Lepkość kłamstw

Milczenie nie jest przeciwieństwem propagandy. Milczenie jest jej celem.

Nie cisza spokoju lecz cisza wyczerpania. Cisza przepracowania tylu sprzeczności, że reagowanie wydaje się już bezcelowe. Cisza prywatnego cynizmu połączona z publiczną uległością – ta specyficznie współczesna forma duchowego poddania się, w której wiesz wszystko i nic nie robisz.

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

Lepkość kłamstw

Słowo o propagandzie

Mój dziadek kolekcjonował znaczki. Dziwne małe prostokąty z krajów, których już nie ma, ich granice zostały zmienione przez wojny i traktaty, a ich przywódcy zostali wyretuszowani z fotografii. Trzymał je w albumach, których nigdy nikomu nie pokazywał. Kiedyś, gdy miałem dwanaście lat, pozwolił mi spojrzeć. „Ten” – powiedział, wskazując na wyblakły portret kogoś o wyglądzie zupełnie niewrażliwego faceta – „ten człowiek wydał rozkaz o zabiciu milionów ludzi. A ten obok niego? To samo. A ci idioci, którzy lizali te znaczki i wciskali je do listów do domu? Wiedzieli. Oczywiście, że wiedzieli”. Zamknął album. „Wiedza niczego nie zmienia”. Potem odłożył Stalina z powrotem na półkę.

Nadal często o tym myślę.

Edward Bernays, siostrzeniec Zygmunta Freuda, pozwolił nam przestać używać tego okropnego słowa, po tym jak naziści je zhańbili: propaganda. Zastąpił je słowem „public relations” i nazwał technikę leżącą u jego podstaw „inżynierią zgody”.

W swojej książce z 1928 roku – zatytułowanej z godną podziwu szczerością „Propaganda” – napisał, że „świadoma i inteligentna manipulacja zorganizowanymi nawykami i opiniami mas jest ważnym elementem demokratycznego społeczeństwa”. Niektórzy uważają, że nas ostrzegał, ale tak naprawdę po prostu reklamował swoje usługi.

Bernays jest powodem, dla którego kobiety palą. Zorganizował kampanię „Pochodnie Wolności” [Torches of Freedom] w 1929 roku, zatrudniając debiutantki do zapalania papierosów podczas parady wielkanocnej i pozycjonując to jako feministyczne wyzwolenie. To on jest powodem, dla którego Amerykanie jedzą bekon na śniadanie (i umierają na zawały serca) – kolejna kampania, tym razem na rzecz przemysłu wieprzowego. To on jest powodem upadku gwatemalskiej demokracji w 1954 roku. Prowadził kampanię reklamową, która określała prezydenta Arbenza mianem zagrożenia komunistycznego, torując drogę zamachowi stanu CIA, który chronił plantacje United Fruit Company. Termin „republika bananowa” narodził się z tego porozumienia.

Czytałam Bernaysa na szkoleniu dla agencji. Wszyscy czytaliśmy. Jego myśl była prosta: odwołaj się nie do racjonalnego umysłu, ale do podświadomości. Nie sprzedawaj produktów, sprzedawaj emocje. Nie kłóć się, kojarz. Ręka sięga w kierunku półki, zanim jeszcze zacznie się myślenie. Nazywaliśmy to „automatyzacją behawioralną”. Naukowcy nazywają to efektem czystej ekspozycji. Bernays po prostu nazwał to „wtorkiem”.

W latach 70. XX wieku ponad 400 amerykańskich dziennikarzy było opłacanych przez CIA w ramach operacji „Drozd” [Operation Mockingbird] – prezenterów, redaktorów, felietonistów, ludzi, którym kraj ufał. Nie tylko szeptali reporterom do ucha. Niektórzy z nich pisali prawdziwe historie. Inni byli prezenterami wiadomości. Program nie musiał nikogo do niczego przekonywać. Wystarczyło, że kontrolował, które pytania były zadawane, a które nie.

COINTELPRO prowadziło równoległe operacje w kraju. FBI infiltrowało legalne organizacje, rozpowszechniało dezinformację, szantażowało cele i prowadziło inwigilację bez nakazu. Martin Luther King Jr. był celem głównym.

