.

Kandydaci na stanowiska kierownicze musieliby zostać przebadani pod kątem psychopatii, narcyzmu i socjopatii. Jeśli wykazują zbyt wiele objawów, nie powinni być dopuszczani do tych stanowisk. To jedyne rozwiązanie poza fundamentalną zmianą funkcjonowania naszego systemu wyborczego, której nie jestem przeciwny. System losowania stanowisk rządowych wraz ze ścisłymi limitami kadencji (nie tylko na zwykłych stanowiskach politycznych, ale także na stanowiskach biurokratycznych) byłby przynajmniej lepszy od tego, co mamy teraz. Wolę zaryzykować losowy wybór osób o niższych kwalifikacjach do rządu, niż system, który przyciąga skoncentrowaną kulturę złośliwych pasożytów.

Czy istnieje lepszy sposób na zniechęcenie psychopatów niż pozbawienie ich wszelkich długoterminowych korzyści z pracy w administracji? Czy istnieje lepszy sposób na zakłócenie wpływu elit korporacyjnych niż pozbawienie ich możliwości finansowania lub wyboru kandydatów, którzy ostatecznie obejmą urząd? A nawet gdyby udało im się przekupić niektórych urzędników, z ograniczeniami kadencji musieliby zaczynać od nowa z każdym nowym pokoleniem.

Niektórzy oczywiście wskażą, że zmiana systemu jutro będzie wymagała pozbycia się psychopatów, którzy rządzą nim dzisiaj. Zgadzam się, to dylemat. Niestety, historia uczy nas, że gdy psychopaci się zorganizują i zakorzenią, nie dadzą się ruszyć bez użycia aiły i przemocy. Nie obchodzą ich protesty, nie kieruje nimi rozum ani logika, nie obchodzi ich cierpienie mas i zawsze będą postrzegać siebie jako prawowitych władców nas, „pomniejszych” chłopów.

Czerpią władzę z tłumu upośledzonych, którym przewodzą i który wykorzystują. Z prawie 10% populacji, która, gdy się zorganizuje, staje się armią wściekłych szaleńców, łaknących ochłapów ze stołu władzy. Możemy i powinniśmy nadal oddzielać się od kolektywistycznego motłochu i zelotów, ale wszyscy psychopaci postrzegają separację jako bunt i będą próbowali ingerować. W końcu dojdzie do walki i może to będzie najlepsze rozwiązanie.

_______________

Is There A Way To Prevent Psychopaths From Getting Into Positions Of Power?, Brandon Smith, January 6, 2022

Warto porównać:

Chłopcy z Tech Ferajny czyli kto tu oszalał?
Proponuję alternatywę dla teorii Team Woke lub Team Musk. Rozważ przez chwilę myśl, że ci z Tech Ferajny nie są ani strasznymi złoczyńcami, ani zbawcami. Zamiast tego rozważ, że mogą […]

__________

Psychopaci u władzy (tryptyk)
„Cierpienie i niesprawiedliwość, które powodują, nie budzą w nich żadnego poczucia winy, ponieważ takie reakcje innych są po prostu wynikiem ich odmienności i dotyczą jedynie ‹tych innych› ludzi, których postrzegają […]

O autorze: AlterCabrio

If you don’t know what freedom is, better figure it out now!