W marcu 1964 roku kampania Hoovera przeciwko niemu toczyła się na „etapie wojny totalnej”, wykorzystując to, co wewnętrzne notatki określały jako „ukrytą wojnę polityczną”. Wielebny Jesse Jackson opisał później ten efekt: „Kiedy masz wrażenie, że rząd naprawdę cię obserwuje… ma to efekt mrożący. Odbiera ci wolność. A często w przypadku przywódców, nikt z nas nie jest idealny, to neutralizuje ludzi”.

Neutralizacja. To był cel. Nie nawrócenie. Nie wiara. Neutralizacja.

To rozróżnienie jest ważniejsze niż cokolwiek innego, czego nauczyłam się przez lata pracy dla rządu.

Oto, czego nikt nie mówi o propagandzie, czego nie dostrzegają twórcy filmów dokumentalnych, czego naukowcy badający ją z zewnątrz ciągle nie potrafią pojąć: kłamstwa nie są najtrudniejszą częścią.

Kłamstwa są oczywiste. Wszyscy wiedzą, że to kłamstwa. Wiedzą o tym urzędnicy, którzy je przekazują. Wiedzą o tym dziennikarze, którzy je redagują. Wiedzą o tym obywatele, którzy je odbierają. Ta wspólna wiedza tworzy atmosferę permanentnego przedstawienia, niewypowiedzianego porozumienia, że ​​wszyscy będziemy udawać razem, bo udawanie jest łatwiejsze od alternatywy.

A jak właściwie miałaby wyglądać ta alternatywa? Kto ma na to siłę?

Najtrudniejszym elementem jest wyczerpanie.

Siedziałam w salach, w których dyskutowaliśmy o „strategiach nasycenia informacją”. Założenie było eleganckie i proste: przytłoczona populacja nie jest w stanie skutecznie się oprzeć. Nie dlatego, że wierzy w fałszywe informacje, ale dlatego, że traci zdolność odróżniania ich od czegokolwiek innego. Obciążenie poznawcze związane z utrzymywaniem sceptycyzmu wobec wszystkiego w końcu staje się nie do utrzymania. Ludzie się poddają. Wycofują się do życia prywatnego. Przestają uczestniczyć w życiu publicznym.

To jest cel. Nie wiara. Podporządkowanie się bez wiary. Cisza ubrana w zgodę.

Instytut Tavistock odkrył to w latach 20. XX wieku, rzekomo lecząc żołnierzy z nerwicy frontowej [shell-shock]. W rzeczywistości odkryli, że trauma nie tylko łamie ludzi, ale także czyni ich podatnymi na wpływy. Żal, dezorientacja, strach: to wszystko działa jak narzędzia. Kiedy wiesz, która dźwignia sprawia, że ​​stado wpada w popłoch, nie potrzebujesz już przemówień ani kart do głosowania. Wystarczy pociągnąć za dźwignię.

Po II wojnie światowej ślady działalności Tavistock pojawiły się w NATO, w zimnowojennej propagandzie, w narodzinach reklamy masowej. Badania kontynuowano. Metody udoskonalano. Kiedy rozpoczęłam służbę dla rządu, wiedza instytucjonalna była już dojrzała i wszechstronna. Mieliśmy podręczniki. Mieliśmy wskaźniki. Mieliśmy studia przypadków sięgające dekad wstecz.

Współczesne operacje psychologiczne (PSYOP) są niezwykle zbiurokratyzowane. Armia amerykańska szkoli żołnierzy specjalnie do „wojskowych operacji wsparcia informacyjnego”, które polegają na „udostępnianiu konkretnych informacji zagranicznym odbiorcom w celu wpływania na emocje, motywy, rozumowanie i zachowania rządów i obywateli”. Oferta pracy znajduje się na stronie internetowej armii poświęconej rekrutacji, jeśli ktoś chciałby przeczytać. Oferują przyspieszony awans. Podkreślają, że podoficerowie PSYOP „przewyższają swoich rówieśników”.

Nic z tego nie jest tajemnicą. To po prostu nudne. A nuda to najlepszy kamuflaż.

Kolega kiedyś wyjaśnił mi tę filozofię działania, używając analogii, której nigdy nie zapomniałam. „Pomyśl o tym jak o wilgotności” – powiedział. „Wilgoci nie zauważasz. Nie możesz jej zobaczyć. Ale wpływa ona na wszystko – na to, jak śpisz, jak myślisz, jak czują się twoje stawy rano. Propaganda działa w ten sam sposób. To nie burza. To wilgoć w powietrzu, która zawsze jest obecna, kształtując to, co wydaje się możliwe, a ty nigdy świadomie tego nie zauważasz”.

Dlatego ludzie Zachodu stale błędnie rozumieją propagandę. Szukają burzy. Chcą identyfikować konkretne kłamstwa, obalać konkretne twierdzenia, śledzić konkretne kampanie dezinformacyjne. Ale wyrafinowani operatorzy nie działają w ten sposób. Oni pracują nad wilgotnością. Działają na tym, co wydaje się normalne. Działają na założeniach tła, których ludzie nawet nie rozpoznają jako założeń.

Spędziłam trzy lata pracując nad projektem, analizując środowiska medialne w krajach, które uprzejmie nazywaliśmy „krajami partnerskimi”. Najskuteczniejsze operacje wpływu, które badaliśmy, nigdy nie próbowały przekonać kogokolwiek do czegokolwiek konkretnego. Po prostu zalewały przestrzeń informacyjną szumem, aż sygnał stawał się niemożliwy do wykrycia. Wzmacniały podziały wszędzie tam, gdzie podziały już istniały. Sprawiały, że pewność siebie wydawała się naiwnością, a cynizm mądrością. Nie musiały wygrywać sporów. Musiały tylko sprawić, by same spory wydawały się bezsensowne.

W 2012 roku ustawa Smitha-Mundta o modernizacji po cichu znosiła zakaz rozpowszechniania w kraju materiałów wyprodukowanych dla odbiorców zagranicznych. Znaczenie tej zmiany pozostało w dużej mierze niezauważone. Infrastruktura stworzona w celu wywierania wpływu na populację zagraniczną mogła teraz legalnie docierać do obywateli amerykańskich.

Moja znajoma uczy historii w liceum. Dobra nauczycielka, szczerze dba o krytyczne myślenie i edukację medialną. W zeszłym roku zleciła swoim uczniom projekt: zidentyfikować propagandę we współczesnych mediach, wyjaśnić, jak działa, zaproponować, jak obywatele mogą się jej przeciwstawić.

Projekty były imponujące. Uczniowie znajdowali przykłady wszędzie – w reklamach politycznych, PR korporacyjnym, kampaniach wpływu w mediach społecznościowych. Analizowali techniki: manipulację emocjonalną. Fałszywe dychotomie. Odwoływanie się do autorytetów. Efekty owczego pędu [„bandwagon”]. Znali słownictwo. Potrafili rozpoznać ruchy.

Następnie zapytała o ich własną konsumpcję mediów. O ich własne przekonania. O ich własne założenia.

Cisza.

„Cóż, to co innego” – powiedział w końcu jeden z uczniów. „To, w co ja wierzę, jest akurat prawdą”.

Tego wieczoru moja przyjaciółka zadzwoniła do mnie, wyraźnie wstrząśnięta. „Widzą to wszędzie, tylko nie u siebie. Ani jeden z nich. A co jest straszniejsze? Nie jestem pewna, czy ja jestem inna”.

To jest ta polana, której nie ma. Miejsce, w którym wyobrażasz sobie, że stoisz, analizując propagandę z bezpiecznej odległości. Przekonanie, że z pewnością rozpoznasz manipulację, gdy będzie wymierzona w ciebie. To przekonanie samo w sobie jest produktem tej ‘wilgoci’, której nie zauważasz.

Kiedy algorytmy stały się głównym mechanizmem dystrybucji, nie potrzebują już ludzkich operatorów. Uczą się, co powoduje skoki poziomu kortyzolu, co wywołuje dreszcze, co denerwuje. Karmią cię coraz bardziej, aż twój układ nerwowy przejmie nad nimi kontrolę. Dawka jest mierzona w powiadomieniach, nagłówkach i filmach, które zatrzymują przewijanie na sekundę dłużej niż poprzedni.

Farmacja jest w twoim mózgu. Wszystkie twoje neurochemikalia, użyte przeciwko tobie.

Obserwowałam tę przemianę od środka. Prymitywne techniki, których się nauczyłam – powtarzanie komunikatów, wywoływanie emocji, strategiczna dwuznaczność – zostały zautomatyzowane i zoptymalizowane w skali, której Bernays nie mógł sobie nawet wyobrazić. Maszyna nie śpi. Maszyna się nie męczy. Maszyna uczy się tego, na co reagujesz, i daje ci tego więcej, aż w końcu reakcje staną się wszystkim, co robisz.

Milczenie nie jest przeciwieństwem propagandy. Milczenie jest jej celem.

Nie cisza spokoju lecz cisza wyczerpania. Cisza przepracowania tylu sprzeczności, że reagowanie wydaje się już bezcelowe. Cisza prywatnego cynizmu połączona z publiczną uległością – ta specyficznie współczesna forma duchowego poddania się, w której wiesz wszystko i nic nie robisz.

W każdym kraju, który badałam, ta cisza była miarą sukcesu. Nie entuzjazm. Nie wiara. Społeczeństwo, które przestało oczekiwać prawdy, przestało domagać się odpowiedzialności, przestało uczestniczyć w kolektywnym podejmowaniu decyzji. Społeczeństwo, które tylko przewija.

Propaganda ich nie przekonała. Ogołociła ich. A pusta opinia publiczna to stabilna opinia publiczna.

Jest badanie z literatury behawioralnej, które prześladowało mnie latami. Naukowcy pokazywali badanym ewidentnie fałszywe twierdzenie. Badani prawidłowo je uznawali za fałszywe. Następnie badacze pokazywali im to twierdzenie jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz.

Podczas siódmej ekspozycji wiele osób oceniło to twierdzenie jako „prawdopodobnie prawdziwe”.

Nic się nie zmieniło w tym twierdzeniu. Nie przedstawiono żadnych nowych dowodów. Samo powtarzanie tworzyło poczucie znajomości, a znajomość maskuje się jako prawda. Mózg wybiera drogę najmniejszego oporu. Rozpoznanie czegoś wydaje się zrozumieniem. Łatwość przetwarzania sprawia wrażenie dokładności.

W naszych materiałach szkoleniowych nazywaliśmy to „prawdą przez powtarzanie”. Ta technika jest starsza niż ktokolwiek z nas. Ale mechanizm dostarczania – każdy ekran, każde powiadomienie, każdy algorytmicznie zoptymalizowany element treści – uczynił ją nieskończenie potężniejszą.

Moja babcia przeżyła reżim nazistowski. Nigdy nie mówiła o tym wprost. Na koniec dała mi radę, którą zrozumiałam dopiero znacznie później.

„Pozostań wierna czemuś” – powiedziała. „Jednej małej, prawdziwej rzeczy. Wspomnieniu, relacji, praktyce. Czemuś, czego oni nie mogą dotknąć. Pielęgnuj to w tajemnicy. Nigdy nie mów o tym publicznie. Pozwól im mieć wszystko inne, jeśli musisz. Ale niech jedna rzecz będzie prawdziwa”.

Zapytałam ją dlaczego.

„By pamiętać, jak smakuje prawda. W przeciwnym razie zapominasz. Myślisz, że nie, ale zapominasz. A kiedy już zapomnisz, stajesz się jak oni. Po prostu dlatego, że nie ma już niczego w tobie, co by się sprzeciwiało”.

Pytanie nie brzmi, czy propaganda działa.

Pytanie brzmi: co oznacza „działanie”? Jeśli sukces wymaga wiary, to większość propagandy zawodzi. Nikt nie wierzy. Tak naprawdę. Ani urzędnicy, ani dziennikarze, ani obywatele.

Jeśli jednak sukces oznacza uległość bez przekonania, wyczerpanie zamiast nawrócenia, milczenie zamiast zgody, to propaganda jeszcze nigdy nie odniosła większego sukcesu niż obecnie.

Nie jesteśmy przekonywani. Jesteśmy wyczerpywani.

Wiem, bo pomagałam projektować te systemy. Wiem, bo czytałam wskaźniki. Wiem, bo siedziałam w salach, gdzie mierzyliśmy sukces tym, co ktoś przestał robić, a nie tym, w co ktoś zaczął wierzyć.

Ludzki mózg jest niesamowicie prymitywny. I nie ewoluował od tysiącleci. I dlatego zawsze można powtórzyć historię. Zawsze.

______________

The Humidity of Lies, A Lily Bit, Jan 23, 2026

Więcej: A Lily Bit

O autorze: AlterCabrio

If you don’t know what freedom is, better figure it out now!